Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012
lunch break

Czym się zajmują bezdzietne małżeństwa kiedy dopadnie je domowa nuda? Bezdzietne, bo podobno (takie spostrzeżenie wysunęły o kruszki) te dzietne nie znają pojęcia nuda - dla nich to teraz chwila spokoju. Nam, póki co, zdarza się jeszcze mieć "nudę" w swoim słowniku i z rzadka bo z rzadka, ale układamy wtedy puzzle. Jakieś 1000, albo i 2000 elementów, a co!? Jak już je sobie złożymy w całość, to wiadomo, ze dwa dni trzeba się kompletnym obrazkiem nacieszyć, ale co potem? Wyrzucić szkoda,a ponowne układanie to już żadna frajda. Można puścić dalej, ale można też przerobić je sobie np. na podkładki pod kubki.


 


Wygrzebałam nadgryzioną zębem czasu korkową podkładkę ( u mnie nic się nie marnuje) i przy pomocy nożyków modelarskich oraz mojego wielkiego przyjaciela - kleju Magic, którego zużycie w naszym domu jest porównywalne do zużycia pasty do zębów, zrobiłam małe rachu-ciachu.



Trochę klejenia, trochę dłubania w korku i jakieś trzy warstwy lakieru później... mogę zapraszać na kawę.




A obrazek, który ostatnio (ostatnio = jakiś rok temu) składaliśmy do kupy, to słynne zdjęcie Charlesa C. Ebbets'a  - "Lunch break" z 1932 roku, przedstawiające robotników odpoczywających na 69 piętrze budynku GE w Rockefeller Center.


niedziela, 29 stycznia 2012
papierowa codzienność

 

Dobrych kilka miesięcy temu, w czeluściach internetu natrafiłam na papierowe wycinanki Aleksieja Lapunowa i Leny Ehrlich.


 


Umiłowałam je od pierwszego wejrzenia, a co za tym idzie postanowiłam je tutaj pokazać. Jednak jak to zwykle ze mną bywa nie zabrałam się za to od razu, tylko odłożyłam posta na tzw. jutro. Niestety moje "jutro" jest niczym arabska "bukra" - niby jutro, ale takie w nieokreślonej przyszłości. Co gorsza, chwila zwłoki sprawia, że zazwyczaj o danej sprawie zapominam. Cóż, nie jest to najlepsza z moich cech. Ostatnio "wirus bukra" zaatakował przy pewnym konkursie - znałam rozwiązanie, ale nie wysłałam odpowiedzi od razu i ostatecznie zapomniałam. Teraz sobie pluję w brodę (w dodatku publicznie!), bo wszystko wskazuje na to, że miałabym obrazek Pawlaka na ścianie. Dlatego, kiedy wczoraj, ni z gruszki ni z pietruszki przypomniałam sobie o tych papierowych historyjkach, postanowiłam nie ryzykować i nie dać się "bukra wirusowi" po raz kolejny. 




Aleksiej Lapunowa i Lena Ehrlich to artystyczne duo rodem z Rosji. Uzbrojeni w nożyczki i dużą dozę cierpliwości, z podziwu godną starannością wycinają, kleją i aranżują pełne dynamiki papierowe scenki. Te wycięte w kolorowym kartonie historie ukazują głównie przeciętnych ludzi w ich codziennych sytuacjach.


 


 




Szczegółowość elementów wprost poraża.



Aleksiej i Lena jak wszyscy podążający z duchem czasu artyści prowadzą swój blog.



czwartek, 26 stycznia 2012
dawno, dawno temu w odległej galaktyce...

Moja kolejna (po tej) propozycja dla miłośników Star Wars. Jeszcze ze dwa takie okołogalaktyczne posty, a zbuduję sobie wizerunek maniakalnej fanki serii Lucasa :)

Tym razem szydełkowe laleczki autorstwa Lucy Ravenscar.



Mieszkająca w Hrabstwie West Sussex mama dwóch małych chłopców od zawsze lubiła filmy, zwłaszcza te baśniowo-fantastyczne. Dużą frajdę sprawiało jej również szydełkowanie. A że była osobą kreatywną, to pewnego dnia wpadła na pomysł, jak obie pasje połączyć:




Wzory na poszczególne laleczki (wszystkie i bez wyjątku) są autorskimi pomysłami Lucy. Jeżeli ktoś ma ochotę wydziergać sobie np. Yodę może sobie taki wzór nabyć tutaj. No chyba, że się jest z szydełkiem na bakier...ale bez obaw, gotowe figurki też są dostępne.








Lucy nie ogranicza się tylko do maciupeńkich postaci z Gwiezdnych Wojen, spod jej zdolnych dłoni wyfruwają również włóczkowe smoki i inne baśniowe duszki. Nie da się ukryć, że jest ona specjalistką w dzierganiu fantastycznych stworzeń - wszelakich! Zresztą zobaczcie sami na blogu na którym Lucy prezentuje swoje prace.

piątek, 20 stycznia 2012
selichoty

 

Tak się jakoś złożyło, że moja droga koleżanka Agnieszka tka. Czasem coś wyrzeźbi, rzadziej namaluje, ale głównie tka. W dodatku nie rozdrabnia się na małe makramki, tylko robi to od razu z rozmachem.



nie mogłam się oprzeć i podkradłam to zdjęcie ze strony Uniwersytetu Artystycznego: taka mała Agniesia i takie duże Selichoty...


Ostatnie trzy, może nawet cztery lata życia poświęciła Agniecha na produkcję serii potężnych i mega ciężkich "dywanów”. A że od lat fascynuje się kulturą żydowską, to swoje prace ochrzciła Selichotami. Selichoty to nazwa specjalnych, żydowskich modlitw pokutnych. Nie wiem za co Aga pokutowała, ale musiała nieźle nagrzeszyć, bo praca do najłatwiejszych nie należała. Dnie i noce (nie potęguję dramatyzmu - tak było) spędzała w pracowni na drabinie kalecząc sobie paluszki. Dnie i noce przewlekała przez osnowę różne takie, ale głównie druty - no bo po co sobie ułatwiać i tkać z samej wełenki. Chodziła potem cała obplastowana, aż wstyd się z nią było gdzieś pokazać. No ale trzeba przyznać, że ostatecznie całkiem ładnie jej to wyszło. Tak ładnie, że dyplom (w pracowni tkaniny na poznańskiej ASP) obroniła celująco, a w dodatku została nominowana do nagrody Marii Dokowicz na najlepszą pracę dyplomową. Ja tam się nie znam, ale to podobno dość prestiżowe wyróżnienie. I dobrze, zasłużyła!


 


Selichot I - z wełenki, przytulny i mój ulubiony



Selichot II - z trawy, najcięższy (wiem co mówię, raz mnie zagnała do ich wieszania!)


 


fragment Selichota III - z partytur operowych


Raz na jakiś czas, można sobie Selichoty pooglądać. W najbliższym czasie prace Agnieszki Zaprzalskiej (co by już oficjalniej było) będą prezentowane w Skalar Office Center w Poznaniu w ramach cyklu preMedytacje. Wprawdzie nie wiem jak długo tam powiszą, ale pewnie nie krócej niż tydzień.







Reszty zdjęć już znikąd nie kradłam, sama zrobiłam


Pewnie dla Agnieszki lepiej by było, gdyby przyszła na świat w XVI w. Mogłaby wtedy tkać arrasy na wawelskie komnaty, co przyniosłoby jej zapewne sławę, pieniądze i przychylność króla. Ale wtedy ja nie miałabym takiej fajnej koleżanki...

wtorek, 17 stycznia 2012
psie życie

 

Mam w domu miłośnika czworonogów, pewnego niemałego już chłopca, który wierci i wierci dziurę w brzuchu o kudłatego przyjaciela. Ba, ma już nawet dla niego wybrane imię - Łajka! Niestety, posiadanie psa przy naszym aktualnym trybie życia mogłoby być nieco kłopotliwe, dlatego mój miłośnik musi na razie zadowolić się nową książką.



Oj rozrasta nam się nasza kolekcja wilkoniowych książek, rozrasta. "Psie życie" to najnowsza autorska pozycja spod pióra i... nie pędzla tym razem, a dłuta Józefa Wilkonia, która trafiła na naszą półkę. Piękny i przejmujący monolog psa, ponoć najlepszego przyjaciela człowieka (autor sam "przyjaźni się" z kilkoma) o ich wspólnych relacjach, troszkę wzruszający, troszkę dający do myślenia. Pozycja obowiązkowa dla każdego psiego wielbiciela - tak na wszelki wypadek, gdyby czasem zapomnieli, że ich pupil też ma uczucia...

Tym razem w roli ilustracji - charakterystyczne dla autora grubo ciosane rzeźby.





Zwierzaki Wilkonia albo sie kocha, albo nie. Zdaję sobie sprawę, że taka "toporna" sztuka nie każdemu odpowiada. Mnie akurat i owszem. Oczywiście nie całe wilkoniowe bestiarium wzbudza moje achy i ochy, niektóre rzeźby podobają mi się bardziej, inne mniej, znajdą się pewnie i takie, które nie podobają się wcale... Podziwiam jednak niezwykle przestrzenną wyobraźnię artysty. Dla mnie kawałek drewna, to zazwyczaj kawałek drewna - Wilkoń potrafi dojrzeć drzemiące w nim zwierzątko i kilkoma prostymi ruchami siekiery, dłuta, czy też innego narzędzia, wydobyć je na zewnątrz.




Książka, choć niezwykle urocza, do specjalnie fotogenicznych nie należy. Zdjęcia niestety trochę szarobure i ponure, ale być może to winna niewprawnego fotografa.

 


A tak przy okazji nakarmcie psiaka, co Wam szkodzi... 

 
1 , 2