Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 31 stycznia 2014
rozdawka

Kochani, zwariowałam! Z okazji trzecich urodzin bloga rozdaję prezenty! Ot tak, zupełnie za nic, po prostu!


Ale od początku. Mąż mój od zawsze był dzieckiem plastycznie aktywnym. W domu rodzinnym Andrzeja, do dziś wiszą jego małoletnie prace malarskie typu zachód słońca nad Nilem, tudzież pejzaż leśny, których teraz, z perspektywy czasu najchętniej by się wyparł. Mało tego, jako chłopiec przedsiębiorczy postanowił na tych swoich artystycznych talentach zarabiać i podczas wakacji spędzanych u cioci w Sopocie sprzedawał pod torem wyścigów konnych obrazki z konikami. Ponoć szło mu całkiem nieźle ;-). Szybko jednak odkrył istnienie grafiki komputerowej i malarstwo odeszło w niepamięć. 


W każdym bądź razie to artystyczne zacięcie zostało mu do dziś i raz na jakiś czas coś tam sobie podłubać lubi. Ostatnio dłubie w gumolicie - dosłownie :-). Ano! Linoryty produkuje. Przytargał do domu kawał burego linoleum i dwa litry farby drukarskiej i teraz całymi wieczorami ryje aż wiórki lecą. Odbitki suszą się po całym domu, więc postanowiłam, że kilkoma mogę się z Wami podzielić. A dokładnie pierwszym (na trzy do tej pory powstałe) wzorem, który wyszedł z naszej domowej pracowni - wybitnie kuchennym obrazkiem z modernistycznym napisem "smacznego". O takim:

 

 

Nie są może tak finezyjnie szczegółowe jak te, które kiedyś już na blogu pokazywałam, ale na Boga, to dopiero początki. Kto wie, może za lat dziesięć Andrzej stanie się wybitnym linorytnikiem i jego prace będą osiągać zawrotne ceny na aukcjach sztuki. Macie więc jedyną i niepowtarzalną okazję zdobyć jeden zupełnie za free. Co trzeba zrobić? Ano nic! Nie trzeba odpowiadać na żadne pytania, nie trzeba nic udostępniać, nie trzeba nawet nic polubić (choć to akurat można ;-), wystarczy tylko chcieć. Chęć można wyrazić w komentarzu pod tym postem, na muklowym fejsbuku, lub pisząc maila na adres podany w zakładce "kontakt". Losowanie nie jest przewidziane, więc decyduje kolejność zgłoszeń. Jak ktoś ma takie widzimisie, to może wyrazić też swoje preferencje kolorystyczne. Wybierać można spośród czerwonego (dwie sztuki na stanie), niebieskiego (dwie sztuki) i zielonego (sztuk jedna). Żółtych nie oddam, żółte zawisną w mojej kuchni osobistej ;-).  Ot i cała filozofia. To co? Są chętni?

 

 


 

 

A jak ktoś nie wie, a chciałby zobaczyć jak wygląda produkcja linorytu, to może to sobie dokładnie obejrzeć na blogu Eweliny Wajgert. Ewelina to prawdziwa profesjonalistka, do robienia odbitek używa fachowej prasy, Andrzej póki co "odbija" za pomocą łyżki :-). Ale bałagan podobny...

niedziela, 26 stycznia 2014
tort wybitnie urodzinowy

Ostatnio odnalazłam nowe powołanie i jak opętana wypiekam torty - chwaliłam się zresztą już tutaj raz czy drugi, a może nawet i więcej razy, bo przecież każda okazja na tort jest dobra. Najdziwniejsze jednak w tym moim cukierniczym szaleństwie jest to, że tak naprawdę to ja tortów nigdy nie lubiłam. Za słodkie* są i tyle. Więcej frajdy sprawia mi zatem samo przygotowanie i zdobienie ciasta niż jego późniejsza konsumpcja. Ot, takie małe dziwactwo. 

 


 

Ten powyższy, ozdobiony w pełni jadalną kokardą, powstał z myślą o naszej drogiej koleżance Emilce, która wczoraj obchodziła swoje kolejne (że tak dyplomatycznie wybrnę z kłopotliwego tematu ;-) urodziny. Sto lat kochana raz jeszcze!

 


 

 

 

*Trudno żeby nie były, skoro na samą masę cukrową poszedł w tym konkretnym przypadku blisko kilogram cukru pudru.

środa, 22 stycznia 2014
minimiam



Widziałam już miniaturowe postacie moszczące swoje maciupeńkie ciałka na trawnikach nie większych niż paznokieć (dosłownie!), dlatego też nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy w czeluściach internetu trafiłam na zdjęcia innych mini społeczności, tym razem brodzących przez zaspy bitej śmietany i taplających się w gorącym rosole :-)

 

 

 


 


 

Te sympatyczne fotografie to Minimiam (czyli w wolnym tłumaczeniu: mini mniam ;-), artystyczny projekt pewnego japońsko-francuskiego małżeństwa fotografów. Akiko Ida i Pierre Javelle to artystyczna para parająca się na co dzień fotografią kulinarną - ich smakowite zdjęcia możemy odnaleźć w blisko 30 kucharskich pozycjach książkowych. Jednak, jak to z różnymi kreatywnymi osobowościami bywa, mieli też potrzebę artystycznego wyżycia się gdzieś na boku. A że oboje mają fioła na punkcie gotowania i jedzenia (i ja jako znany żarłok jestem w stanie tego fioła zrozumieć), dlatego naturalną rzeczą było, że ich twórczość w bezpośredni sposób do tej smakowitej pasji nawiązywać będzie. I tak to ponad dziesięć lat temu Akiko i Pierre ustawili swoją pierwszą maleńką dioramę do której wykorzystali zawartość własnej lodówki i maciupeńkie figurki (w skali 1/87), które zazwyczaj kupują pasjonaci modelarstwa kolejowego.

Urocze spożywcze krajobrazy zostały więc figlarnie zaludnione przez maleńkich mieszkańców, którzy w otoczeniu wybujałych kalafiorów i nad wyraz smakowitych kremówek toczą codzienne życie, z zaangażowaniem wykonując swoje prace, lub oddając się rozrywkom wszelakim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I choć ich głównym celem było stworzenie po prostu obrazków, które wywołują u odbiorców uśmiech sympatii, to Minimiam nie stroni też od poruszania tematów poważniejszych. Wśród spożywczych historii możemy odnaleźć takie odnoszące się do relacji człowieka z naturą, poruszające problem globalnego ocieplenia, czy nawet takie, które w ten specyficzny sposób ukazują wojenne piekło. Gorąco zatem zachęcam: zajrzyjcie na na stronie Minimiam - można zobaczyć tam wszystkie pomysły Akiko i Pierre'a, a niektóre są naprawdę mniam :-)


Mnie, w każdym razie, na widok tych pomysłowych scenek gęba się uśmiechnęła, a Wam?

niedziela, 19 stycznia 2014
słodka Audrey

 

Wśród swoich najbliższych koleżanek mam jedną, która jest wielką miłośniczką dawnych filmów. Anę już od dawna pociąga klimat starego Hollywood, no wiecie - piękne panie w olśniewających sukniach, szarmanccy panowie... Skąd jej się to wzięło i jak długo trwa - nie wiem, ale podejrzewam, że w swoim trzydziestoletnim (tak, tak Kochana, nie da się ukryć, tyle własnie masz!) życiu widziała już większość (o ile nie wszystkie) filmów z czarującym Clarkiem Gable czy hipnotyzującą Elizabeth Taylor. Pomna tego zamiłowania postanowiłam wylukrować jej na urodzinowym torcie ulubioną aktorkę Any - Audrey Hepburn. Wyszło jak wyszło, Audrey zyskała mały cellulit na swoich gładkich plecach, gdyż niedokładnie wygładziłam masę cukrową, a pan taksówkarz wiozący mnie na imprezę spytał czy to na pewno tort, bo wygląda jak berecik (!?!), to i tak jestem z niego pioruńsko dumna.  

 

 

 

Ktoś coś wspominał ostatnio o torcie z The Ramones? Zrobi się ;-)

piątek, 17 stycznia 2014
Zbigniew Kaja



O twórczości Zbigniewa Kai miałam do tej pory dość mgliste pojęcie. Wiedziałam, że to grafik i plakacista związany z Poznaniem, ale z jego prac kojarzyłam głównie (i to też raczej umiarkowanie) projekty pocztówek okołoświątecznych. A, i wiedziałam jeszcze, że jest on ojcem innego artysty, trochę bliżej mi znanego - Ryszarda Kai. No, w zasadzie tyle. Nadarzyła się jednak okazja, aby nieco rozszerzyć tę moją wątłą wiedzę, bo Muzeum Narodowe przygotowało akurat wystawę prezentującą dokonania tego popularnego w latach 50. i 60. twórcy. Poszliśmy. I nie żałujemy. Okazało się, że Kaja był artystą wszechstronnym – choć dziś najbardziej kojarzony jako przedstawiciel polskiej szkoły plakatu, nie ograniczał się jedynie do tego środka przekazu, a korzystał z wielu różnorodnych, czasami bardzo odległych od siebie estetycznie dziedzin sztuki. W czterech wypełnionych po brzegi salach zgromadzone zostały plakaty, projekty reklam, okładki książek, znaczki, pocztówki, ekslibrisy, które namiętnie projektował dla przyjaciół, projekty scenografii teatralnych i kostiumów, linoryty (aktualny hit w naszym domu, ale o tym w swoim czasie), drzeworyty, obrazy, także chodzieski serwis wymalowany w niezwykle modernistyczne diabełki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przeciętny Poznaniak nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele zaprojektowanych przez Kaję elementów w miejskiej przestrzeni mija codziennie na swojej drodze. To właśnie Kaja stworzył logotypy np. Międzynarodowych Targów Poznańskich czy Głosu Wielkopolskiego. Był również współautorem topograficzno-plastycznych rozwiązań Ronda Kaponiera (może i brzmi groźnie, ale to m.in. te kolorowe pasy na suficie, które w przejściu pod rondem jeszcze do niedawna wskazywały kierunki). Wymyślał także neony. Dużo ładnych neonów, a wśród nich ten umiłowany przeze mnie najbardziej – Poznańskie Słowiki.

 

Zdecydowanie najbardziej zachwyciłam się uroczymi pocztówkami, które w latach 50. wysyłał swojej żonie Stefanii, a które w pełen miłości sposób przedstawiały scenki z ich wspólnego życia rodzinnego. Naprawdę długo nie mogłam się od nich oderwać – aż się proszą o zebranie w jakimś miłym albumiku, a przy pomysłowo dopisanych tekstach to i jakaś zgrabna książeczka obrazkowa by z tego wyszła.

 

 

 

A wśród prezentowanych pocztówek z niemałą satysfakcją odnalazłam też i swoją Łowiczankę – kartkę, która miała zapoczątkować mój potencjalny zbiór ilustrowanych pocztówek i na której, niestety, mój zapał kolekcjonerski się skończył. Chyba muszę jednak wrócić do tego pomysłu, bo aż się prosi, żeby tę moją mikrokolekcję powiększyć i poszukać jakiegoś wąsatego kawalera, co by dotrzymywał towarzystwa mojej rumianej pannicy :-)

 


 

 

Pokuszono się nawet o szczegółowe odtworzenie pracowni artysty. Artystyczny nieład to bardzo łagodne określenie na to co działo się na biurku pana Zbigniewa ;-). 

 

 

To naprawdę dobrze przemyślana i świetnie przygotowana wystawa (co niestety nie jest takie oczywiste w przypadku MN) i duże brawa należą się jej kuratorkom, paniom Marii Teresie Michałowskiej-Barłóg i Irenie Przymus, a także wspomnianemu już na początku synowi artysty - Ryszardowi, o którym zresztą kiedyś już tu było. Do obejrzenia jeszcze przez tydzień, dokładnie do 26 stycznia.

 
1 , 2