Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014
sugar man

 

A my, mili państwo, weekend spędziliśmy w stolicy. Spędziliśmy go bardzo miło i muzycznie, bo celem głównym naszej wycieczki był warszawski koncert Sixto Rodrigueza. Wyjazd ten planowany już od dawna (bilety znalezione w grudniu pod choinką) stanął co prawda w ostatniej chwili pod znakiem zapytania, bo pojawił się dylemat, co zrobić z naszym nowym rezydentem Tytusem. Trochę się obawiałam zostawić go na dwa dni pod opieką nieznanej mu osoby (socjalizacja trwa), ale nie chciałam też rezygnować z koncertu. Stanęło na tym, że pies jedzie z nami i muszę przyznać, że jestem ogromnie dumna z tego jak spokojnie (mimo wcześniejszej niechęci to auta) zniósł swoją pierwszą międzymiastową. 

 

Ale do rzeczy. Z tym Rodriguezem to dość niesamowita sprawa. Większość z Was już pewnie o nim słyszała, bo swego czasu był to temat dość nagłośniony. Rodriguez to rockowo folkowy artysta rodem z Detroit. Pan ma lat 72 i dopiero teraz przeżywa apogeum swojej popularności. Płyta (a właściwie dwie), którą nagrał młodzikiem będąc, mimo bardzo dobrych prognoz, kompletnie się w Stanach nie sprzedała i potencjalna kariera Rodrigueza legła w gruzach. Dosłownie, bo żeby utrzymać rodzinę musiał porzucić marzenia o muzyce i zacząć pracować na budowach. I żył tak sobie Rodriguez codziennie przekładając cegły i mieszając cement i wcale, a wcale nie zdawał sobie sprawy, że... w dalekim RPA jest muzykiem legendą! Ano!


 

 

Ciężko powiedzieć jak płyta mało znanego amerykańskiego muzyka trafiła w czasach apartheidu na południowoafrykański rynek i dlaczego stała się tak popularna, w każdym bądź razie jej pirackie nagrania zaczęły robić furorę. Podobno w każdym szanującym się muzycznie pretoriańskim czy kapsztadzkim domu nie mogło zabraknąć dyskografii The Beatles i Rodrigueza właśnie. Samego artystę otaczała aura tajemniczości, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, kto ten Rodriguez zacz. Różne krążyły na jego temat legendy, łącznie z tą, że zmarł na scenie podczas koncertu. Tak czy siak w RPA otoczony był niemal kultem, o którym nic a nic nie wiedział. Aż pewnego dnia, znalazł się jeden taki zapaleniec, co postanowił Rodrigueza odnaleźć i... odnalazł. 


Ta historia stała się kanwą filmu dokumentalnego "Sugar Man", który w 2013 roku zgarnął Oskara. Na ile jest to obraz wiarygodny, trudno powiedzieć. Podobno został nieco podrasowany, aby zyskać bardziej melodramatyczny wydźwięk - wiadomo...dla lepszej sprzedaży. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie ten dokument przyczynił się do wzmożonego zainteresowania twórczością artysty. Od tamtego czasu, na przekór licznym problemom zdrowotnym Sixto Rodriguez koncertuje po całym świecie i dobrze, bo dzięki temu i my mogliśmy posłuchać tych miłych dla ucha kawałków na żywo.


No bo o tym, że koncert był nader udany, to chyba nie muszę wspominać?



 

 

Tagi: muzyka
23:15, mukla
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 marca 2014
cztery łapy, pysk kudłaty

 

Tegoroczną wiosnę postanowiliśmy przywitać na rozlewiskach Warty. Tym razem w spacerze towarzyszył nam pies. I to pies nie byle jaki, bo nasz własny, osobisty. Ha! Mamy psa! Taka mała zmiana w naszej gromadzie :-). Do decyzji o przygarnięciu czworonoga dojrzewaliśmy bardzo długo. Często rozważaliśmy wszystkie „za” i „przeciw” i tak się jakoś składało, że tych „przeciw” zwykle było (ku rozpaczy Andrzeja) więcej. No bo jak pogodzić pracę w systemie ośmiogodzinnym, liczne wyjazdy i powiedzmy to szczerze, zamiłowanie do pewnej wygody z opieką nad wymagającym, bądź co bądź, zwierzęciem? I kiedy już wydawało się, że będziemy się wozić z tą decyzją na święte nigdy... w dniu ostatnich urodzin Andrzeja w naszym domu pojawił się Tytus. Jak widać kudłaty tort nie był przypadkowy ;-)

 

 


Tytus jest już z nami od blisko trzech tygodni. Trafił do naszego domu prosto z poznańskiego Schroniska dla Zwierząt Bezdomnych. Zawsze było dla nas oczywistym, że jeśli już zdecydujemy się na kudłatego przyjaciela, to nie będziemy go szukać po wykwintnych hodowlach, a w schroniskowym boksie właśnie. A zatem Tytus to pies po przejściach. Jakich? Trudno powiedzieć. Do schroniska trafił latem zeszłego roku, zabrany z ulicy po której się błąkał. Czy w swoim dziewięcioletnim psim życiu miał wcześniej dom i jak trafił na ulicę już na zawsze pozostanie dla nas niewiadomym. Na razie się socjalizujemy, co jest procesem żmudnym i czasochłonnym. Na szczęście psiak dość szybko załapał, że teraz „jest nasz” i już poczynił ogromne postępy od dnia kiedy to zestrachany i trzęsący przekroczył próg nowego domu. Z każdym dniem staje się coraz bardziej radosnym pieskiem i to naprawdę cieszy. Jego machanie ogonem na powitanie – bezcenne!

 

 

 


Jeżeli ktoś jednak myśli, że nasza codzienność to teraz słodka sielanka z sierściuchem w tle, że całymi dniami rozkosznie baraszkujemy po rozlewiskach, tuląc i miętosząc naszego czworonoga, to muszę tego kogoś grubo rozczarować. Pies to przede wszystkim masa pracy. Ameryki nie odkrywam, to fakt powszechnie znany i oczywiście doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, jednak, przyznaję otwarcie, nie przypuszczałam, że pojawienie się kolejnego domownika okaże się dla mnie tak pioruńsko stresujące, że aż dwa kilo mi ubędzie. Pierwszy wspólny dzień upłynął mi na sprzątaniu psich siuśków z podłogi, co przysporzyło mi kupę (taaa... kupa zresztą też była) nerwów i roboty. Na szczęście nasz pies okazał się psem dość rozumnym (no ba! w końcu nasz!) i szybko załapał, że mocz to się raczej oddaje pod drzewem, ewentualnie na samochód sąsiada, a nie na świeżo cyklinowany parkiet dębowy. Najgorsze były jednak nieprzespane noce. Tytus za nic nie potrafił zrozumieć dlaczego pan i pańcia nie śpią z nim na legowisku, ale w odległym pokoju, w dodatku (o zgrozo!) zamkniętym. Trzecia z rzędu noc okraszona jego rzewnym zawodzeniem doprowadziła mnie do łez bezsilności. Na szczęście okazała się też ostatnią :-). 


 


 

 

 

Ogólnie rzecz biorąc wiele wskazuje na to, że trafił nam się model bliski ideału. Nie gryzie, nie niszczy, ładnie chodzi na smyczy, jest spokojny. Szybko załapał gdzie jest jego posłanie i poproszony o udanie się na miejsce grzecznie tam zostaje. Przejawia co prawda niestosowne do jego pozycji w domu zamiłowanie do włażenia na kanapy, ale liczę na to, że „emanując spokojną, ale stanowczą i asertywną energią”* uda mi się hultaja do tego zniechęcić. Tym bardziej, że nie da się ukryć - pies ma sierść i z niej korzysta :-), a każdy kto bywa u nas w domu wie o moim psychopatycznym przywiązaniu do stosu dekoracyjnych poduszek (nie wolno na nich siadać, leżeć, opierać się o nie, no ogólnie nic nie wolno...), które ku mojemu ogromnemu niepocieszeniu musiały zostać z tego powodu jak na razie schowane.


Niestety, Tytus jak większość psów poschroniskowych przejawia pewne symptomy lęku separacyjnego. Pozostawiony sam w domu piszczy i popłakuje, a i popuścić z tęsknoty mu się zdarzy. Jest to dość stresujące, zarówno dla niego, jak i dla nas. Codziennie ćwiczymy  więc wychodzenie i przychodzenie, mając nadzieję, ze wreszcie zrozumie, że zawsze wracamy. Oby, bo chciałabym jeszcze czasem wyjść gdzieś wieczorem ;-). Na szczęście mamy wspaniałych sąsiadów. Wszyscy przyjęli go niezwykle życzliwie i z dużą (mam nawet wrażenie, że większą niż my sami) wyrozumiałością. 

 


Z każdym dniem lubię go coraz bardziej, ale lęk czy sobie z nim poradzimy na razie mnie nie opuszcza. Tym bardziej, że żadne z nas nigdy nie miało psa i dopiero uczymy się jego obsługi. Jestem zatem otwarta na wszelkie rady i podpowiedzi.

Tylu ludzi sprawnie funkcjonuje z czworonożnym towarzyszem, czemu miałoby się nie udać akurat nam?

 

 

* jako radzi wybitny znawca psiej natury Cezar Millan.

Tagi: dom pies
12:06, mukla
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 marca 2014
tort z futerkiem

 

Jak już piekę to z rozmachem - dwa, trzy torty naraz ;-) Mniej więcej w tym samym czasie, co ten z żyrafami, powstał też urodzinowy tort dla Andrzeja.

 

 

Patrząc na to ciasto można by odnieść wrażenie, że Andrzej skończył maksymalnie lat pięć. No niestety... lat tych było zdecydowanie więcej, co nie stanowiło jednak przeszkody w uczczeniu ich mocno infantylnym, parapluszowym tortem. Raz, że Andrzej łasy na słodkości, a dwa, że wybitnie lubi pieski.

Bo to jest, drodzy Państwo, PIESEK! Ustalmy to raz na zawsze. Żaden tam misio, czy inne zwierzątko, tylko piesek jak tralala!

 

 

 

A gdyby ktoś chciał sobie takiego kudłacza upiec, to odsyłam na Hand Made Charlotte, gdzie można znaleźć instrukcję krok po kroku. Co prawda prezentowany tam tutorial dotyczy tortu z liskiem, ale przerobić liska na innego futrzaka to przecież żadna filozofia ;-)

niedziela, 16 marca 2014
Afryka dzika

 

Niektórzy to mają wymagania! Na przykład moja koleżanka Emilka, która na urodziny swojej siostry poprosiła mnie o tort z motywem góry Kilimandżaro. A, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych (a jeśli są to i tak się do tego nie przyznam :-), powstał taki oto pejzaż afrykański. 

 


Ok, przyznaję, nie było łatwo. Długo nie miałam pomysłu jak temat ugryźć. Próbowałam nawet przeforsować jakieś bardziej klasyczne wersje: kremowe falbanki, lub chociaż cukrową kokardę, ale Emilka uparcie stała przy swoim, bo Kilimandżaro to niespełnione (póki co, póki co) marzenie jej siostry. 

Stanęło zatem na sawannie i stadzie żyraf tęsknie spoglądających w stronę góry, choć sama góra pozostała gdzieś poza tortem. Zachęcona sukcesem świnek, ambitnie zamierzałam wylepić je z masy cukrowej. Wyszły może i nawet do żyraf podobne, jednak ich długie szyje za żadne skarby (ani nawet na kurze białko!) nie chciały utrzymać się na swoim miejscu dłużej niż pół minuty. Trzeba więc było porzucić ten zamysł i szukać alternatywy. A że alternatywa okazała się całkiem estetyczna, to pokazuję bez wstydu.

 

 


czwartek, 13 marca 2014
Krygowska - Butlewska

 

Tak jak już wspomniałam Mistrzem Ilustracji tegorocznych Targów okrzyknięto Elżbietę Krygowską - Butlewską i to własnie jej pracom poświęcono osobną wystawę.


Przyznaję się bez bicia, że nigdy nie byłam specjalną miłośniczką ilustracji pani Elżbiety. Jakiś czas temu zaszufladkowałam ją w przegródce "prosty kontur wypełniony kolorem - nic specjalnego" i nie czułam specjalnej potrzeby śledzenia jej plastycznych poczynań. Kojarzyłam oczywiście kilka pozycji, głównie tzw. „Perełek” wydanych w jej prywatnym wydawnictwie Mila, ale było tego naprawdę niewiele. Tym milszą niespodzianką okazała się więc dla mnie targowa wystawa, która uświadomiła mi, że obrazki pani Elżbiety, to nie tylko proste krasnoludki w szpiczastych czapeczkach, a pełne magicznego klimatu, złożone kompozycje przecinających się linii. Biję się zatem w piersi i obiecuję poprawę :-)

Zobaczcie zresztą sami - można znaleźć coś przyjemnego w tych nieco witrażowych (no jak nic, tylko w szkle wycinać!) baśniowych obrazkach. 


 

 

 

 

 


 
1 , 2