Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
czy to mukla, czy sisimon?

Wczoraj miałam małe święto! Powiedzmy, że były to prawie urodziny. Dokładnie wczoraj minął drugi rok od kiedy puściłam w blogosferę moje pierwsze muklowe pitu pitu. No normalnie sama się sobie nadziwić nie mogę, że tyle to już trwa i że nadal mi się chce. 

Tortu jednak nie będzie. Będzie za to Mukla. Postanowiłam ją w końcu ujawnić - no po takim czasie to już wręcz wypada. I nie mam tu na myśli mojej Mukli wewnętrznej (ta to się akurat ujawnia, i to dość często), ale taką namacalną, z długim ciekawskim pyszczkiem i ogonkiem. Właśnie taka jedna rozgościła się jakiś czas temu w mojej szafie (i oczywiście to ona odpowiada za panujący tam czasem bałagan). 


 

Tak, tak proszę Państwa, oto Mukla w pełnej krasie! Wprawdzie nie ta rodowita skandynawska, co to rozrabia w domku u Petsona (taką można przygarnąć stąd), ale nasza, rodzima, z miasta stołecznego Warszawy. Znalazłam ją przez przypadek. Przemierzaliśmy akurat Aleje JPII, aż tu nagle, z mijanej wystawy machają do mnie swoimi łapkami Mukle. Całe stadko Mukli! Najprawdziwszych! Trochę mnie to zdziwiło, bo sklep był z konfekcją damską typu garsonki i żakiety (brr... - asortyment, który z założenia omijam szerokim łukiem), no ale Mukle - wiadomo, szczwane bestie wszędzie wlezą, umoszczą się nawet między eleganckimi kostiumikami. No sami rozumiecie, Mukla to Mukla, nie miałam wyjścia, musiałam jedną zabrać do domu.

Dobrze jej chyba u nas.



Choć nie powiem, jest dość leniwa...

 

Jak się okazało, stworzonka to autorski projekt córki właścicieli wspomnianego sklepu (chyba nazywał się Verigo, ale nie bardzo już pamiętam), która z zamiłowania do maskotek wszelakich, postanowiła stworzyć własne wzory. Co prawda autorka twierdzi, że szyte przez nią stwory to Sisimony, ale ja tam swoje wiem, mnie oczu nie zamydli...

Zresztą osądźcie sami - podobieństwo do wszędobylskich szwedzkich sióstr zaskakujące:


 

 

 

 

Swoją drogą, strasznie brzydkie rzeczy wychodzą jak się wpisze "mukla" w wyszukiwarce grafiki :-/

niedziela, 27 stycznia 2013
kalibazgroły

Mukla czepiała się ostatnio lekarskiego pisma, ale sama przecież nie może pochwalić się lepszym:


 

Czasami jednak, kiedy Mukla stara się wprost wybitnie, spod jej utytłanych w atramencie po łokcie rąk wychodzą o takie zacne w kształcie literki:


 

 

Co prawda "wprost wybitnie" to Mukla stara się akurat wybitnie rzadko, no powiedzmy raz na dwa miesiące, bo mniej więcej z taką częstotliwością gości w Poznaniu pan Kaligraf. Pan Kaligraf przyjeżdża z Krakowa (no ba! a skąd by indziej!) z torbą pełna stalówek, obsadek i atramentów i prowadzi warsztaty na których naucza sztuki kaligrafii. Mukla, która jakieś tam zamiłowanie do ładnych literek przejawia postanowiła zatem nauczyć się pięknie pisać. Oczyma wyobraźni widziała już te cudnie wykaligrafowane plakaty, kartki świąteczne i bileciki na prezenty... Niestety droga do nich jeszcze daleka. Pismo w którym Mukla postanowiła się doskonalić do najłatwiejszych nie należy, bo Mukla spośród różnych uncjał i gotyków wybrała sobie akurat kursywę angielską, inaczej zwaną copperplate. 

Mukli niestety brak cierpliwości (o takiej), żeby pisać wolno i dokładnie, żeby pieczołowicie wykańczać każdy szczególik, każdą kropeczkę, dlatego Mukla literki stawia (póki co, póki co...) dość pokraczne, niespecjalnie równe i nazbyt szerokie, robiąc przy tym kleks za kleksem. No ale bez przesady, nie musi być przecież doskonała we wszystkim :-)


 

 

 

Gdyby ktoś miał akurat ochotę oderwać się od pisania na klawiaturze i poćwiczyć sobie jakieś historyczne pismo, to Mukla donosi, że najbliższe warsztaty kaligrafii w Poznaniu odbędą się 2 marca (kolejne 20 kwietnia), a zapisywać można się o tutaj.

piątek, 25 stycznia 2013
typeface designed for doctors

Upierdliwy bakcyl nie odpuszcza, dziś znów zmusił Muklę, aby pofatygowała się do lekarza. Pani doktor Muklę zbadała, osłuchała, zajrzała do gardła i wypisała kolejną receptę*, której Mukla rozczytać nie potrafi. 

Mukla znalazła kiedyś w sieci taki obrazek - samo życie, samo życie...



* Mukla będzie żyła!

Tagi: grafika
13:16, mukla
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 stycznia 2013
aggravure

Tacker, moi Państwo, tacker to sprzęt który w moim osobistym rankingu rzeczy przydatnych plasuje się bardzo wysoko (zaraz za taśmą klejącą, której użyteczność jest wprost nieoceniona). W komplecie z nożyczkami i kredkami stanowi podstawę mojego służbowego ekwipunku, bo "plastyczną i estetyczną aranżacje" mam zakontraktowaną w umowie. Korzystam z niego zatem często i w miarę sprawnie, ale nie bez pewnych obaw - taki tacker to jednak mordercze narzędzie i wolę nawet nie myśleć co by było gdybym (nie daj Boże!) takim tackerem niechcący strzeliła sobie w kolano - auć! 

Podejrzewam, że takie katastroficzne myśli nie niepokoją Babtiste Debombourg'a, francuskiego artysty - rzeźbiarza, który tackerem włada z renesansowym wprost rozmachem, a z maleńkich zszywek uczynił główną materię swoich prac pod wspólnym tytułem "Aggravure". Z podziwu godną cierpliwością przyszpilał zatem zszywkę przy zszywce, tworząc imponujących rozmiarów instalacje nawiązujące w swojej estetyce do XVI wiecznych rycin głównie włoskich i niderlandzkich manierystów. 

 

 

 

O ile dobrze zrozumiałam (a zrozumieć artystów nie jest przecież łatwo, tym bardziej tych obcojęzycznych) Debombourg postanowił ujawnić ukrytą agresję, która czai się w pełnych patosu i piękna pracach Goltziusa, Harmensza, Albertiego czy też wcześniejszego im Durera. A żeby było bardziej wiarygodnie, postanowił to zrobić w sposób mało delikatny, wstrzeliwując w ściany dziesiątki, a nawet setki metalowych elementów, które na nowo zobrazowały znane z historii sztuki motywy. 


 

 

 

 

Do wykonania poniższej pracy artysta zużył blisko pół miliona klasycznych zszywek, a całość zajęła mu, bagatela 340 godzin!


 

i tak, to naprawdę są zszywki...

 

 

 

Tagi: sztuka
21:48, mukla
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 stycznia 2013
truskawkowy super hero

Jednym z moich noworocznych postanowień (oczywiście zaraz po zamiarze zrzucenia 5 kilo) było regularne dodawanie wpisów. Wyobrażałam sobie, że tak powiedzmy, dwa razy w tygodniu zasiadam przed komputerem i tworzę jakiś niezwykle pasjonujący (no przecież!) tekst o kolejnych nikomu niepotrzebnych rzeczach, a moi wierni czytelnicy (cześć Tato! :-) wprost nie mogą się doczekać kolejnych wieści z barwnego świata pierdół w których się lubuję. I co? i pstro.

Mamy ponad połowę stycznia, a na blogu jak do tej pory jeden, jedyny marny pościak. Eh... no nie wiem, znudziło mi się to całe blogowanie czy jak? Mogłabym oczywiście zrzucić wszystko na natłok zajęć i ogólnie obowiązki, no ale nie mogę, bo czego jak czego, ale czasu to ja akurat ostatnio miałam dużo. Jakiś paskudny wirus przypałętał się do mnie jeszcze przed nowym rokiem i rozgościł się w moim organizmie na dobre, co skutecznie zatrzymało mnie w domu na ponad tydzień. I ja ten tydzień, proszę Państwa skutecznie przebimbałam! Całymi dniami leżałam w piżamie i obiecywałam sobie, że w przerwach między atakami kaszlu i tamowaniem cieknącego nosa: napiszę, przeczytam, może nawet posprzątam... i nic. Tyle wolnego poszło na marnację ! Co prawda przemęczyłam przez ten czas "Annę Kareninę", ale męczyłam ją już od dawna i chyba tylko po to, aby do mojego osobistego panteonu irytujących bohaterów dołączyć kolejnego. 

No ale do rzeczy. Z okazji mojego powrotu do świata żywych, moja serdeczna koleżanka Ana zabrała mnie do kina. Nie na film bynajmniej. Poszłyśmy na koncert, bo teraz w kinach to i koncerty grają - o, taka rozpusta. Konkretnie grał zespół Coldplay (co prawda grał w Paryżu i to kilka miesięcy temu, no ale nie bądźmy czepialscy). Nie to, żebym jakoś specjalnie za nimi przepadała, ale byłam ciekawa jak takie kinowe koncerty wyglądają i muszę przyznać, że wyglądają całkiem zacnie.  Do domu wróciłam zatem kontenta i od wczoraj nucę sobie pod nosem (ku zgrozie małżonka mego, który dobrego słowa o Coldplay nie powie) "para, para, paradise..."

Dlatego też dzisiaj piosenka. Nawet nie tyle piosenka, która sama w sobie jest moim zdaniem bez rewelacji, co raczej teledysk, który zauroczył mnie swoją wykredowaną na asfalcie historią. Wiem, że pomysł jest już oklepany, no ale przyznajcie sami, czyż nie wyszło uroczo?

 

 

A za kilka tygodni znowu idziemy z Aną do kina. Tym razem na spektakl, konkretnie na "Turandot" i już się cieszę, bo "Nessun dorma" to jedna z moich ulubionych arii.

 
1 , 2