Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 27 kwietnia 2012
na zielonej łące kicają psające

Panie, Panowie, oto Psając! Kolejna dziwna rzecz, którą przytargaliśmy do domu i o której śmiemy twierdzić, że jest ładna.


 

Ni to pies, ni to zając zamieszkał z nami już jakiś czas temu, ale chyba jeszcze nie do końca czuje się swobodnie. Na razie nieśmiało kryje się za ścianą i tylko raz po raz wystawia swój ciekawski pyszczek na przedpokój. Myślę, że mu tam dobrze, więc póki co nie zamierzam go stamtąd wyganiać, zresztą każdy szanujący się domowy czworonóg powinien już od progu witać gości swoim merdającym ogonem (a Psając, jakby nie patrzeć ogon posiada). Ot, taka nasza drewniana namiastka domowego pupilka, którego na szczęście nie trzeba wyprowadzać na spacery, ani karmić o określonych porach (ba, wcale karmić nie trzeba!)


 

Naszego Psająca wypatrzyliśmy w dość pokaźnym stadzie innych hybrydoidalnych stworzeń, które kusiły swoimi grubociosanymi wdziękami podczas kiermaszu wielkanocnego w szreniawskim Muzeum Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego. Widoczny na zdjęciu, jego bardziej psu podobny kolega, również odnalazł tego dnia swoich nowych państwa i trafił do zaprzyjaźnionego z nami domu.


 

 

Moja Mama, podczas ostatniej wizyty wzięła początkowo Psająca za Wilkoniowe dzieło. Fakt, prawie jak Wilkoń, choć jak wiadomo: "prawie" robi różnicę.

Tagi: dom
19:48, mukla
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
leluje

Kupiłam sobie leluje. 

"Leluja" to bardzo ładne słowo, już samo jego wymawianie sprawia mi pewną retoryczną przyjemność. Leluja; le-lu-ja; LELUJA! Doprawdy nie wiem dlaczego, ale jakoś wyjątkowo lubię te przedniojęzykowe brzmienie głoski "l".  Zresztą moja "mukla" również jest wynikiem owej niejasnej słabości do tej samogłoski. Od samego początku urzekł mnie wydźwięk tego słowa, więc jego obecność w moim życiu blogowym jest raczej wyrazem oratorskiego zboczenia*, a nie manifestacją jakiegoś szczególnego zamiłowania do twórczości Svena Nordquista.

No ale do tematu. Oprócz lelui kupiłam sobie również gwiazdę. Być może całość brzmi nieco enigmatycznie, jednak zapewniam, że mowa jest o czymś niezwykle swojskim, a konkretnie o wzorach wycinanek, charakterystycznych dla naszej polskiej tradycji ludowej. 



Moje leluje (i gwiazda) trafiły do mnie dzięki zdolnym rękom pani Jadwigi Niedźwiedzkiej. Pani Jadwiga to twórczyni ludowa z Kadzidła, spod jej rąk wychodzą wszelakie kurpiowskie artefakty (trudne słowo na dziś), i nie są to tylko wycinanki, ale również charakterystyczne dla tego regionu pisanki i palmy wielkanocne. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że artystów sprawnie (może nawet i sprawniej) posługujących się nożycami jest zdecydowanie więcej, ale tak się złożyło, że na mojej drodze los postawił akurat panią Jadwigę, więc nie widzę powodu dlaczego nie miałabym o niej tutaj wspomnieć. Tym bardziej, że na własne oczy widziałam, jak pani Jadwiga zwinnie wywija potężnymi ( o takimi ) nożycami do strzyżenia owiec (ponoć najwygodniejsze do wycinania delikatnych ażurków) i w okamgnieniu zamienia barwny skrawek papieru w misterną ozdobę. 





Takie papierowe dekoracje zdobiły wiejskie chaty mniej więcej od XIX wieku. Przed ważnymi świętami (Wielkanoc, czy Boże Narodzenie), w centralnych i wschodnich rejonach Polski przyklejano je do ścian lub belek stropowych, a w oknach wieszano papierowe firanki powycinane w ażurowe wzorki. Wycinanki pełniły funkcję nie tylko zdobniczą, czasem przypisywano im również znaczenie obrzędowe. I tak, kolorowe leluje to symbol drzewa życia, misterne gwiazdy związane są głównie z Bożym Narodzeniem, a często pojawiający się na wycinankach kogut (jeden z popularniejszych w sztuce ludowej motywów), symbolizuje m.in. odrodzenie, płodność i moc twórczą. Więcej faktów z wycinankowej historii i tradycji tutaj.

Różowa i srebrna zawisną (lub postaną) w sypialni obok znajdującej się już tam ściemnianej wycinanki rodem z Ikea.




Gwiazda kupiona została z myślą o "czerwonej ścianie" w pokoju szumnie zwanym salonem, jednak nie jestem do końca przekonana, czy znajdzie tam swoje ostateczne miejsce. Obawiam się, że mogłoby być jednak zbyt czerwono...




Teraz tylko muszę znaleźć odpowiednie ramki. Znając sama siebie to potrwa, oj potrwa...

* a zdecydowanie najulubieńszym, najcudowniejszym słowem jakie kiedykolwiek przeszło przez mój aparat mowy jest francuska piekarnia - "boulangerie" (no proszę! również z "l" w środku)!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
na złodzieju czapka gore?

Poświęciłam dziś wiele czasu na poszukiwanie pewnej BARDZO WAŻNEJ RZECZY, która nie dość, że była BARDZO WAŻNA, to jeszcze PILNIE POTRZEBNA. Oczywiście jak to w takich przypadkach zwykle bywa BARDZO WAŻNE RZECZY posiadają niezwykłą umiejętność do dematerializacji. No szlag by to... Dlatego też poczułam dziś wyjątkową więź z pewnym Niedźwiedziem, który równie uporczywie co ja, jednak w bardziej kulturalny sposób (że tak ładnie powiem, pozłorzeczyłam dziś trochę) poszukiwał po lesie swojej zguby.

Niedźwiedź ten to główny bohater niezwykle uroczej książeczki  "Gdzie jest moja czapeczka?" autorstwa Jona Klassena, który (Niedźwiedź, nie Klassen) jak sam tytuł wskazuje, jest w stanie permanentnej tęsknoty za swoim nakryciem głowy, które podwędził mu jakiś leśny cwaniak.


 

Wydana przez Dwie Siostry książeczka jest krótka, ale treściwa. Na kilkunastu zaledwie stronach błyskotliwie bawi się z niedopowiedzeniem, nie szczędząc przy tym czytelnikowi humoru - tego czarnego, czytelnego pewnie bardziej dla rodziców, choć może nie doceniam tutaj dziecięcej zdolności kojarzenia. Jak dla mnie bomba, jednak spotkałam się też, że stwierdzeniem, że jest to książka (!) głupia. No cóż, tak do końca głupia to chyba nie jest, skoro znalazła się na liście dziesięciu najlepszych książek dla dzieci roku 2011 według New York Timesa. 





Jon Klassen to kanadyjski ilustrator i animator, który na co dzień mieszka i pracuje w Los Angeles. "Gdzie jest moja czapeczka" to jego pierwsza książka autorska, jednak Jon już wcześniej dawał o sobie znać - współpracował choćby przy filmie "Koralina i tajemnicze drzwi", a za swój ilustratorski debiut otrzymał w 2010 roku prestiżową nagrodę Governor Genera. Nie bez powodu uznawany jest więc za wschodzący talent amerykańskiej ilustracji książkowej. 


 

 

 

 

Wiadomo, że to co przyciągnęło mnie do tej książki, to głównie ilustracje. No cudne są! Takie pełne prostoty i nieudziwnionych kształtów, no i ta wyciszona paleta kolorów robiąca nastrój... Ani chwili nie wahałam się czy wciągnąć je na moją mega prestiżową top listę, czy nie. No ba, wciągnęłam. I śmiem sobie ponadto życzyć (i mam nadzieję, że nie jest to jedynie pobożne życzenie), więcej książek z obrazkami Jona Klassena w Polsce... Najlepiej teraz, zaraz, już, od razu!


 

 

 

Więcej prac Jona można podpatrzeć sobie tutaj lub tutaj

środa, 11 kwietnia 2012
dwa Maciusie

Rok Korczakowski trwa w najlepsze i od kilku miesięcy trąbi sie o tym wszędzie - co prawda teraz może już troszkę mniej, ale jednak. Nie ma w tym oczywiście nic złego, ja również trąbię o tym w pracy (polecając choćby "Blumkę"), więc sama się sobie dziwię, że nieobtrąbiłam tego jeszcze na blogu. Powinnam to zrobić, choćby przez wzgląd na nowe, piękne wydania książek o Królu Maciusiu, którymi uraczyło mnie (i pewnie nie tylko mnie) wydawnictwo WAB.


 

Jak już kiedyś wspominałam, jestem mistrzynią odwlekania, dlatego te pastelowe cuda pokazuję z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Dwa pięknie zilustrowane, grubaśne tomiska od razu wdarły się przebojem na moją obrazkową top listę i troszkę na niej namieszały. Za cały ten chaos w moim osobistym rankingu (spokojnie, "Słoniątko" nadal króluje) obwiniam Mariannę Oklejak i jej urocze Maciusiowe ilustracje.


 

 

 

Marianna z wyróżnieniem ukończyła warszawską ASP, dyplom zdobyła w pracowniach projektowania książki i ilustracji - nic więc dziwnego, ze potrafi zrobić ładną książkę. Oprócz ilustracji (nie tylko tej dla najmłodszych) zajmuje się również projektowaniem graficznym współpracując z różnymi wydawnictwami i instytucjami kultury. 


 

 

 

Mam jednak mały problem z tą ilustratorką. Ogólnie prace Marianny bardzo trafiają w moje kanciaste gusta estetyczne, jednak nie przepadam za jej sztandarowymi ilustracjami jakie poczyniła do popularnej serii książek o "Basi". Piszę to z pełną świadomością, że narażam się teraz na gromy z jasnego nieba i od innych miłośników literatury dziecięcej, no bo jak można nie lubić Basi. No można, ja akurat nie lubię. Nie wiem co, ale coś mi w tych ilustracjach przeszkadza i jest to tym dziwniejsze, że przecież te Maciusiowe, są bardzo, ale to bardzo podobne. Po wstępnej analizie (taa... że niby taka wnikliwa jestem) doszłam do wniosku, że moja niechęć do Basi spowodowana jest kreską, a konkretnie kreską czerwoną, która to najczęściej wyznacza Basiowy kontur. Obaliłam jednak tę tezę kiedy odkryłam, że i w Maciusiach bywają "czerwone" postacie. No i teraz już sama nie wiem co mi nie pasuje...

Basia:

 

Maciuś:

 

i przezacna "Lokomotywa":

 

Gdyby nie fakt, że posiadam już w domu egzemplarz "Króla Maciusia", to bym się na te tomiska skusiła. Nie lubię dublować, a tego starego wydania nie oddam. Może i nie jest najpiekniejsze, za to, że tak powiem, pamiątkowe! Mojego Maciusia lata temu wywalczyłam sobie w konkursie i jakby nie patrzeć był to jedyny konkurs, w jakim kiedykolwiek zwyciężyłam, więc celebruję tę wygraną po dziś dzień. Konkurs był plastyczny i obowiązkowy (!) - dla urozmaicenia kolonijnej (się jeździło!) nudy kazano nam narysować to, co najbardziej nam się w Gdańsku spodobało. Ja z reguły nie lubię jak mi się coś narzuca, więc sprawę postanowiłam odfajkować i na szybko wybazgroliłam coś, co akurat umiałam, a był to akurat wyćwiczony na lekcjach plastyki kościół Św. Prokopa w Strzelnie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w mojej romańskiej rotundzie szacowne jury dopatrzyło się spichlerzy znad Motławy i w dodatku postanowiło moje dzieło nagrodzić. Podobno sztuka ma to do siebie, że nie posiada jedynej właściwej interpretacji, jednak gdyby ktoś miał wątpliwości, to rotunda Św. Prokopa wygląda tak, a gdańskie spichlerze tak - no podobieństwo wprost bije po oczach!