Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 28 listopada 2011
narysuj mi kółeczko...

 

Dosłownie przed chwilą trafiłam na reklamę pisaków Faber Castell i jedyne co mnie teraz męczy, to fakt, czy rzeczywiście zataczając kółka bez odrywania ręki możliwe jest wyrysowanie (nie byle jakich) obrazków:



 

Podobno możliwe...

wtorek, 22 listopada 2011
wyszło szydło w miasto

 

O Agacie Oleksiak i jej rozpoznawalnych na świecie włóczkowych tworach planowałam napisać już dawno. Wszak moje zamiłowanie do dzianiny nie jest dla nikogo tajemnicą... Nie napisałam, w zasadzie nie wiem czemu, ale może to i dobrze, gdyż teraz nadarzyła się ku temu okazja wyjątkowa. Bo Oleksiak, znana głównie jako Olek, postanowiła w charakterystyczne dla siebie kolorowe wdzianka ubrać na zimę co niektóre obiekty w miejskiej przestrzeni Poznania. A wszystko to w ramach kolejnej już edycji festiwalu twórczości kobiet No women, no art.



Olek, która porzuciła niegdyś Poznań na rzecz Nowego Jorku, jest już artystką uznaną. Na całym świecie rozpoznawalna jest głównie dzięki akcjom ubierania we włóczkowe wdzianka różnych, czasem naprawdę irracjonalnych elementów architektury miejskiej. To taki włóczkowy street art, a bardziej fachowo knit graffiti, które od jakiegoś czasu robi się coraz bardziej popularne. To przez inicjatorkę tego ruchu Amerykankę Magdę Sayeg, coraz większa rzesza kobiet wychodzi na ulice z szydełkiem w ręku - od choćby wtedy. A Olek nie dość, że wyszła, to jeszcze swoimi dzianinami w jaskrawe moro zdobyła całkiem duży rozgłos. Jej najefektowniejszą i najbardziej znaną pracą jest sweterek dla słynnego byka stojącego na nowojorskiej Wall Street.



Byłam niezwykle ciekawa jakie wrażenie podobne instalacje robią na żywo, toteż w niedzielę wybrałam się na spacer włóczkowym szlakiem.

najpierw Cadillac pod Zamkiem:




potem przyczepa na Rynku:




a na końcu Stary Marych:


fot: Łukasz Gdak


Niestety, nie udało mi się sfotografować Marycha w zimowym ubranku. Jakiemuś podłemu wandalowi najwyraźniej przeszkadzał różowy sweterek i w przeddzień mojej wyprawy pomnik został podpalony. Szydełkowy pokrowiec doszczętnie spłonął, więc ku mojemu rozczarowaniu (wtedy nie wiedziałam jeszcze o tym akcie wandalizmu) zobaczyłam Marycha takiego, jakim go zawsze widuję. Dlatego też zmuszona byłam pożyczyć zdjęcie obszydełkowanego pomnika z portalu poznan.naszemiasto.pl

Muszę jednak przyznać, że trochę się rozczarowałam. Zdaje sobie sprawę, że takie przedsięwzięcia wymagają pewnej logistyki i miesięcznych przygotowań, wszak poszczególne elementy nie wydziergają się same, jednak znając wcześniejsze prace artystki i jej dziewiarską kreatywność poczułam pewien niedosyt. Miałam wrażenie, że instalacje jakie Olek zaprezentowała w Poznaniu, były zrobione na szybko i niedokładnie. Nijak się miały do precyzyjnych pokrowców z jakich artystka jest znana.

A ubierała już przecież zarówno samochody:



jak i rowery:



jakoś tak ładniej...

środa, 16 listopada 2011
mysz domowa

 

W naszej księgarni zamieszkała Mysz. Całkiem dorodna i stosunkowo ładna ta Mysz. Nie należę do osób, które na widok gryzoni piszczą i wskakują na najbliższy stół, toteż jej obecność jakoś specjalnie mi nie przeszkadza. Postulowałam nawet o nadanie jej imienia i uczynienia firmową maskotką, ale pomysł ten nie spotkał się z ogólną akceptacją współpracowników. Ehh... mam tylko nadzieję, że nasze rozstanie z Myszą przebiegnie w sposób dość łagodny, bo cóż ona winna, że zapragnęła uwić sobie w naszych progach ciepłe gniazdko na zimę. Pozazdrościła bidulka swoim holenderskim kuzynom: Samowi i Julii ich przytulnego lokum:

(klik i powiększamy)


 


 


"Interior Mouse Mansion" to projekt artystyczny holenderskiej pisarki i polityczki Kariny Schaapman. Karina najpierw zbudowała z tektury, papier mache i innych niepotrzebnych szpargałów, imponującej wielkości Mysi Domek, a następnie dopisała do niego różne historie o o jego domownikach. Ton Builder sfotografował poszczególne pokoiki (których Mysi Domek liczy ponad sto!) i powstała z tego przeurocza książeczka o przygodach ciekawskich gryzoni: Sama i Julii, która miejmy nadzieję (a są ku temu pewne przesłanki) ukaże się za jakiś czas na polskim rynku.








Więcej mysich szczegółów na blogu Kariny.

poniedziałek, 07 listopada 2011
z gryfla sztuka

 

Szanowni państwo, dzisiaj będzie zagadka: Co to jest gryfel i z czym to się je? 

 

Zawsze było dla mnie oczywistym, że gryflem nazywamy to coś, co w ołówku siedzi. Do wczoraj... Z racji pewnej wątpliwości co do poprawnej odmiany tego wyrazu zajrzałam do słownika. I co się okazało? Że używany przeze mnie od blisko trzydziestu lat gryfel oficjalnie nie istnieje! Grafit owszem. Rysik a jakże. Gryfla w słownikach brak. Szukałam zrozumienia u małżonka, jednak on także o gryflu nie słyszał. W sieci również cicho. Zaczęłam nawet wątpić, czy owa nazwa nie jest tylko jedynie wymysłem mojej bujnej wyobraźni, na szczęście okazało się, że nie tylko ja mam z gryflem problem.

 

A całe zamieszanie dlatego, że chciałam stworzyć poprawny gramatycznie post o gryflowych rzeźbach Daltona Ghetti'ego.

 

 

Otóż ten brazylijski stolarz mieszkający od lat w Connecticut, zamiast produkcją stołów i krzeseł bardziej wsławił się w świecie jako rzeźbiarz. Dla stolarza dłubanie w drewnie nie jest jakimś specjalnym wyzwaniem, dlatego Dalton postanowił sobie troszkę utrudnić i jako surowiec do swoich twórczych poczynań wybrał właśnie przedmiot moich dzisiejszych dylematów. Jego miniaturowe cudeńka powstają na samym szczycie klasycznych ołówków.

 

 

 

 

Każdy, kto choć raz widział w życiu ołówek wie, że przestrzeni na nim rozpaczliwie mało. Tym bardziej zaskakujący wydaje się fakt, że artysta podczas swojej pracy nie korzysta ze szkła powiększającego. Z racji tego, że tradycyjny nóż rzeźbiarski nie zawsze daje radę tak małej powierzchni, Ghetti wspomaga się żyletką, a nawet najzwyklejszą igłą krawiecką.

 

 

Łatwo nie jest, bo jak sam mówi, o ile grafit jest bardzo wdzięcznym materiałem do rzeźbienia (choć łamie się i to często), to włókniste drewno go otaczające już niekoniecznie. Cierpliwość więc i precyzja ponad wszystko.

 

 

 

 

 

Nad swoimi mikroskopijnym dziełkami Ghetti spędza standardowo około kilku miesięcy, rekordem był czas jaki poświęcił na wykonanie poniższej pracy. Przekształcenie jednego ołówka w dwa mniejsze połączone łańcuszkiem zajęło mu, bagatela, dwa i pół roku:

 

 

Tagi: sztuka
17:39, mukla
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 listopada 2011
kanały

Z Poznania do Berlina daleko nie jest. Toteż swego czasu (dawno, dawno) wybraliśmy się tam na weekend. Było to w czasach kiedy Ala i Ziemowit nie byli jeszcze zaprzyjaźnioną z nami parą, a dwójką osobnych, bliskich nam, aczkolwiek obcych sobie osób. I w tym miejscu powinnam się szatańsko zaśmiać (buhahaha!!), bo jeśli oni myślą (ale chyba nie są, aż tak naiwni), że kwestią przypadku było wycieczkowanie w tym właśnie gronie, to się grubo mylą!
 

Ale ja nie o tym. Właściwe to chciałam napisać o kanalizacyjnym zamiłowaniu naszej Ali. Bowiem Alutka w każdym nowo odwiedzonym miejscu z uporem maniaka fotografuje oprócz zabytków i muzealnych eksponatów również studzienki kanalizacyjne właśnie. Gdyby była artystką zawodową, pasja ta urosłaby zapewne do rangi projektu fotograficznego, a tak stanowi póki co sympatyczną i nietypową pamiątkę z wojaży. Chociaż kto wie, może kiedyś... A o Berlinie nie wspomniałam ot tak sobie - to tam wszystko się zaczęło....

 

Tak więc od tej berlińskiej studzienki cała kolekcja wzięła swój początek. Jak widać na zdjęciu, Ziemo już wtedy rozpoczął "końskie zaloty" względem Ali.

 

 

Końskie czy nie końskie, ważne, że całkiem skuteczne - do Budapesztu pojechali już sami.

 

 

Zresztą nie tylko tam...

 

Kraków

 

 

Belgrad

 

 

 Berat

 

 

Skopje

 

 

Tirana

 

 

Zdjęcie z Bielska-Białej jest zdecydowanie moim ulubionym. Stylizacja i poza a'la Mazowsze - wrażenie nieodparte, że zaraz będą chołupce wywijać. 

 

 

Zdarza im się jednak zatęsknić za naszym towarzystwem :)

 

Sztokholm

 

 

Tego lata, podczas naszej Krymskiej peregrynacji kolekcja Ali znacznie się rozrosła:

Lwów (Studzienka brzydka, no ale jak tradycja, to tradycja)

 

 

Bałakława.

 

 

Bakczysaraj

 

 

Kijów

 

 

Katowice uwiecznione tyłem - żeby nie było, że ciągle w tych samych butach ;)

 

 

I jeszcze rodzinny wypad do Bergamo. 

 

 

Zaskakujące, że większość wspomnianych miast zaczyna się na literę B.

Tagi: miejsca
22:06, mukla
Link Komentarze (3) »