Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 25 kwietnia 2014
poświąteczne zbuki

 

Przedświąteczne ambicje blogowe były przeogromne. Planowałam post o pomysłach na fikuśne pisanki, o pewnym miłym miejscu w którym zaopatruję się w jajka od szczęśliwych kur i o pastelowych wypiekach jakie potem z ich użyciem powstały; miała też być pewna kartka świąteczna, nota bene również z czymś na kształt pisanki na froncie - ogólnie miało być tych jaj dużo. Ale nie było... Bo wysiadłam, wyczerpałam się, lub jak to woli na pysk po prostu padłam. 


Jeszcze gdzieś tak do Wielkiego Czwartku naiwnie łudziłam się, że a nuż może ze dwa zdania, tak na szybcika, między mazurkiem a makowcem napiszę. Jednak mieszając o siódmej rano kolejny już kolor lukru na ciasteczka ostatecznie wyzionęłam świątecznego ducha. Wtedy to naszła mnie taka mała refleksja, że po kie licho serwuję sobie niepotrzebny stres i urabiam się po łokcie - przecież święta, bez tych lukrowanych króliczków, kurczątek i innych takich nie staną się mniej świętami. Nie o czyste okna, zastawiony stół i efektowne dekoracje (pokazane na blogu rzecz jasna ;-) w tym czasie przecież chodzi i ja, jako może i niespecjalnie żarliwa, jednak bądź co bądź katoliczka powinnam doskonale zdawać sobie z tego sprawę.

Nie da się jednak ukryć, że te wszystkie okołoświąteczne drobnostki przyjemnie podkreślają wielkanocną atmosferę. Własnoręcznie zaprojektowane kartki, wyhodowana rzeżucha, czy domowej roboty mazurek z migdałową palemką może i nie są niezbędne, ale cieszą bardziej niż sklepowe gotowce. 

 

 

 

Dość pokraczne w formie ciasteczka umożliwiły rozwój nowej świątecznej gry rodzinnej "zgadnij co to". Konkurencję bezapelacyjnie wygrały dzieciaki, bezbłędnie rozpoznając zamierzone przez producenta foremek kształty. Dorosłym najwyraźniej brak wyobraźni ;-)

 

 

 

 

Oprawą graficzną naszego życia domowego zajmuje się zazwyczaj Andrzej. Jednak natłok obowiązków jakie na niego w ostatnim czasie spadły sprawił, że tym razem musiałam wziąć sprawę w swoje ręce. Odkopałam więc ulubione kredki akwarelowe i wymalowałam kwieciste jajo (tak, to jest jajo!) które w drukarni uległo cudownemu rozmnożeniu do sztuk 20, a potem rozesłane po zaprzyjaźnionych, acz odległych domach.

 

 


Co prawda pokazywanie tego wszystkiego teraz jest jak musztarda (lub w tym konkretnym przypadku bardziej chrzan) po obiedzie, bo te wszystkie jaja zaczynają już nieźle trącić zbukiem, ale co tam, skoro już obfotografowałam...


sobota, 19 kwietnia 2014
pełen koszyk

 

Jak tam Kochani? Jaja poświęcone?

 


Muszę przyznać, że nic nie sprawia mi w tym świątecznym czasie takiej frajdy, jak przygotowywanie koszyczka ze święconką. Podchodzę do tematu niezwykle emocjonalnie, kolorystykę jaj planuję tygodniami, dobieram dodatki, piekę mini mazurka... A potem, jak już wszystko pieczołowicie umoszczę w koszyczku, zapuszczam żurawia do innych święconek w kościele, aby porównać jak na ich tle prezentuje się ta moja. Nieskromnie stwierdzam, że rokrocznie prezentuje się dość przyjemnie :-). Ot, takie moje wielkanocne bałwochwalstwo!

 

 

 

Acha!

RADOSNYCH ŚWIĄT!

Tagi: dom
20:39, mukla
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
numer higieniczny
Kochani! W te pędy do kiosków, bo nowy "Cudaczek" jest już w sprzedaży! Ale uprzedzam, to numer dla osobników o mocnych nerwach i żołądkach. Będzie bowiem o kupie, bakteriach i roztoczach; o tym jak często (i czy w ogóle) myto się przed wiekami i dlaczego skunks śmierdzi. 
Ogólnie jest to numer wybitnie higieniczny, toteż nie zapomnijcie, aby przed lekturą umyć ręce ;-)


Jak widać na załączonym obrazku my z Tytusem chilloutujemy zgłębiając "cudaczkowe" ciekawostki. 

Tagi: cudaczek
18:36, mukla
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 kwietnia 2014
Tytus - superpies

Nasz Tytus to superpies!. Może i nie umie skakać przez płonące przeszkody, ani nie mówi nam codziennie jak bardzo nas kocha; ba, nawet łapy (póki co) podać nie potrafi, jednak przejawia niewątpliwy wprost talent do węszenia. Czy to na trawniku, czy na chodniku - węszy wszędzie z dziką namiętnością. Z nosem przy ziemi potrafi spędzić i kilka minut (co jest dość upierdliwe jeśli akurat szybcikiem przemieszczamy się z punktu A do punktu B) i nawet najbardziej wymyślny smakołyk nie jest w stanie go od tego odciągnąć. Prawdziwy z niego psi detektyw. Nawet książki o nim piszą ;-)

 

 

Historię o Tytusie - najprawdziwszym czworonożnym detektywie z wrodzonym dla siebie łobuzerskim humorem wymyśliła Joanna Olech.  Nie dość, że wszystko ładnie opisała, to jeszcze z rozpędu od razu książkę zilustrowała - i dobrze, bo zarówno jedno, jak i drugie wychodzi jej przezacnie. Lubię bardzo tę ołówkową kreskę pani Joanny - jak dla mnie jest to taki styl ilustrowania, który bez względu na panującą modę zawsze będzie na czasie!

 

 

 

 

Książeczki o superpsie, który potrafi rozwiązać najbardziej zagmatwane zagadki kryminalne to idealne pozycje dla sześciolatków zaczynających dopiero przygodę z czytaniem. Nie ma w nich trudnych liter z ogonkami, dwuznaków, zmiękczeń, dzięki czemu nawet najbardziej oporny czytelnik (lub uczący się polskiego obcokrajowiec :-) nie powinien mieć trudności z przeliterowaniem tego krótkiego, dynamicznego tekstu. Obie zostały wydane w świetnej, trzystopniowej serii "Czytam sobie(w zależności od skali czytelniczego zaawansowania), która pomimo dość prostego wydania, trzyma poziom zarówno literacki jak i estetyczny, co cieszy bardzo.

 

 

 

A co do głównego bohatera, to jestem skłonna twierdzić, że autorka wzorowała się na naszym Tytusie domowym ;-) No porównajcie sami - ten sam kształt uszu, długi ryjek, kudłaty ogon, no i te rozumne (no przecież!) spojrzenie. No wypisz wymaluj (cóż za trafne określenie w tym przypadku) nasz kundel ulubiony!

Już teraz rozumiecie, że ta książka musiała się tutaj pojawić ;-)