Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
czwartek, 22 grudnia 2011
idzie Mikołaj Święty i ma dla nas prezenty...

O nieczytanie tego posta uprasza się wszystkie osoby z którymi spędzam święta (czyli jakąś połowę moich czytelników), a zwłaszcza dzieci w wieku do lat siedmiu, które nadal wierzą w Świętego Mikołaja. 

 

 

Zapewniam, że wbrew temu, co można wnioskować po powyższym, nie popadłam w prezentowe szaleństwo. Owszem jest ich dużo, ale i rodzina niemała - proszę mi wierzyć, dla każdego przewidziany jest tylko jeden. Nie to, że nie lubię szykować prezentów i że wyliczam najbliższym paczki - co to, to nie. Dla mnie obdarowywanie jest równie przyjemne co otrzymywanie, nie podoba mi się jednak takie wigilijne bombardowanie prezentami, zwłaszcza dzieci (a tych w naszej rodzinie nie brakuje) - zauważyłam, że nie zdążą ucieszyć się z jednej rzeczy, a już zabierają się za rozpakowywanie kolejnej. Nie z tym powinny kojarzyć się święta. Dlatego ja staram się nie przesadzać, upominki są przemyślane, ale niekoniecznie wymyślne (wymyślne w moim wypadku jest tylko opakowanie).

 

 

 

 

 

 

niedziela, 18 grudnia 2011
niech moc będzie z Tobą

 

Płatki śniegu mają podobno to do siebie, że każdy jest inny, a kształty jakie przybierają mogą naprawdę zadziwić: 





Nie jestem jakąś ogromną fanką Star Wars (No dobra, jestem. Mało tego - kocham Hana Solo!), za to wprost obsesyjnie uwielbiam wszelakie śnieżynki. Te powyższe podpatrzyłam wczoraj wśród "ładnych rzeczy", pochodzą stąd - tam też znajdują się szablony w PDF, gdyby ktoś miał życzenie takową (np. szturmowcową) gwiazdkę sobie wyciąć.

sobota, 17 grudnia 2011
przystanek Alaska

 

Od jakiegoś czasu w moim domu rezyduje stado łosi. Rozpanoszyły się wszędzie, a w dodatku tym swoim leżakowaniem blokują swobodny dostęp do stołu. 



Taką sobie tradycję stworzyłam, że w święta obdarowuję przyjaciół i kuzynostwo prezentami własnej produkcji. Jak co roku ruszyła więc u mnie świąteczna manufaktura. Tym razem postanowiłam zakończyć mój trwający już pewnie ze trzy lata konflikt z masą solną i zagniotłam jakieś trzy kilo tej niewdzięcznej substancji. Miały z niej powstać świąteczne renifery z mroźnej Laponii, ale tak jakoś wyszły swojskie łosie - i nie tyle nasze rodzime z Podlasia, co amerykańskie -prosto z Cicely.

(Pamiętacie?)



Piekę więc, suszę i "przyprawiam", aby znów "uszczęśliwić" bliskich swoimi wyrobami. Na szczęście potencjalni adresaci rzadko tu zaglądają, więc raczej niespodzianki nie psuję. Zresztą co to za niespodzianka? I tak się czegoś podobnego spodziewają. Zastanawiam się tylko, ilu z obdarowywanych przeklina te fajansiarskie prezenty - zwłaszcza wtedy, kiedy wypada je odkopać z najgłębszej szuflady i wywiesić/postawić w strategicznym miejscu, w związku z moją wizytą. No ale jak mówi starofińskie przysłowie: darowanemu łosiowi nie zagląda się w zęby.



niedziela, 11 grudnia 2011
świąteczna ryjówka

 

Powoli ruszam ze świąteczną manufakturą. Gwiazdka to taki czas, który pozwala mi wręcz pławić się w tej niezrozumiałej przyjemności jaką jest dla mnie pakowanie prezentów. Tak, wiem, coś już tutaj o tym przebąkiwałam, ale co ja za to mogę, skoro (fakt, nie do końca skromnie) uważam, że jest to chyba jedyna rzecz w życiu, która zawsze wychodzi mi dobrze. A paczki świąteczne to w moim przypadku najwyższa szkoła jazdy. Wszystko mam zawsze przemyślane i zaplanowane z dużym (czasem nawet półrocznym) wyprzedzeniem. Żaden tam przypadkowy papier nie wchodzi w grę, co roku odbywają się poszukiwania tego idealnego. Gorzej, że najpierw sobie wszystko wymyślę, a potem dopiero szukam. W tym roku na przykład, zaplanowałam opakowania patriotyczne - wszystko w bieli i czerwieni, i na szczęście udało mi się takowy papier znaleźć, bo inaczej w łeb by wzięło wszystkie plany, a tego nie lubię.




Na owijanie prezentów, które od jakiegoś czasu gromadzę w naszej szafonierce, czas jeszcze przyjdzie i nie omieszkam się nimi pochwalić - wszak mój ekshibicjonizm w tej materii już się tutaj ujawnił i to nie raz. Na razie jednak, korzystając z leniwej niedzieli postanowiłam zawczasu przygotować bileciki. A że rzadko kiedy wystarcza mi wypisanie adresatów na tekturce... 


 


...to w tym roku postanowiłam wypróbować moją nową zabawkę i wszystkie (16!) imiona wyryłam na kamykach.




No dobrze, może nie wyszło super równo, ale usprawiedliwieniem jest fakt, że grawerowanie to dla mnie nowość.  Przyrząd ów nabyliśmy niedawno w niezawodnym Lidlusiu, za całe 39.90 złotych i teraz powoli uczę się z nim współpracować. Nie mam na razie pomysłu na jego kolejne zastosowanie, ale nigdy nie wiadomo kiedy taki sprzęt będzie w domu potrzebny - różne rzeczy przychodzą nam do głowy...

sobota, 10 grudnia 2011
Cudaczek nie Wyśmiewaczek

 

Jeżeli ktoś myśli, że na świecie niepodzielnie panuje jeden właściwy Cudaczek (wiadomo - Wyśmiewaczek!) to się grubo myli. Chodzą słuchy, że ostatnio rozcudaczył się po Polsce jeszcze jeden, w dodatku nie sam, a z bandą przyjaciół. Na szczęście Cudaczek Duszyńskiej może być o swój status spokojny, nikt go z lekturowego pantałyku strącać nie będzie - ten nowy to zupełnie inna bajka.



Jakiś czas temu w moje pazerne na literaturę dziecięcą łapska, wpadły dwa pierwsze numery nowego czasopisma dla wczesnoszkolniaków o wdzięcznej nazwie "Cudaczek i przyjaciele" właśnie. Jak sama nazwa sugeruje cuda tam się dziać powinny i trochę się dzieją... Tytułowy Cudaczek to sympatyczny, trochę nieporadny misiek, który wraz ze swoimi przyjaciółmi Zuzką i Kubą wprowadza maluchy w świat - żaden tam "świat przyrody", czy "świat techniki" - w świat ogólnie, bo cudaczkowa drużyna nie rozdrabnia się na kawałki i podejmuje tematy wszelakie. Jest więc w gazetce trochę przyrody, nauki, angielskiego, jest i dział techniczny (jak zrobić chmurę w butelce? ha! ja już wiem!), ale głównie dużo ciekawostek i rebusów - a dzieci to lubią. Tyle różności w środku, ale nic o książkach! Jak to tak? Wszak potrzebę czytelnictwa trzeba w dziecku rozbudzać - kilka krótkich recenzji i zdjęcie jakiejś ładnej okładki by gazetce nie zaszkodziło...

Estetyka, trzeba przyznać, trzyma poziom i chwała jej za to. Obrazki są kolorowe, ale dalekie od znienawidzonych przeze mnie ilustracyjnych koszmarków (patrz "Miś Fantazy" na przykład). Wiadomo do "Czarodziejskiej kury" graficznie daleko, ale nie oszukujmy się, przeglądając "Kurę" zwykle rodzi się dylemat czy bardziej cieszy dziecko czy rodzica. W przypadku "Cudaczka" takich wątpliwości nie ma, od razu wiadomo, że jest dla dzieci i basta!

I wcale nie trzeba być dzieckiem, żeby sobie skleić cudaczkową krowę.



Nie, nie jest to żadna reklama i nikt mi za to dzisiejsze pisanie nie płaci, nie ukrywam jednak, że sukces "Cudaczka" leży mi na sercu, gdyż narodził się on w agencji z którą związana jest moja najdroższa przyjaciółka Anna, a i ona sama swoje zwinne ręce do niego przyłożyła. Wprawdzie głównie robiąc kanapki i pieczone jabłka, ale któż to wie... może to początek jakiejś kulinarnej kariery. Anna co prawda nie nazywa się Gessler, nie jest również przyjaciółką córki premiera, więc jej droga do bycia polską Nigelą jest raczej wyboista, jednak pierwsze telewizyjne szlify ma już za sobą... i to od razu w ogólnopolskiej telewizji Cudaczek.Tv ;-) 

(aby nie burzyć doznań wizualnych radzę jednak wyłączyć głos...)



 
1 , 2