Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
niedziela, 26 kwietnia 2015
czarne kruki nad pyrkonem

 

    Dziś rano podczas spaceru z psem widziałam szturmowca i dwóch rycerzy Jedi (tak, mieli miecze świetlne). Gdy wczoraj szłam do sklepu po drodze minęła mnie Czarodziejka z Księżyca i Gandalf, a w kolejce przede mną z paczką ciastek stał Khal Drogo jak malowany. Po moim podwórku krążyło stado elfów ze spiczastymi uszkami, w pobliskim parku grasowała postapokaliptyczna ekipa niczym z Mad Maxa, a gdzie się nie obejrzałam napotykałam dzikie ilości mangopodobnych panienek w kusych ubrankach.

   Nie, to nie był sen. Nie, nie oszalałam. Nie mam też zwidów spowodowanych coraz większym uciskiem macicy na pęcherz. Takie rzeczy naprawdę dzieją się raz w roku w mojej okolicy i wcale a wcale mnie już nie dziwią. Cóż... uroki mieszkania w pobliżu Targów, na których już po raz kolejny odbywał się Festiwal Fantastyki Pyrkon.

   Nie powiem, obserwowanie tej barwnej maskarady sprawia mi dużo frajdy. Od lat jestem pełna podziwu dla kreatywności uczestników Pyrkonu i wprost nie mogę oderwać wzroku od ich niezwykle wymyślnych i dopracowanych w każdym szczególe przebrań. Fantastyka nie jest jednak tym, co mnie specjalnie kręci i w czym się odnajduję, więc nic dziwnego, że nie kusiło mnie nigdy, aby zakupić nietani bilet na tę imprezę.

 

  A tu proszę! Tak się w tym roku porobiło, że miałam okazję przekroczyć magiczną bramę do pyrkonowego świata fantazji. Wszystko dlatego, że zaprzyjaźnione wydawnictwo Media Rodzina poprosiło mnie o przygotowanie im targowego stoiska. Nie muszę chyba pisać, jak bardzo mnie to ucieszyło, bo jak ogólnie wiadomo, zawsze się takimi rzeczami parać chciałam. Co prawda zdarzyło mi się już raz czy dwa maczać swoje palce w przygotowaniu małego księgarnianego stoiska na targi, jednak dopiero tym razem była to pierwsza (i mam nadzieję, że nie ostatnia), poważna realizacja na dość dużą skalę, przy której w dodatku miałam pełną (no prawie ;-) dowolność i mogłam poszaleć.

  Przez kilka dni z rzędu nie robiłam zatem nic innego, tylko wycinałam złowrogą chmarę czarnych ptaszysk, które miały zawisnąć u sufitu i pracowałam nad wyklejką stoiskowego tła. Czy jestem z efektu zadowolona? Raczej tak. Oczywiście zawsze mogłoby być lepiej, ale weźcie pod uwagę fakt, że to moja pierwsza targowa próba. 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Książki, które miały stanowić motyw przewodni stoiska to „PAX” - nowowydana seria dla wczesnych nastolatków. Utrzymane w mocno fantastycznym i dość mrocznym klimacie historie o „kruczych braciach” napisały Åsa Larsson (tak, ta Åsa Larsson od znanych i cenionych „dorosłych” kryminałów) i Ingela Korsell, a w komiksowym stylu sugestywnie zilustrował je Henrik Jonsson.

 

 

 

  Przyznaję bez bicia, jestem dość strachliwa i mroczne opowieści nie dla mnie, więc pewnie z własnej i nieprzymuszonej woli po te książki bym nie sięgnęła. Chciałam mieć jednak jakieś pojęcie by móc stworzyć spójną wizję ekspozycji, więc zabrałam się za lekturę „Pala przekleństwa” i „Grimma” - dwóch pierwszych pozycji cyklu, które się do tej pory ukazały. I dobrze, że to zrobiłam. Książki napisane są sprawnie, akcja biegnie wartko, bez zbędnego rozwlekania fabuły, bez niepotrzebnych zdań. Jest groźnie, jest strasznie, bez ugładzania, bez słodkiego pitu pitu. Autorki nie infantylizują, chciały napisać prawdziwy horror dla jedenasto – dwunastolatków i to zrobiły. Chwała im za to. Ja jestem zachwycona i już odłożyłam komplet dla mojego najstarszego bratanka.

 

poniedziałek, 06 kwietnia 2015
baby z jajami

 

 

Nie da się ukryć, że święta to czas spożywczo obfity. Dziś może ten fakt nie cieszy tak bardzo, jak lat temu dajmy na to sto, kiedy to szynki nie jadano codziennie, a do wielkanocnego stołu zasiadano po czterdziestodniowym poście. Nikt jednak nie zaprzeczy, że pełen smakołyków (nawet jeśli delektujemy się nimi częściej niż od święta) stół to miła rzecz.

 

Nie zwijam rolad i nie piekę pasztetów (w te klocki jestem słaba), mogę za to ukręcić jakąś babkę, czy polukrować ciasteczko, co też ochoczo przez cały poprzedni tydzień czyniłam i czym zamierzam się teraz rzecz jasna chwalić. O!

 


 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 01 kwietnia 2015
salon ilustratorów 2015

 

Salon Ilustratorów to taka niepozorna wystawa na którą rokrocznie cieszę się jak dziecko. Tradycyjnie (chyba już od sześciu lat) towarzyszy ona Poznańskim Targom Książki Dla Dzieci i Młodzieży. Nie inaczej było i w tym roku.


Gdybym prowadziła wykres satysfakcji jaką odczuwam z każdą kolejną edycją tego ilustracyjnego salonu, mogłabym wyrysować całkiem zgrabniutką sinusoidę. Cztery lata temu wystawa wzbudziła we mnie euforię aż po sufit. Edycja sprzed trzech lat z kolei rozczarowała. Dwa lata temu wyszłam kontenta, za to w zeszłym roku już nie. Idąc tym tropem tegorocznym Salonem Ilustratorów powinnam być usatysfakcjonowana... i byłam :-)


Tylko żeby było jasne, ja tam żadną ilustracyjną alfą i omegą nie jestem, a te wszystkie oceny to są tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucia. Oczywiście chciałabym wierzyć, że jakiś tam plastyczny gust mam, ale czy tak jest naprawdę, ciężko stwierdzić, bo jak wiadomo: „nie to ładne co ładne, a co się komu podoba”. O!


A w tym roku, jak już wspomniałam, podobało się nawet sporo. I to cieszy. Zasmuciła z kolei mała frekwencja. Za każdym razem, kiedy oglądałam wystawę (a moja książkowa obsesja kazała mi zawitać na targi dwukrotnie) byłam jedyną osobą snującą się pomiędzy obrazkami. Chcę wierzyć, że trafiłam w złą godzinę, jednak obawiam się, że z rysunkami, choćby i najładniejszymi, skutecznie konkurowały darmowe ciastka na odbywających się w hali obok targach edukacyjnych.

Osobiście jednak uważam, że przyjemny obrazek jest wart więcej niż kilo ciastek, dlatego mam zamiar pokazać niektóre z prac, od których nie odciągnęłaby mnie nawet eklerka kawowa od Bliklego :-)

 

 

Miś w wersji domowej i Miś imprezowy autorstwa Doroty Wojciechowskiej:

 

 

 

I kolejny miś, tym razem urocza panda wymalowana przez Agnieszkę Sozańską: 

 

 

słodkie jelonki i leniwy borsuk Ewy O'Neill:

 


 

 

i kolejny borsuk - pewnie mniej leniwy za to zdecydowanie bardziej hipsterski:

 

 

Borsuk jest dziełem Martyny Pawlak. Ona to również zmalowała boskiego Rybaka w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia:

 

 

Fantastyczne ilustracje Karola Banacha do Bajek Erny Rosenstein, Swoją drogą to naprawdę nie rozumiem, czemu jeszcze nie nabyłam tej książki...

 

 

 

Lubiana przeze mnie Diana Karpowicz miała wyjątkowego pecha i wszystkie zdjęcia wyszły z paskudnym odblaskiem: 

 

 

 

Pech (lub nieumiejętność fotografa ;-) dopadł również Annę Chmielnik:

 


Piesek Euzebiusz (ja tam wiem swoje, toć to nasza "rodzinna" Surisia) i Pan Suseł autorstwa Marty Magnurskiej:

 

 

No to niech jeszcze będą kaczki od Dobrosławy Rurańskiej

 

 

Dobra, tyle wystarczy. Przynajmniej w tym roku :-)