Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 14 lutego 2014
pasieka

 

Na Walentynki upiekłam pszczoły. Słodkie i kruche. O takie:

 

 

Tak wiem, że w klimat dnia lepiej wpisałyby się serduszka... no ale ja mam akurat pszczoły. Zresztą, kto powiedział, że pszczoły na Walentynki nie pasują?

 

Na pewno nie Hellobee, bo to z ich strony, można sobie ściągnąć i wydrukować taką oto przemiłą akwarelkę.

Jeszcze zdążycie :-)


Miłego wieczoru zatem.

 

 

poniedziałek, 10 lutego 2014
rzeźby książkowe

 

To, że książka jest wdzięcznym materiałem rzeźbiarskim, pokazywałam już tutaj raz czy drugi. Były zatem i woluminowe krajobrazy Guya Laramee i trójwymiarowe strony Isaaca Salazara, a także fantazyjne instalacje Sue Blackwell. Ba, była nawet pewna wyrastająca wprost z kart książki animacja. I wiecie co? Nie zamierzam na tym poprzestawać, dlatego dziś kolejna porcja książkowych rzeźb :-)

Tym razem będą to prace Jodi Harvey - Brown - instruktorki tańca z Pensylwanii, która w wolnych chwilach (czytaj: po nocach - kiedy ogarnie już wszystko co jest do ogarnięcia i położy synka spać) uwalnia swoich ulubionych bohaterów literackich spomiędzy powieściowych kart na świat. 

 

 


 

 

Jodi od zawsze kochała sztukę i uwielbiała czytać książki. Bodźcem do połączenia obu pasji w jedno stała się wizyta w pewnym antykwariacie, z którego wyszła obładowana plikiem wygrzebanych gdzieś w kącie podniszczonych książek. Jedna z nich była dość mocno uszkodzona i to właśnie ona dała niespodziewanie początek nowej pasji. Kobieta postanowiła tchnąć w zapomniany wolumin nowe życie i z pomocą skalpela dwuwymiarową płaszczyznę tekstu przekształciła w przestrzenną opowieść. 


Choć bez wątpienia są to niebywale piękne i misternie wykonane rzeźby, to mogą też budzić sporo kontrowersji. Sama Jodi wspomina, że nie raz musiała odpierać zarzuty, że jej twórczość polega głównie na niszczeniu książki. Osobiście trzymam stronę artystki. Jest tyle niechcianych, zapomnianych, kurzących się po kątach pozycji, do których, powiedzmy szczerze, nikt nigdy już raczej nie zajrzy. Czy nie lepiej, żeby dostały kolejną szansę jako przedmiot artystyczny, cieszący oko? Moim zdaniem (jakby nie patrzeć, osoby zawodowo z książką związanej i szanującej ją) - lepiej.

 

 

 


 

 

Jodi Harvey-Brown nie jest co prawda jedyną osobą, która wpadła na taki pomysł, a jej prace dość mocno przypominają stylem to, co z niekochanymi książkami wyprawia wspomniana już Sue Blackwell, to i tak zdecydowałam się je pokazać. Choćby ze względu na tę jedną, która skradła moje serce:

 


 

W całej swojej maniaczej naiwności wierzę, że wszyscy rozpoznają kształt na obrazku. Nie? Drodzy państwo toż to jest Sokół Millenium, który wprost z kart najprawdziwszej powieści o gwiezdnej sadze, majestatycznie wchodzi w nadświetlną :-)!

 

Prace artystki (Sokoła też!) można nabyć na własność na Etsy.

piątek, 07 lutego 2014
cudaczek

 

Już jest! Już jest!

Najnowszy numer "Cudaczka" trafił do empików, salonów prasowych i co niektórych kiosków. To już kolejny, przy którym wysilałam swoje szare komórki, dlatego radość rozpiera mnie tak ogromna, że ho ho! Tym razem jest to numer wybitnie artystyczny, gdyż motywem przewodnim uczyniono sztukę i design - tematy, jakby nie patrzeć, szczególnie mi bliskie :-)

 


Czego się zatem można dowiedzieć? Ano na przykład tego jak się nazywa i kiedy powstało najpopularniejsze krzesło świata, gdzie zbudowano domki wyglądające jak wielkie bańki mydlane i co się stanie, kiedy zmieszamy ze sobą różne kolory. Można również przeczytać, co jada na obiad pewien Luigi z Rzymu (ha! i wcale nie jest to pizza!) i jak przyozdabiają swoje ciała kobiety z plemienia Mursi. No, ogólnie rzecz biorąc dużo różnych ciekawych (mam nadzieję) rzeczy. 

Dlatego zachęcam gorąco: jeśli macie w domu dzieciaki w wieku wczesnoszkolnym, to przygarnijcie "Cudaczka" - naprawdę zabawne z niego stworzonko, a i nauczyć wiele może ;-)

 


środa, 05 lutego 2014
jak zrobić tort pieluszkowy

 

Otóż bardzo łatwo i zamierzam to dziś udowodnić. Ot co!

 

 

Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że pieluchy są bardziej pożądanym prezentem dla dzidziusia niż np. kolejne wdzianko udające misia. Nie da się zaprzeczyć, że przy małym dziecku idą jak woda, dlatego każda ich ilość zostanie przez rodziców przyjęta z wdzięcznością. Sama uważam takie "torty" za sympatyczny powitalny upominek i niestrudzenie klecę kolejne z każdym nowym maluchem pojawiającym się w moim najbliższym otoczeniu. Oczywiście można takowy kupić już gotowy, ale po co, skoro jego zrobienie nie zajmuje więcej niż pół godziny, a i rzecz jasna wychodzi dużo taniej ;-)

 

Arsenał jaki do tego potrzebujemy nie jest specjalnie wygibaśny. Wystarczy, że zaopatrzymy się w paczkę pieluch (ja kupiłam taką licząca 66 sztuk i starczyło idealnie), kawałek kartonu mniej lub bardziej przypominający koło, rolkę po ręczniku papierowym, gumki (szerokie recepturki lub taką "do majtek") i dużo, dużo wstążki w dowolnym kolorze. 

 

 

Szkoły budowania takiego "tortu" bywają różne - jedni układają pieluchy na zakładkę, inni zwijają w ruloniki. Ja metodą prób i błędów wypracowałam swoją własną (jak chciałabym wierzyć) metodę, którą zresztą z każdą kolejną pieluszkową konstrukcją wciąż udoskonalam.

 

Ale po kolei: 

 

 

1. i 2.  Po pierwsze, to trzeba stworzyć rusztowanie wokół którego będziemy układać pieluchy. Nic prostszego - wystarczy, że umocujemy rolkę w centrum kartonowej podstawki. Ja wykorzystałam to cudowne narzędzie jakim jest pistolet na gorący klej, ale jak ktoś takowego nie posiada, to i taśma klejąca radę da.


3.  Pieluchy składamy na pół i układamy dokoła rulonu.


4.  Powiedzmy sobie szczerze, jest to czynność dość irytująca, bo cholerstwo ma tendencję do rozsypywania się na prawo i lewo. Dlatego dla ułatwienia korzystam z gumki pomocniczej (jak się dobrze przyjrzycie to zobaczycie ją na zdjęciu). Naciągam ją na rolkę i kilka złożonych pieluch, a następnie stopniowo dokładam kolejne.


5.  Pieluchy układamy do momentu, aż otrzymamy całkiem zgrabny "kwiatek". 


6.  Kolej na drugi rządek. Tak samo jak poprzednio, korzystając z gumki (recepturka może się już okazać zbyt mała) wokół pierwszego kwiatka układamy drugi, większy. 


7.  I tak dokoła...


8.  Następnie zabieramy się za piętro. Żeby kolejna warstwa ładnie zachodziła na parter tworząc stopnie, należy ją troszkę od stelaża oddalić. Można wtedy opatulić rulon dwoma, trzema pieluchami wokół.


9.  Które oczywiście dla własnej wygody oplatamy gumką. 

 

 

10. i 11.  I podobnie jak poprzednio układamy złożone pieluszki dokoła. Z racji deficytu gumki w moim domu, każdą z warstw dodatkowo przewiązałam sznureczkiem (po czym zdejmowałam gumkę). W sumie wyszło to nawet na dobre, bo cały "tort" ładnie się usztywnił. Jak widać - cały czas udoskonalam "przepis" :-)


12.   Uklepujemy, wyrównujemy, wygładzamy - porządek musi być :-)


13.   Może się zdarzyć (u mnie się zdarzyło), że rolka okaże się zbyt krótka i trzeba ją czymś przedłużyć. Najlepiej... drugą rolką, ale można też improwizować - nie każdy przecież jest takim śmieciarzem zbierającym wszelkie rolki, puszki i słoiki jak ja ;-). Zbliżamy się już ku końcowi naszej budowy - to już ostatnia, najmniejsza warstwa. 


14.  Warto jeszcze ostatecznie uklepać i nadać zgrabny kształt. 


15.  I tyle! Tort gotowy! 

 

No prawie, bo wypadałoby jeszcze zamaskować sznureczki...

 

 

Oczywiście jak na złość, przy drugiej kokardce okazało się, że trzy i pół metra wstążki to zdecydowanie za mało. Sobota, godzina 13:45, najbliższa pasmanteria jakieś trzy kilometry od domu :-/ Wystartowałam więc w te pędy (w dresach i kowbojkach (ma się stajla, co nie?), bo to wybitnie szybka akcja była), aby niczym bohater sensacyjnych filmów klasy B, dosłownie w ostatniej chwili (pokonując po drodze przeciwności losu w postaci czerwonych świateł na skrzyżowaniach) dopaść sklepowej lady. Dlatego jeśli chcecie oszczędzić sobie stresu to pamiętajcie - wstążki minimum pięć metrów!

Z braku lepszego pomysłu, na szczycie usadowiłam (przyklejając mu pupę do kokardy, a tę bezpośrednio do rusztowania) polarnego niedźwiadka. Nieplanowanie wyszła więc z tego pieluchowa góra lodowa. Też dobrze - w sumie to wszystko udało się chyba nawet lepiej niż ostatnio.

 

 

 

A cały tort powstał tym razem z myślą o małym Iwku, który niedawno pojawił się w życiu naszych Przyjaciół :-)