Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
niedziela, 29 grudnia 2013
święta, święta i po świętach...

 

Tyle się człowiek napracuje przed świętami, nakręci, namiesza, nawycina, a tu święta miną jak z bicza trzasł i po tych wszystkich w pocie czoła przygotowanych specjałach, po tych pieczołowicie zapakowanych paczuszkach śladu nie zostało. Ot, taki efemeryczny los moich świątecznych tworów. Dobrze, że chociaż na zdjęciach zostały przezornie utrwalone:

 

 

Pakowanie prezentów to jedna z moich ulubionych czynności. Nieskromnie uważam, że wychodzi mi to całkiem nieźle, a z tych tegorocznych jestem wyjątkowo zadowolona. Co prawda wizytówki wykaligrafowałam mocno koślawo, a jemioła szybko przywiędła, ale kto by się tam takimi szczególikami przejmował (no na pewno nie dzieci, które rozwijają paczki z szybkością światła).  

Dla zainteresowanych bezczelnie przypominam te z zeszłego roku i sprzed dwóch lat. A co!


 

 



 

Podobnie jak w zeszłym tak i w tym roku postawiłam na prezenty spożywcze. Dla rozlicznych krewnych i znajomych powstał tym razem cały zagajnik piernikowych choinek. 

 

 

 

 

 

Był też i tort - koniecznie, bo każda okazja jest dobra aby upiec tort :-) Tort wybitnie korzenny na Boże Narodzenie jak znalazł. 

 

 

 

No i babeczki z koślawą śnieżynką

 


Ambitnie marzył mi się jeszcze domek z piernika, ale zabrakło już na niego czasu. W przyszłym roku, w przyszłym jak nic....

środa, 25 grudnia 2013
zima w NYC

 

 

Co prawda nie spędzam świąt w Nowym Jorku śmigając po najbardziej romantycznej ślizgawce świata na Rockefeller Plaza (choć wprawne oko wśród łyżwiarzy dostrzeże i nasze postacie), ale pomarzyć zawsze można... 

Obrazek, jak zawsze, wyrysowany przez Andrzeja :-)


KOCHANI! DUŻO, DUŻO DOBREGO NA TEN ŚWIĄTECZNY CZAS!

 

Tagi: grafika
01:04, mukla
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 grudnia 2013
przedświąteczna gorączka

Od tygodnia sprzątam, mieszam, piekę, lukruję, pakuję... Sama już nie wiem w co mam ręce włożyć. Po raz pierwszy to nie my jedziemy do rodziców na wigilię, a oni przyjeżdżają do nas. Pomału dostaję już kota od tych przygotowań - marzę o chwili dla siebie (dłuższej niż ta, którą właśnie ukradłam na napisanie tego posta). Oczywiście winna swojego zmęczenia jestem ja i tylko ja, a właściwie mój despotyczny perfekcjonizm, który jeszcze przed godziną kazał mi wyciskać z lukru śnieżynki, którymi ozdobię upieczone jutro przed pracą babeczki (nie dośpię, wstanę o 6 ale świeże będą!). Oczywiście, że obyłoby się bez tych wszystkich śnieżynek, domowych strucli, wykaligrafowanych wizytówek, ale tak sobie właśnie wymyśliłam i koniec, zarobię się ale plan wypełnię! 

Kartki też wypisywałam samodzielnie. Żadne tam drukowane gotowce. Być może należę do tego malejącego z roku na rok grona osób które na święta zamiast smsem życzenia wysyłają tradycyjnie, pocztą. Sztuk osiemnaście. 



 

 

W tym roku postanowiliśmy wreszcie wydrukować własne kartki. Taka już się tradycja utarła, że co roku Andrzej przygotowuje świąteczny obrazek dla czytelników swojego bloga - wykorzystaliśmy więc zatem ten sprzed dwóch lat i voila!

 

 

 

Oszczędność na tym żadna, ale frajda ogromna. 

 

Tagi: dom grafika
23:34, mukla
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 grudnia 2013
cake ville

Ostatnia partia świątecznych pierniczków powędrowała właśnie do piekarnika. W całym domu unosi się ich korzenny aromat - wystarczy tylko zapodać George'a Michaela i jego nieśmiertelne „Last Christmas” i już mamy święta niczym z amerykańskiego obrazka. A skoro już jestem w takim słodkim nastroju (a ostatnio bywam w nim nieustannie, nieustannie), to pokażę pewne miejsce, które pokazać miałam już jakiś czas temu, tylko jakoś mi do tej pory nie wyszło. 

Zatem rzecz dziś będzie o pewnym sklepie. Brzmi jak reklama? No niech będzie, że reklama, ale taka z serca.

 

 

Cake Ville to istny raj dla miłośników wypieków. Raj ten niestety mieści się stosunkowo daleko, bo na berlińskim Prenzlauer Bergu. Wypatrzyłam go podczas wieczornego spaceru po tej uroczej dzielnicy i nie było zmiłuj, koniecznie trzeba było tam wrócić w godzinach otwarcia, bo jak zdążyłam się zorientować przyklejając wieczorem nos do szyby, można tam było znaleźć wszystko, naprawdę wszystko, co może być potrzebne do szczęścia takim cukierniczym psychopatom jak ja. Od różnorodności asortymentu można było dostać zawrotów głowy! A jak dodać do tego całą tą słodką retro stylistykę i piękne panie ekspedientki, które wyglądały jakby dopiero co oderwały się od zagniatania ciasta w swoich białych domkach na amerykańskim przedmieściu z lat 50-tych - no cud miód i orzeszki!

  

 

Tak, dostałam tam niezłego fioła - wrzucałam do koszyka wszystko jak leci, no bo przecież posypki, perełki, gwiazdeczki, papilotki w kratkę, kropki, panterkę (eh dobrobyt!)... no wszystko, absolutnie wszystko było mi wręcz niezbędne! Choć część z tych rzeczy odkładałam potem z bólem serca na półki, to i tak nieźle popłynęłam. Ostatecznie z Cake Ville wyszłam z czterysta pięćdziesięcioma (sic!) nowymi papilotkami, różnymi uroczymi posypkami, perełkami, barwnikami (błyszczącymi!) i foremką w kształcie pszczółki. Popłynęłam tak bardzo, że jak sobie potem to niewinnie brzmiące Euro przeliczyłam na złotówki, to omalże z siedzenia w metrze nie spadłam. Jeżeli wydaje się Wam, że wydanie trzycyfrowej kwoty na dodatki do ciastek jest awykonalne, to z lekkim zakłopotaniem donoszę, że owszem, da się... i to w mniej niż godzinę.

Proszę mnie nie potępiać. Na moim miejscu każdy miłośnik wypieków i dekoracji by się tak zachował. Bo czy można się oprzeć papilotkom we wszystkich wzorach i kolorach?


 

 

Lub najbardziej wymyślnym posypkom i lukrom?

 

  

A całej ścianie wygibaśnych foremek do ciastek?

 

 

No nie można! Przecież mieli nawet foremkę w kształcie Elvisa! Co prawda nie zakupiłam, bo zdrowy rozsądek podpowiadał, ileż to razy można piec Elvisy? Chociaż ten sam argument wysunęłam nie tak dawno temu w Bayreuth, kiedy to odmówiłam sobie foremki w kształcie Wagnera, a teraz żałuję. W sumie ten Wagner to byłaby dobra inwestycja - w zależności od intencji mógł jednocześnie robić za Beethovena, Mickiewicza, a jak i by naszła mnie taka fantazja to i za Zbyszka Wodeckiego. No trudno, następnym razem...

 

Radosna Mukla ogląda łupy - jeszcze się nie zorientowała ile kasy przepuściła...

 

I to by było na tyle. Napisałabym jeszcze o samym Berlinie, ale nie napiszę, bo właśnie się okazało, że wykorzystałam już tygodniowy limit zdjęć :-/

piątek, 06 grudnia 2013
chlewik

Być może rację mają moje koleżanki z pracy twierdząc, że blog niebezpiecznie dryfuje w stronę cukierniczą, tym bardziej, że dziś znów zamierzam chwalić się tortem. A co! I powiem więcej, nie mam z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Jako że jeszcze niedawno byłam totalną cukierniczą niemotą, to teraz aż puchnę z dumy, że mogę pokazać coś, co da się zjeść i w dodatku jako tako wygląda.


Tort ze świnkami ;-)


Tort z taplającymi się w błotku świnkami był na mojej wish-tort-liście już od dawna (taaa... posiadam takową i skrupulatnie odhaczam z niej kolejne zrealizowane pozycje - idzie wolno, bo okazji wciąż za mało...), a że ostatnio wypadały imieniny Andrzeja, to postanowiłam już dłużej nie zwlekać z jego przygotowaniem. Tym bardziej, że ciasto było wybitnie czekoladowe, a solenizant akurat taką dziwną przypadłość przejawia, że z najbardziej wymyślnych deserów i tak zawsze czekoladę wybierze. Był zatem mocno kakaowy biszkopt, czekoladowy krem, czekolada na wierzchu i kakao po bokach. Kalorii tysiąc pięćset sto dziewięćset, albo i więcej! Że też musiałam sobie takie tuczące hobby znaleźć!

 


Prosiaki to już w ogóle sam cukier. Zabawy z nimi było, że hej. Uturlałam je z pioruńsko słodkiej masy cukrowej i raczej nie oczekiwałam, że znajdą amatorów. A jednak... było ich dwóch ;-) 


 


 

Następny w kolejce - tort sowa!

 
1 , 2