Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 25 listopada 2013
ach śpij kochanie...

Zdarzyło się raz ciotce Mukli usypiać najmłodszą do snu. Cyrków było przy tym co nie miara. Podjęła próby na ciepłe mleczko, na zmęczenie (że niby młoda sama padnie i zaśnie na dywanie), na "szamana" (wózek w przód, w tył i monotonne aaaaaa...) - niezmordowanej bestii nie ruszało nic. W ostateczności zaczęła dziecku śpiewać, a że śpiew ten jest dla otoczenia przeżyciem raczej ekstremalnym, toteż Nina, bardziej chyba przerażona wizją kolejnej piosnki, niż z chęci snu samego w sobie, ostatecznie zasnęła. Jak tylko dziecię zamknęło oczy, Mukla wstrzymała oddech i zaczęła poruszać się na paluszkach, żeby czasami nie zniweczyć tego mozolnego procesu zasypiania. Bynajmniej nie chodziło o to, że wreszcie znalazła chwilę na lekturę (no dobra, to trochę też), ale Ninka spała tak słodko, tak uroczo, że w przypływie ogromnej czułości zaczęła się cioteczka zastanawiać, co też się teraz maleństwu w główce roi i czy w ogóle coś...

Może śni, że jest astronautką?


zdjęcie autorstwa Adele Enerson


A może, że w dzikiej dżungli huśta się na lianie?


zdjęcie autorstwa Queenie Liao


Dwie kreatywne mamy też zadawały sobie to pytanie: Finka Adele Enersen i mieszkająca w Kalifornii Tajwanka Queenie Liao. Obie panie patrząc na swoje maleństwa zastanawiały się jakie senne marzenia może im przynieść zwykła poobiednia drzemka i swoim przypuszczeniom postanowiły nadać jak najbardziej realny kształt. 

Ale od początku. Pierwsza była Adele, która podczas urlopu macierzyńskiego zapragnęła robić niebanalne portrety swojej maleńkiej córeczce Mili. Kiedy mała zasypiała, za pomocą dostępnych pod ręką materiałów - ubrań, ręczników czy dziecięcych zabawek - budowała wokół Mili świat sennych fantazji. Podobno każdy pomysł od realizacji dzieliły zaledwie minuty, hm... patrząc na te dopracowane tła, nie do końca chce mi się wierzyć w to, że nie były wcześniej szczegółowo przemyślane... Pojedyncze z początku zdjęcia rozrosły się ostatecznie w cały projekt fotograficzny, a senne wizerunki słodkiej Mili szybko zdobyły dużą popularność, do tego stopnia, że Adele zdecydowała się wydać je w książeczce pt. "When my baby dreams".





Teraz, kiedy Mila już podrosła, bohaterem zdjęć (nieco innych, ale też pomysłowych) stał się jej młodszy brat Vincent.




Kiedy druga mama - Queenie Liao zaczęła w podobny sposób fotografować swojego trzymiesięcznego synka Wengenna, prace Adele były już ogólnie znane. Zresztą Queenie nigdy nie twierdziła, że to jej autorski pomysł na robienie zdjęć maluszkowi i zawsze wspominała, że to właśnie Enersen była dla niej inspiracją. Tyle tylko, że prace Liao stały się w pewnym momencie chyba nawet bardziej popularne niż ich pierwowzory. Czyżby uczeń przerósł mistrza? Nie ukrywam, że przy całej mojej sympatii dla zdjęć Adele Enersten, to baśniowy świat w którym Queenie Liao umieszcza swoje śpiącego synka wydaje mi się bardziej atrakcyjny.






Zdjęcia śpiącego Wengenna również zostały zebrane w album. "Wengenn in Wonderland" zawiera blisko setkę bajkowych wcieleń malucha.

Projekty projektami, ale z obu wyszła przeurocza pamiątka z dzieciństwa dla Mili i Wengenna, nie sądzicie?

środa, 06 listopada 2013
stoi na stacji lokomotywa...

Ano stoi, stoi, i to w dodatku nie jedna, a cały tabun, o ile można tak powiedzieć o lokomotywach.


 

Wszystkie są ciężkie, ogromne, z żelaza i stali, ustawione w równym rządku w wolsztyńskiej Parowozowni. Tak, tak, to własnie tam można zobaczyć gorącą, buchającą parą lokomotywę. Prawda to najświętsza, przekonaliśmy się o tym na własne oczy podczas naszej ostatniej weekendowej wycieczki. Nie dość, że takowy parowóz stał, sapał, dyszał i dmuchał, to jeszcze wtarabaniliśmy się maszyniście do środka. Gorąc w środku aż buchał, a pan Maszynista był na tyle miły, że wszystko nam pokazał i objaśnił, a Ala (wiadomo, że najlepiej wycieczkuje się w gronie) jako kobieta uprzywilejowana, bo ciężarna, dostała nawet pozwolenie na użycie "świstawki", czyli parowozowego klaksonu. Matko święta, mamy po trzydzieści lat i więcej, a frajdę z takiej rozgrzanej lokomotywy mieliśmy jak dzieci!





Warto zaznaczyć, ze Parowozownia Wolsztyn to nie żaden skansen, ani regularne muzeum - to najprawdziwsza, ciągle działająca (i to blisko od 100 lat) lokomotywownia. Taki trochę ewenement, bo jakby nie patrzeć za wielu takich miejsc to już nie ma. Tym bardziej tych, które nadal, dzień w dzień wydają pociągi na trasę. Wolsztyńskie buchające monstra dwa razy dziennie pokonują dystans do Poznania i z powrotem. 




Wycieczka wycieczką, ale skoro już jestem w parowozoklimatach, to wstydem by było nie wspomnieć o jeszcze jednej lokomotywie. O tej chyba najbardziej znanej, bo tuwimowskiej. Nie uwierzę, no nie uwierzę, że mogą być tacy, którzy nie potrafiliby wyrecytować choć pierwszych strof tego lubianego wierszyka. No przecież chyba każdy wie, że "para buch, koła w ruch" i że "najpierw powoli jak żółw ociężale" :-). Toż to klasyk nad klasyki. Wielokrotnie wznawiana (tym bardziej ostatnio, skoro mamy rok Tuwima) , czy to w różnych antologiach, czy jako samodzielna książeczka, zawsze chętnie czytana i za każdym razem różnorodnie ilustrowana. No właśnie! Ilustrowana! Dlatego też, Panie, Panowie, proszę wsiadać, drzwi zamykać, bo już za moment, już za chwilę, rozpocznie się kolorowa parada malowanych lokomotyw!

No to: para - buch, koła - w ruch!

Korowód otwiera ta najbardziej znana i chyba najmocniej kojarzona z tuwimowskim wierszykiem - "Lokomotywa" mistrza Jana Marcina Szancera. Wspomnienie z dzieciństwa niejednego bibliofila, któremu dziś na widok reprintu w klasycznym wydaniu łezka w oku nierzadko się kręci :-).





Tuż za nią podąża, równym sentymentem darzona (miałam! miałam!) "Lokomotywa" spod ręki nieocenionej Olgi Siemaszko. Ku uciesze dzieciaków (niekiedy tych już całkiem dużych) i ta wersja doczekała się jakiś czas temu w  Prószyńskim kolejnego wydania.


 

 

 

Następna po torze toczy się nieco dziś zapomniana, jednak świeżo wznowiona przez  Universitas (i to od razu w wersji trójjęzycznej) "Lokomotywa" duetu Jan Lewitt- Jerzy Him.




 

 

Pierwsza współczesna "Lokomotywa" która sunie po naszych torach wyjechała z pracowni Daniela de Latour. Urokliwą książkę z wierszami dla dzieci wydało wydawnictwo Egmont i chwała mu za to, bo jest to jedna z moich ulubionych ilustracyjnych wersji (ach ci rozkoszni atleci!) tego wierszyka.





A teraz biegu przyspiesza i gna coraz prędzej "Lokomotywa" autorstwa Macieja Szymanowicza. Musze przyznać, że coraz bardziej lubię jego ilustracje, choć droga to tej sympatii była raczej długa i kręta ;-) Jego wyobrażenia Tuwima zostały zawierają wydane przez Wilgę "Wiersze dla dzieci".





Majestatycznie przejeżdża przed nami również "Lokomotywa" wymalowana przez Adama Pękalskiego. Bucha i dmucha na kartach dość pokaźnego tomu jakim uraczyła czytelników Nasza Księgarnia. Oprócz wierszy Juliana Tuwima znajdziemy tam również trochę historyjek jego siostry - Ireny.




Niczym TGV mknie teraz po szynach designerska "Lokomotywa" Małgorzaty Gurowskiej. Wstyd się przyznać, ale tego szalonego wydania tuwimowskiej poezji jakie przygotowało kilka lat temu wydawnictwo Wytwórnia jeszcze nigdy nie miałam w rękach. Książka była długo niedostępna, ale na dniach doczekała się wreszcie dodruku (i to z pięcioma różnymi okładkami do wyboru!), zatem czekam...



A cały pochód zamyka moja najulubieńsza, najkochańsza - cukierkowa "Lokomotywa" Marianny Oklejak.



Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to... ;-)

piątek, 01 listopada 2013
pusty fotel

Każdy ma jakieś swoje sentymenty. Mam i ja.



Lata temu, ze dwadzieścia będzie jak nie więcej, w każdym razie na bank we Wszystkich Świętych, bo to akurat pamiętam doskonale, obejrzałam w tv pewną wieczorynkę. Uroczy film animowany o starszym panu i jego niezwykle żywiołowej wnusi Emilce. Nie za długi, nie za krótki, w prościutki sposób pokazujący ciepło relacji jakie łączyły te dwójkę. Latem jeździli na plaże, zimą chodzili na sanki, a każda wspólnie spędzona chwila była okazją do świetnej zabawy i snucia fantastycznych historii. Niestety wraz z upływem pór roku dziadek robił się coraz słabszy, co raz mniej miał w sobie wigoru i chęci do czegokolwiek... aż w końcu, no wiadomo... Mój Boże! Jako, że dzieckiem byłam wybitnie emocjonalnym (co mi jak na złość zostało do dziś), wyłam jak bóbr, albo i ich całe stado. Postanowiłam wtedy, że nigdy, ale przenigdy nie zapomnę tej historii i na wszelki wypadek spisałam ją sobie kreśląc niewprawną jeszcze ręką krzywe kulfony (no, to też się akurat niewiele zmieniło) w zeszycie, a że nie znałam jej właściwego tytułu, nadałam nowy: "Dziadek i wnuczka". Przezornie też, przez kilka pierwszych listopadów pod rząd zasiadałam przed ekranem łudząc się nadzieją, że Telewizja Polska pokusi się o powtórną emisję.

Czekałam ponad dekadę, ale doczekałam się :-) 

Będąc już studentką, wybrałam się do CK Zamek na wystawę poświęconą brytyjskiej ilustracji dla dzieci i ku ogromnej radości wśród rozlicznych obrazków odnalazłam znajome kadry. Cóż to było za szczęście! W końcu dowiedziałam się, że film nosi tytuł "Dziadek" i został stworzona na podstawie książeczki o tym samym tytule, której autorem jest brytyjski pisarz i ilustrator John BurninghamA, że szczęścia podobnie jak nieszczęścia również chodzą parami, to niedługo potem film ten został wyemitowany w tv. Zgadnijcie kiedy? Oczywiście 1 listopada. Pozwala mi to wierzyć, że cierpliwość popłaca i że kiedyś, jakimś cudem (choćby i za następne dziesięć lat) uda mi się wytrzasnąć skądś książkowy egzemplarz tej historii. 

A póki co postanowiłam odświeżyć dziś sobie na nowo tę słodką historię. Co prawda jakość nagrania jest bardziej niż tragiczna i trzeba ją sklejać w całość z trzech części, ale dla chcącego nic trudnego...


 




I choć można by dyskutować, że kreska nie taka ("ale to nie wygląda ładnie" stwierdził dziś Andrzej), że historia banalna i przewidywalna - to dla mnie już na zawsze będzie to cudna opowieść, taka, której się nie zapomina.