Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
sobota, 27 kwietnia 2013
Ró znów na trasie

Całą zimę jeździła Mukla do pracy tramwajem. Brr... tramwaje nie są fajne, tym bardziej, ze ten którym jeździła Mukla ma permanentny objazd przez całe miasto. Dlatego wraz z nadejściem wiosny z niewypowiedzianą wprost radością porzuciła Mukla komunikację miejską i wyciągnęła z czeluści rowerowni swoją wierną towarzyszkę RóDzięki niej droga do pracy zamiast bitej godziny, zajmuje Mukli jakieś 25 minut, przez co Mukla ma wreszcie czas, aby się rano wyprasować.

W tym roku Mukla rozpoczęła sezon (już trzeci!) w nowej (ulepszonej?) wersji.

Po pierwsze: podrasowany koszyczek

 

 

 

 

Koszyczek, rzecz niezbędna. O jego przydatności nie trzeba chyba przekonywać nikogo, kto porusza się rowerem po mieście. Mukla może wyjść z domu bez torebki, ale nigdy, ale to przenigdy nie wyjedzie bez koszyczka - bez niego Mukla czuje się po prostu goło. Koszyczek idealny musi być koniecznie wiklinowy (no ba!), ale koszyczek wiklinowy ma swoje minusy. Mukla jeździ dużo i dużo też w koszyku upycha (torebka, okulary, jakaś książka, zakupy - to normalka; w koszyku jechały już (i dojechały!) wazony z Ikea, pranie do pralni, a raz nawet pożyczona od Ziemowita Buka, znaczy się pies), a wiklina do najdelikatniejszych tworzyw nie należy toteż Mukla niejedną torbę już sobie przez te lata zniszczyła. Mukla długo broniła się przed koszykowym wkładem, obawiała się, że taki materiałowy wkład tylko dołoży słitaśności do jej jakby nie patrzeć już słitaśnego roweru. Jednak kiedy Mukla obtarła kolejną już torebkę (tym razem taką, wiecie... lepszą) powiedziała ostatecznie pas i wyposażyła się w rzeczony wkład. Wkład uszyła Nadzwyczajna Teściowa i Mukla uważa, że wyszedł po stokroć ładniejszy niż te gotowce ze sklepu. Wkład został uszyty ze skrawków pozostałych po zamordowaniu krzeseł, bo u Mukli nic się nie marnuje. Teściowa była na tyle kochana, że z rozpędu uszyła też drugi, taki sam dla zaprzyjaźnionej z Muklą Stachy i teraz obie mogą pomykać razem po mieście niczym rowerowe bliźniaczki. 


 

 

 

Koszyczek został do zdjęć specjalnie wystylizowany. Mukla na tę okazję zakupiła bagietki i pora, a także wsadziła weń gazetę, której to zapewne nigdy nie przeczyta. Rzeczywistość jest zdecydowanie mniej piękna i składa się zazwyczaj z rozbebeszonej torby, walających się luzem kluczy i zwiniętej w kulkę kurtki na deszcz, którą to Mukla przezornie zawsze ze sobą wozi.

Po drugie: dzwonek


 

 

Dzwonek Mukla dostała wczoraj i miał on być niespodziewaną niespodzianką od męża. Niestety Mukla posiada pewną niejasną dla samej siebie zdolność, że potrafi każda taką niespodziankę zupełnie niechcący wywęszyć. Mukla od zawsze twierdziła, że powinna pracować w dochodzeniówce, bo nic się przed nią nie ukryje. Dzwonek jest w parasolki, co widać i całkiem ładnie dzwoni, czego akurat nie słychać.

Po kolejne: kask


 

 

 

Kask, to aktualnie dla Mukli główny temat narzekania. Mukla swojego kasku nie lubi. Wręcz nie cierpi. Choćby dla samego faktu, że jest kaskiem, w dodatku, o zgrozo, białym. BIAŁYM! A biały kask + różowy rower... no błagam... Brakuje jeszcze tylko wstążek przy kierownicy i neonowych odblasków na szprychach. Gdyby Mukla chciała kupić sobie kask w kropki, paski lub inne zygzaki nie byłoby problemu, ale czarny kask w Mukli rozmiarze? Zapomnij! Że niby Mukla ma łeb jak przedszkolak?! W dodatku, nie oszukujmy się, nikt nie wygląda w kasku dobrze, tym bardziej jak nie jest specjalnie urodziwy. Mukla np. wygląda w swoim jak monstrualna pieczarka. W dodatku taki (tfu!) kask egzekwuje tylko i wyłącznie czesanie na gładko, a Mukla jak na złość lubi upinać włosy wysoko. Mukla stara się znaleźć pozytywne strony sytuacji i np. wmawia sobie, że te niegustowne paski utrzymujące kask na właściwym miejscu, na właściwym miejscu utrzymują jednocześnie jej coraz bardziej opadający podbródek. Jednak stylowy wygląd swoją drogą, a bezpieczeństwo swoją. Po ostatnim lądowaniu Andrzeja na głowie, na szczęście w miarę bezurazowym, decyzja o pancernych hełmach zapadła nieodwracalna. W drodze długich poszukiwań stanęło na kaskach amerykańskiej firmy Giro, bo sprawiały wrażenie najmniej udziwnionych i niby takie się okazały. Jednak kask to zawsze kask - ohydna skorupa na głowie. I choć lista minusów jest długa, to trzeba przyznać, ze Mukla czuje się teraz na drodze tak jakby bezpieczniej.

Po ostanie: nabutne gumki


 

 

Mukla kupiła sobie ostatnio buty. Ładne, ale takie jakby trochę przyluźne i Mukla trochę się teraz boi, że może je w czasie jazdy zgubić na jakimś skrzyżowaniu. W związku z tym Mukla wpadła na pomysł nabutnych gumek! A przynajmniej Mukla chciałaby wierzyć, że to ona na to wpadła. Jak Mukla zna życie, to pewnie ktoś, gdzieś, kiedyś już to wymyślił, bo w końcu nie jest to nic odkrywczego. Nabutne gumki to taki mały drobiazg, który na czas jazdy trzyma niesfornego buta na miejscu. Póki co są czarne, ale Mukla zamierza w najbliższym czasie popedałować do jakiejś miłej pasmanterii i zakupić gumkę w kolorze buta.

Jak widać zdarza się Mukli jeździć w obcasach, może niecodziennie, ale zdarza się. Mukla zapewnia, że nie jest to znowu jakaś wybitnie wyczynowa umiejętność i da się w ten sposób całkiem komfortowo pedałować (no przecież nie robi się tego piętą!).


 

 

 

No i to by było na tyle. Mukla trochę się powymądrzała, ale w którym jak w którym, ale w temacie rowerowym to Mukla uważa, że może.

Tagi: rower
22:04, mukla
Link Komentarze (5) »
środa, 24 kwietnia 2013
piknik nad rozlewiskiem

Korzystając ze słonecznej niedzieli Mukla, Andrzej i Świeżo Poślubieni (no nareszcie, Mukla myślała, że już się tego ślubu nie doczeka!) wybrali się na wiosenny spacer rozlewiskami Warty. Warta w okolicach Rogalina trzeba przyznać rozlewa się malowniczo i Mukla sama się sobie dziwi, że tak rzadko tamtędy spaceruje  (wyszło, że ostatni raz 8 lat temu!). 


 

 

Jak tylko Mukla zobaczyła na trasie panią wylegującą się w hamaku, zzieleniała z zazdrości!


Taki spacer z Rogalinka do Rogalina jest nader przyjemny i aż się prosi, aby gdzieś w tym urokliwym miejscu zorganizować jakiś piknik. 

Ha! Piknik! Mukla uwielbia pikniki! Nie ma chyba nic przyjemniejszego niż jedzenie na świeżym powietrzu w ciepły, słoneczny dzień (po prawdzie dla Mukli nie ma nic przyjemniejszego niż jedzenie w ogóle, bez względu na panujące okoliczności) Ideałem są oczywiście pikniki z pompą. No wiecie, takie z grillem, hamakiem, lampionami...  Cóż, takie cuda to tylko przy specjalnych okazjach, można się jednak obejść i bez nich. Za całość piknikowego ekwipunku musiała tym razem wystarczyć niezawodna kapa, termos pełen życiodajnego napoju i skromny posiłek przygotowany naprędce z tego co akurat było w lodówce (a było akurat niewiele). Tak, tak, niedzielny piknik był co prawda ubogi, jednak Mukla włożyła weń dużo serca i wzorem Perfekcyjnej Pani Domu* stylowo przewiązała kanapki elegancką wstążeczką, z czego jest niezwykle dumna i czym zamierza się właśnie pochwalić.








Między jednym a drugim ciastkiem ze szpinakiem Mukla stwierdziła, że jak już jej blog przebije swoją popularnością blog niejakiej Kasi T. (a Mukla gorąco wierzy, że tak będzie, bo czemu nie?), a na Gazecie zaczną pojawiać się artykuły typu: "Mukla znów jedzie na piknik, w co tym razem zapakowała kanapki?" będzie trzeba zmienić przyjaciół na zdecydowanie bardziej medialnych (choć nie powiem, Ala na zdjęciu powyżej prezentuje się zacnie). Andrzej zasugerował, że wystarczająco efektowni będą Żmuda-Trzebiatowska i Piotr Adamczyk, ale jak dowiedziała się dzisiaj Mukla w pracy - Adamczyk to teraz obciach.

 Aha, po drodze szukaliśmy skarbów, bo Nowożeńcy bawią się teraz w geocaching.


 

*Przy czym trzeba zaznaczyć, ze Mukla, wybitna miłośniczka PPD, uznaje niepodzielne rządy tylko jednej Królowej Gospodarstwa Domowego - Anthei Turner. Rodzima, wypindrzona imitacja nie dorasta Anthei do jej perfekcyjnych pięt!

Tagi: miejsca
21:29, mukla
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
a to Polska właśnie!

Mam dużo ciepłych uczuć dla twórczości poznańsko-wrocławskiego grafika, plakacisty i scenografa Ryszarda Kai. Ciepło tych uczyć obejmuje co prawda głównie jego realizacje scenograficzne* dla poznańskiej opery (co do której też pewien i to nawet niemały sentyment przejawiam), ale i plakaty artysty (nie tylko te operowe) nie są mi obce. Jeden z nich wisiał nawet dość długo w naszej dawnej sypialni, ale zapodział się lub zniszczył podczas ostatniej przeprowadzki. A szkoda...

W każdym bądź razie, nie zamierzam dziś wracać wspomnieniami do moich operowych czasów. Ryszard Kaja przypomniał mi o sobie, kiedy to rano natrafiłam w necie na serię jego najnowszych plakatów mających na celu promocję Polski w świecie.


 

 

 

Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest Wrocławska Galeria Polskiego Plakatu, a Ryszard Kaja niezwykle się w ten projekt zaangażował i stworzył swój osobisty obraz Polski. Miejsca, które zdecydował się uwiecznić nie zawsze są tymi najbardziej "topowymi" na mapie naszego państwa (póki co nie ma np. Krakowa), często są to miejsca mniej znane, ale w pewien sposób charakterystyczne jak Bolesławiec, czy Koniaków. Docelowo ma powstać około setki różnorodnych wizerunków naszego kraju i o ile dobrze zrozumiałam, ma to być subiektywny wybór artysty - miasta i rejony szczególnie przez niego umiłowane. 


 

 

 

 

 

Jedyne co mi lekko zgrzyta, to to, że cała seria jest trochę niespójna. Raz miasto, raz region, a raz kraj ogólnie. A to widoczek, a to budynek, a to charakterystyczny wzorek. W dodatku obawiam się, że całość dość mocno bazuje na skojarzeniach, które mogą być zrozumiałe jedynie dla Polaków. Chociaż... w sumie sama już nie wiem czy traktować to jak minus - jakby nie patrzeć wszystkie plakaty są niezwykle urokliwe i podobają mi się ogromnie, więc może takie ujednolicenie to byłaby już przesada. 


 

 

jak na złość, ten z moim miastem podoba mi się najmniej:

 

Wszystkie plakaty do zakupienia na stronie www.polish posters.com

* scenografia Ryszarda Kai do "Skrzypka na dachu" robiła nawet za tło naszej ślubnej sesji :-)

czwartek, 11 kwietnia 2013
urocze uroczysko

Podobno nie ocenia się książek po okładce. No, podobno... ja akurat to robię. To znaczy, nie tyle oceniam wartość, co dokonuje w ten sposób wyboru kolejnej lektury. Cóż począć, skoro to właśnie estetycznie zaprojektowana (w moim pokrętnym rozumieniu estetyki) okładka jest właśnie tym co najczęściej przyciąga mnie ku konkretnej pozycji. Nie inaczej było z "Uroczyskiem".


 

Wiedziałam, że muszę ją przeczytać, bo tak cudna (uwaga, teraz będzie dziwne osobiste skojarzenie - folk rockowa?!) okładka może skrywać nader obiecujące treści. Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Co prawda miłość ta okazała się miłością trudną i dość długo niespełnioną. Niestety, początkowo książka była dostępna jedynie w dużej ogólnopolskiej sieci "niby księgarni".

Cóż... "niby księgarnie" jako samozwańczy pan i władca książkowego świata często umawiają się z wydawcami na taką wyłączność. Wystawiają potem daną pozycję (no nie oszukujmy się - nie znając treści i za grube pieniądze) jako "top the best kup koniecznie".  Jest to proceder brzydki i niesprawiedliwy, podczas gdy prawdziwe księgarnie z prawdziwymi księgarzami (takimi co to naprawdę na te książki czekają, czytają je a i powiedzieć o nich coś potrafią - w której "niby księgarni" to masz?) mogą się przez ten czas jedynie obejść smakiem i wizerunkiem okładki w internecie. Skandal! Ale nic to, myślę sobie, cierpliwa jestem, poczekam. No to czekam, i czekam, i czekam... Czekałam długo, aż w końcu jakoś przed świętami dorwałam wreszcie "Uroczysko" w swoje pazerne łapska. Jak już dorwałam, tak łatwo nie wypuściłam. Nie myliłam się - przecudnej urody okładka szła tym razem w parze z nad wyraz wciągającą fabułą. Mogłabym tu teraz napisać o tej książce dużo, długo i tylko dobre rzeczy ale... troszkę mi się nie chce. Nie jest to blog literacki, ja nie jestem recenzentką, a w dodatku po ośmiu godzinach opowiadania o książkach, pisanie o nich jest ostatnią rzeczą na którą mam ochotę, tym bardziej, że ja tu głównie obrazki pokazuję. A uroczyskowe obrazki, trzeba przyznać, przezacne.





Jak się okazało moje "folk rockowe" skojarzenia nie były znowu takie bezpodstawne. Autorem książki jest Colin Meloy, którego główną profesją jest muzykowanie i który w swojej twórczości dość dużo ciągnie z folkowych klimatów własnie (znalazłam, przesłuchałam i nawet się podobało). Ilustracje z kolei to dzieło Carson Ellis, amerykańskiej ilustratorki i graficzki, prywatnie osobistej żony autora. Carson swoimi szczegółowymi (mimo dość prostej kreski) ilustracjami idealnie ozdobiła mężowską prozę, nadając całej książce fantastyczny, lekko retro klimat. Mnie się to podoba. I to nawet bardzo. 






Para nie pierwszy raz pracowała razem. To własnie Carson jest odpowiedzialna za graficzną oprawę płyt mężowskiego zespołu The Decemberiest. Nic w tym dziwnego, mieć grafika w domu i z niego nie korzystać, to niedopuszczalne! Osobiście nie mogę doczekać się ich kolejnego projektu - drugiej części "Uroczyska"!

środa, 03 kwietnia 2013
scrapkowe marzenia

Znam pewną sześcioletnią Marysię która chciałaby spotkać Białego Królika - biegłaby wtedy za nim tak długo,aż dotarłaby do Krainy Czarów. Pragnieniem dziewczynki jest również umiejętność latania niczym kolorowy motylek. Jednak największym, takim naj największym Marysiowym marzeniem jest to, aby odnalazł się jej ukochany Zielony Koń, którego zgubiła latem na plaży. Mama Marysi marzy z kolei o tym, aby zawsze, ale to zawsze słuchać swojego serca i iść przez życie śpiewając jego pieśń. Obie nie wstydzą się swoich pragnień dlatego postanowiły podjąć scrapkowe wyzwanie i wyskrapkować je (czy tak to się mówi?) w postaci książkowych zakładek.



Jak na złość wyzwanie można było podjąć jedynie za pośrednictwem blogów, a dziewczyny niestety żadnego nie prowadzą, dlatego też specjalnie na tę okoliczność użyczam im nieco miejsca na Miejscu i mocno, mocno trzymam kciuki aby udało im się wygrać.

marzenia Marysi:


 

 

marzenie Mamy:


 

 

A gdyby ktoś przypadkiem spotkał galopującego po plaży Zielonego Konia to proszę mu powiedzieć, żeby już wracał do domu, bo Marysia strasznie za nim tęskni.