Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 28 lutego 2012
forsa jest mówiąc ogólnie w obiegu...

Gdybym akurat miała jakąś ponadplanową gotówkę to od razu znalazłabym wiele sposobów na jej zagospodarowanie, ale w żadnym wypadku nie skończyłaby ona jako kwiatowe orgiami... Aż tak wolnej, choćby dychy to ja nigdy nie będę miała...


 

 

Kwiaty (i nie tylko) z banknotów (najprawdziwszych!!!) to domena Justine Smith, bo to właśnie międzynarodową walutę londyńska artystka uczyniła głównym tworzywem do swoich artystycznych poczynań. Justine wspomina, że papier od zawsze był podstawowym materiałem z którym pracowała, a banknot na poziomie fizycznym jest przecież tylko kawałkiem papieru. Troszkę bardziej wartościowym, ale jednak papierem. W dodatku bardzo plastycznym...


 

 

 

Najbardziej chyba znaną pracą Justine, są wizerunki walutowych psiaków.



 

Fakt, jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do przypisywania wartości nominalnej poszczególnym banknotom, że patrząc na prace Justine, ciężko dojrzeć nam tylko jej wartość artystyczną. Jednak te delikatne kwiatostany i rozkoszne szczeniaki to tylko pretekst do zadumy nad pojęciem pieniądza i jego obecnością w każdym niemal aspekcie naszego życia. Poprzez swoje rzeźby, kolaże, instalacje artystka "analizuje nasz związek z pieniędzmi w sensie politycznym, moralnym i społecznym, wykorzystując jednocześnie ich fizyczne piękno".


 

Ładne, ale ja tam bym inaczej spożytkowała swoje zaskórniaki.

piątek, 24 lutego 2012
syn smoka

Jak powstaje książka? No jak to jak? Wiadomo: autor napisze, ilustrator zilustruje, drukarnia wydrukuje. No, ale wcześniej ktoś ją też graficznie zaprojektować musi. A tak się składa, że musi czasem mąż mój osobisty, bo taką właśnie fajną pracę ma.

Aktualnie w naszym domu rozpanoszyły się Baśnie japońskie. Ilustracje, które do owej książki popełnił niezwykle przeze mnie lubiany (ach te jego drzewa!) Piotr Fąfrowicz, zdarzyło mi się już tutaj przedpremierowo pokazać. Będąc więc od jakiegoś czasu w klimatach dalekowschodnich, przypomniałam sobie o jeszcze jednej japońsko-fąfrowiczowskiej historii, jaka gościła swego czasu na ekranie Andrzejowego komputera - "Tatsu taro, syn smoka".



Fąfrowicza chyba specjalnie przedstawiać nie trzeba - to ceniony i wielokrotnie nagradzany ilustrator, doceniony nawet w Kraju Kwitnącej Wiśni, bo wśród jego rozlicznych nagród są dwie zdobyte (w 2001 i 2003 roku) na Biennale Ilustracji w Aki Town. Mistrz Wilkoń w swoim prywatnym rankingu ilustaratorów wymienia Fąfrowicza (obok Marii Ekier) jako najciekawszego aktualnie polskiego twórcę ilustracji.



 

 

 

 

Książka miała być japońska jak ta lala (kokeshi) i uważam, że się udało. Tylko świniak jest nasz Polski - różowy, bo te z dalekiej Azji to ponoć szare bywają...



A teraz będę się chwalić, a co! Bo ja też miałam swój mały udział w ostatecznym kształcie książki. Moje są mianowicie stylizowane na japońskie stempelki karty rozdzielające poszczególne części, mój jest również pionowy sposób pisania tytułów poszczególnych rozdziałów. Wprawdzie tego drugiego pomysłu małżonek mój drogi mi odmawia (nie wiem, wyparł chyba ten fakt z pamięci...) i uważa go za swój, ale ja tam swoje wiem i po cichu delektuję się tą świadomością.


 

piątek, 17 lutego 2012
magiczna biblioteka

 

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam z rozmachem, od solidnego popłakania sobie. Mam chyba w organizmie zbyt duże pokłady wilgoci, bo wzruszam się szybko i intensywnie. Śluby to dla mnie normalka, komunie to już wyższy stopień, który w zeszłym roku, o zgrozo, osiągnęłam. Do najbardziej wstydliwych faktów z mojego życia (które teraz otwarcie ujawniam, licząc się z możliwością szantażu ze strony złośliwców) można zaliczyć łzy w tak absurdalnych momentach jak choćby główna wygrana (nie moja, rzecz jasna) w teleturnieju "Jaka to melodia", czy pewien przypadkowo obejrzany teledysk do piosenki Christiny Aguilery. Jak więc widać wachlarz roztkliwiających mnie sytuacji jest imponujący.

Dziś rano rozczulił mnie ten oto filmik:



Ta pełna uroku animacja autorstwa Williama Joyce'a i Brandona Oldenburga została zrealizowana przez Moonbot Studios. Inspiracji do powstania "The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore" dostarczył nie tylko kanoniczny już "Czarnoksiężnik z Oz", ale także szalejący w 2005 roku huragan Katrina. Ten fascynujący filmik był już wielokrotnie nagradzany na rozlicznych konkursach i przeglądach, teraz jednak czeka na te najważniejsze filmowe wyróżnienie - Oskara. Trzymam kciuki, aby tegoroczna statuetka w kategorii Best Animated Short (krótkometrażowy film animowany) trafiła właśnie w ręce panów Joyce'a i Oldenburga.

wtorek, 14 lutego 2012
love story

O moich mieszanych uczuciach co do Walentynek wspominałam już w zeszłym roku. Ani mnie jakoś specjalnie nie drażnią, ani też nie jestem ich wielką miłośniczką. Dzień jak co dzień, tyle że bardziej czerwony. Obchody tego święta w naszym domu ograniczyliśmy do pożerania galaretki w cukrze (tak będzie też i dzisiaj) w ilości bynajmniej zdrowiu nie służącej. Nie praktykowaliśmy za tonigdy  romantycznych wyjść do kina, bukietów stu czerwonych róż ani puchatych białych niedźwiadków. Chyba jesteśmy już na to za duzi...

No, ale skoro ze wszech stron ogarnia nas dzisiaj miłosna aura,  to i ja dołożę to tej ogólnej czerwoności swoje serduszko:


 

Właściwie nie swoje, a Paula Octaviousa. Ten chicagowski fotograf lubi sobie czasem poukładać książki w różne konstrukcje (i nie tylko).

niedziela, 12 lutego 2012
please the trees

Dzisiaj u Mukli będzie muzycznie. To prawda, muzycznie bywa tu rzadko bo i sama Mukla specjalnie muzyczna nie jest, no ale dzisiaj będzie. A to dla tego, że wczoraj Mukla była na długo wyczekiwanym koncercie.


 

 

"Please the trees" to jeden z tych nielicznych zespołów, których nazwę pamiętam i potrafię powtórzyć sama z siebie, co jest dość nietypową dla mnie zdolnością. Być może duże znaczenie ma w tym przypadku fakt, iż oprócz uwielbienia jakim darzę twórczość chłopaków z czeskiego Taboru, to w dodatku całkiem jawnie i otwarcie (i o dziwo, przy pełnej akceptacji małżonka) kocham się we frontmanie grupy Vaclavie Havelce :-). Choć w sumie to tak naprawdę nie wiem czy bardziej kocham się w nim samym czy w jego cudnych kowbojskich butach, którymi niezwykle hipnotyzująco wystukuje rytm do granych melodii. No po prostu ach i och! 


 

 

Wczorajszy koncert był solowym występem Vaclava, ale chodzą słuchy, że zespół w pełnym składzie zawita do Poznania w maju. Ja już odliczam dni...

Tagi: muzyka
21:54, mukla
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2