Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
niedziela, 27 maja 2012
spóźniony ale szczery...

...post z okazji Dnia Matki.

Skoro w zeszłym roku chwaliłam się publicznie jakich to mamy fajnych Ojców, to w tym roku pochwalę się Mamami, tym bardziej, że wcale nie są mniej fajne, a do tego jeszcze zdolne niesłychanie. Zarówno Jadzia (Mama właściwa) jak Danka (Mama nabyta) wykazują niebywałą wręcz cierpliwość do szydełkowania. Przy czym ich dziewiarskie poczynania nie kończą się na okazjonalnej produkcji serwetek i bieżniczków, gdyż Mamy nasze najdroższe osiągnęły już wyższy stopień szydełkowego zaawansowania i spod ich zdolnych rąk wychodzą głównie firanki! I  nie mam tu na myśli jedynie kuchennych zazdrostek (choć i takie również) ale firanki z prawdziwego zdarzenia, takie na całe okno. O, takie na przykład jak te u Mamy Danki:


 

 

Takie jakieś te zdjęcia zrobiłam, że nie widać niestety tego co najważniejsze, czyli wzoru, a te potrafią być naprawdę fikuśne. Mamy zresztą nieustanie wymieniają się szydełkowymi schematami i nowymi nićmi, co świadczy raczej o ich wzajemnym wsparciu, a nie o współzawodnictwie, która to wydzierga więcej i lepiej.

Można by pomyśleć, że w związku z taką, a nie inną pasją rodzicielek, nasze domowe karnisze wprost uginają się od tych mięsistych ażurów. Nic bardziej mylnego... Choć doceniamy i podziwiamy pracę naszych Mam, to do zasłaniania okien jakoś nie możemy się przekonać. W naszym domu znajdują więc miejsce inne wytwory rąk maminych, takie jak obrusy - jeden z nich, zrobiony przez Mamę Jadzię, wystąpił już raz na blogu (co prawda nie w roli głównej, ale zawsze). Nie wystąpiły za to jeszcze (również jadzine) aniołki i śnieżynki. Było to moje wielkie okołoświąteczne niedopatrzenie, które nadrabiam teraz, mimo, że nie czas ku temu.


 

 

Jak dla mnie, to nawet Koniaków wymięka!

środa, 16 maja 2012
paź królowej

Na moich oknach przysiadły motyle. 


 

 

 Pomysł ten nie narodził się bynajmniej w mojej głowie, podpatrzyłam go blisko rok temu w jednym z kijowskich okien. Fakt, trochę się z jego realizacją ociągałam, jednak ciągle coś nie sprzyjało moim motylim planom - a to okno było akurat do umycia, a to właśnie przyszła zima (a zima, wiadomo, to czas na śnieżynki!), etc... etc... Tak sobie tłumaczę, jednak bliższe (brutalnej) prawdy jest to, że miałam najzwyklejszego w świecie lenia na wycinanie. W końcu się jednak zawzięłam (być może pod wpływem twórczości pani Jadwigi) i dwa ostatnie wieczory spędziłam bawiąc się nożyczkami. 


 

 

 I muszę przyznać, że jestem z mojej skrzydlatej gromady niesłychanie dumna. Mało tego, nieskromnie uważam, że ulepszyłam prototyp wycinając motyle z transparentnej kalki - są delikatniejsze i ładnie prześwieca przez nie słońce. Zresztą kalka to moje nowe/nie nowe odkrycie i pewnie sobie jeszcze z niej powycinam, bo podoba mi się ta sztywność i półprzeźroczystość. 


 

 

Boję się teraz otworzyć okno, coby nie uleciały...


środa, 09 maja 2012
gniewnie

 

Muklę znowu nosiło po Polsce. Nosiło ją szlakiem krzyżackich zamków. Po prawdzie była to raczej luźna wariacja na ten temat, biorąc jednak pod uwagę fakt, że zorganizowanie całej wycieczki zajęło nam jakąś godzinę, to nie powinniśmy mieć sobie nic do zarzucenia (a pominięte zamki bardzo przepraszamy - może następnym razem). Wszystko przez to, że do samego końca nie wiedzieliśmy czy będziemy mieli wolne czy nie i snucie bardziej konkretnych planów nie wchodziło w grę. Na szczęście wolne się znalazło, a jako, że żadne z nas nie było do tej pory w Grudziądzu postanowiliśmy wpierw ruszyć na Grudziądz, a dopiero potem myśleć co dalej. Najdroższa Przyjaciółka, po usłyszeniu naszych majówkowych planów omal z krzesła nie spadła - popatrzyła na nas jak na wariatów i zapytała po jakie licho tam jedziemy, skoro tam nic nie ma?. Niespecjalnie się jej zdaniem przejęłam, bo zdążyłam się już przyzwyczaić, że ona często ma nas za wariatów :-).

W każdym razie panorama miasta wygląda zachęcająco.



 

I tylko panorama... Anik wiedziała co mówi - niejedne wakacje spędzone u cioci w Grudziądzu wyrobiły w niej takie, a nie inne, niestety całkiem słuszne wyobrażenie. Miasto, owszem, przywitało nas przepięknym widokiem nadwiślańskich spichlerzy, ale w zasadzie na tym moglibyśmy poprzestać. Wiedzeni ciekawością i pełni nadziei na urokliwość miejsca postanowiliśmy jednak brnąć dalej w staromiejskie uliczki tylko po to, żeby zawieść się srodze. No, żeby tylko teraz nie było, że my jakoś specjalnie wymagający jesteśmy. Chcieliśmy tylko przysiąść w jakimś miłym ogródku i zjeść coś co nie byłoby pizzą. Szukaliśmy z godzinę - bezskutecznie. No doprawdy! nikt tam nigdy nie bywa głodny? Ponadto Grudziądz wydał nam się miastem brudnym i zaniedbanym. Smutne, bo miasto ma potencjał, którego nie wykorzystuje. Zdawałoby się, że "Tatarak" Wajdy powinien zrobić dobry PR, ale chyba włodarze miasta nie potrafili tego wykorzystać w pełni. 

Postanowiliśmy więc nie zatrzymywać się tam na dłużej i ruszyliśmy dalej. Wpierw do niedalekiego Radzynia Chełmińskiego, i to własnie Radzyń chcąc nie chcąc zapoczątkował nasz spontaniczny krzyżacki szlak i odczarował średnio przyjemny początek wycieczki.


 

To właśnie w radzyńskich ruinach kręcono niektóre sceny do "Pana Samochodzika" - na piwnicznych ścianach do dziś widnieje wykonany na potrzeby serialu krzyż templariuszy. Na zamkowych murach można ponadto zaobserwować, że ludzie od lat czuli potrzebę zaznaczania swojej obecności w historycznych miejscach.


 

Następnie ruszyliśmy do Kwidzyna. Chyba każdemu Kwidzyn kojarzy się z jednym - najdłuższym w Europie średniowiecznym wucetem. Jednak oprócz monumentalnego gdaniska w mieście jest jeszcze bardziej monumentalna katedra i zamek, w którym mieści się muzeum z (na moje nieszczęście) wypchanymi ptakami.


 

Ale ostatecznym celem naszej wyprawy był Gniew. Niezwykle malownicze i  pełne gotyckich kamieniczek miasteczko w dolinie Wisły. 


 

Widać, że tradycja rycerska jest w miasteczku kultywowana. Na zamku często odbywają się turnieje i historyczne inscenizacje, podczas których z dymem idzie nieraz cała wioska. Miasto jest zadbane i pełne różnych małych ciekawostek, czasami bardzo zaskakujących, jak na przykład Miś Maciuś, który wzorem brukselskiego Manneken pis bywa przebierany w zalezności od... no właśnie nie wiem od czego, bo nas przywitał akurat jako Batman.


 

 

Na nocleg zatrzymaliśmy się we wsi Karczma Mała w Gościńcu Staropolskim - budynku, który od bliska 130 lat pełni rolę przydrożnego zajazdu. Ten urządzony w stylu retro pensjonat może nie jest tak wypieszczony jak ten z zeszłorocznej majówki, jednak zaangażowanie z jakim gospodyni troszczyła się o nasz komfort zjednało sobie nasze serca.


 

A na samym końcu zawitaliśmy jeszcze na chwil parę do Bydgoszczy. Nie ma tam wprawdzie pozostałości krzyżackich warowni, ale w Bydgoszczy czekały na mnie inne, osobiste atrakcje. Właśnie tam mieszka moja przyjaciółka z czasów nastoletnich - Dorotka ze swoją wiecznie roześmianą rodzinką, która nie tak dawno jak dwa tygodnie temu powiększyła się o małą Joasię.


 

W tym roku nic nie zbiłam i nie zepsułam żadnego obiektywu :-)


 

 

 

 

 

a moim nowym hobby jest robienie sobie zdjęć w lustrach. Wszak nie wiadomo jak długo będę piękna i młoda :-)


Tagi: miejsca
00:19, mukla
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 maja 2012
dagadana

Mieszkanie obok parku ma swoje plusy. Oczywiście największym, niezaprzeczalnym plusem jest sam park - moim osobistym zdaniem najładniejszy w Poznaniu. Nasz park, oprócz tego, że są w nim drzewa, stawik i dozwolone jest w nim przebywanie na trawie (co znowu takie oczywiste nie jest) może się dodatkowo pochwalić palmiarnią i dość prężnie działającą muszlą koncertową. O ile palmiarnia jest w obrębie naszego wzroku, to muszla koncertowa mieści się już tylko w obrębie naszego słuchu. Wystarczy jednak wyjść na balkon i nadsłuchiwać. Jeżeli dobiegające nas dźwięki wzbudzą nasze zainteresowanie (a zazwyczaj tak jest :-) to trzeba tylko zejść te kilka pięter i wejść na teren parku (nawet przez ulicę nie trzeba przechodzić).

Piszę o tym dlatego, że wczoraj właśnie w muszli coś grało (i trochę dlatego, żeby się pochwalić lokalizacją mieszkania :-). W dodatku dźwięki (najwyraźniej z próby), które do nas docierały jawiły się znajomo. Okazało się, że z okazji 85-lecia Radia Merkury (nota bene z siedzibą po sąsiedzku), odbędzie się koncert Dagadany i Snowmana. Pal licho Snowmana, ale Dagadanę lubimy. 


 

To polsko-ukraińskie trio (Daga Gregorowicz, Dana Vynnytska i Mikołaj Pospeszalski - tak, tak z Tych Pospieszalskich)) trafiło pod nasz dach dobre kilka lat temu, kiedy to w sąsiadującym z andrzejowym biurem studio zespół składał swoją debiutancką epkę. Muzyka tak bardzo spodobała się Andrzejowi, że prosto z montażowni trafiła do naszego odtwarzacza i nadal często w nim gości.