Blog > Komentarze do wpisu
truskawkowy super hero

Jednym z moich noworocznych postanowień (oczywiście zaraz po zamiarze zrzucenia 5 kilo) było regularne dodawanie wpisów. Wyobrażałam sobie, że tak powiedzmy, dwa razy w tygodniu zasiadam przed komputerem i tworzę jakiś niezwykle pasjonujący (no przecież!) tekst o kolejnych nikomu niepotrzebnych rzeczach, a moi wierni czytelnicy (cześć Tato! :-) wprost nie mogą się doczekać kolejnych wieści z barwnego świata pierdół w których się lubuję. I co? i pstro.

Mamy ponad połowę stycznia, a na blogu jak do tej pory jeden, jedyny marny pościak. Eh... no nie wiem, znudziło mi się to całe blogowanie czy jak? Mogłabym oczywiście zrzucić wszystko na natłok zajęć i ogólnie obowiązki, no ale nie mogę, bo czego jak czego, ale czasu to ja akurat ostatnio miałam dużo. Jakiś paskudny wirus przypałętał się do mnie jeszcze przed nowym rokiem i rozgościł się w moim organizmie na dobre, co skutecznie zatrzymało mnie w domu na ponad tydzień. I ja ten tydzień, proszę Państwa skutecznie przebimbałam! Całymi dniami leżałam w piżamie i obiecywałam sobie, że w przerwach między atakami kaszlu i tamowaniem cieknącego nosa: napiszę, przeczytam, może nawet posprzątam... i nic. Tyle wolnego poszło na marnację ! Co prawda przemęczyłam przez ten czas "Annę Kareninę", ale męczyłam ją już od dawna i chyba tylko po to, aby do mojego osobistego panteonu irytujących bohaterów dołączyć kolejnego. 

No ale do rzeczy. Z okazji mojego powrotu do świata żywych, moja serdeczna koleżanka Ana zabrała mnie do kina. Nie na film bynajmniej. Poszłyśmy na koncert, bo teraz w kinach to i koncerty grają - o, taka rozpusta. Konkretnie grał zespół Coldplay (co prawda grał w Paryżu i to kilka miesięcy temu, no ale nie bądźmy czepialscy). Nie to, żebym jakoś specjalnie za nimi przepadała, ale byłam ciekawa jak takie kinowe koncerty wyglądają i muszę przyznać, że wyglądają całkiem zacnie.  Do domu wróciłam zatem kontenta i od wczoraj nucę sobie pod nosem (ku zgrozie małżonka mego, który dobrego słowa o Coldplay nie powie) "para, para, paradise..."

Dlatego też dzisiaj piosenka. Nawet nie tyle piosenka, która sama w sobie jest moim zdaniem bez rewelacji, co raczej teledysk, który zauroczył mnie swoją wykredowaną na asfalcie historią. Wiem, że pomysł jest już oklepany, no ale przyznajcie sami, czyż nie wyszło uroczo?

 

 

A za kilka tygodni znowu idziemy z Aną do kina. Tym razem na spektakl, konkretnie na "Turandot" i już się cieszę, bo "Nessun dorma" to jedna z moich ulubionych arii.

piątek, 18 stycznia 2013, mukla

Polecane wpisy

  • bokka

    A dziś jeszcze, mimo późnej pory będzie piosenka. Piosenka będzie dlatego, że ładna i dlatego, że chwilę temu wróciłam z koncertu na którym była grana i jak nic

  • sugar man

    A my, mili państwo, weekend spędziliśmy w stolicy. Spędziliśmy go bardzo miło i muzycznie, bo celem głównym naszej wycieczki był warszawski koncert Sixto Rodrig

  • nie znasz dnia ani godziny...

    Nie mam bynajmniej morderczych skłonności, ale jakoś tak wyszło, ze kilka lat temu namiętnie zasłuchiwałam się "Murder Ballads". Katowałam je w kółko i w kółko.

  • Nie znasz dnia ani godziny....

    Dziś przedhalloweenowa, krótka ale ciekawa notka zapowiadająca klimat najbliższych mrocznych dni (a dla tych, którzy od muzyki i animacji wolą design, f

  • Ravi Persaud "Morning Wish"

    Animowany teledysk kanadyjskiego multiinstrumentalisty. Polecam obejrzeć i posłuchać trochę dobrej muzyki. Autorem jest Ravi Persaud , który to jest multi inst

Komentarze
2013/01/18 21:34:55
Gdybym kiedyś miał napisać powieść, miałaby tytuł "Zabiłem Chrisa Martina".
-
2013/01/18 21:38:28
Ja tam nie wiem o co Ci chodzi... zespół jak zespół, wolę to niż te "piszczące trąbki" co mi czasem puszczasz.
-
Gość: aba, *.dynamic.chello.pl
2013/01/20 22:39:49
a ja lubię Coldplay.
I bardzo polubilam Twojego bloga i razem z dzieciakami z reguły się zachwycamy
pozdrowienia
-
2013/01/20 23:47:35
aba: niezmiernie mi miło :-)