Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
niedziela, 26 maja 2013
soczysta paczka

Dawno nie chwaliłam się paczkami. No to dzisiaj będą - wesołe prezenty na Dzień Matki:



Ostatnio gustuje w takim soczystym połączeniu różu, czerwieni i pomarańczu - że się niby trochę gryzie? E tam, jak dla mnie mieszanka bomba. Może i nie jest to jakieś specjalnie odkrywcze opakowanie, ale wolałam nie szaleć - z racji tego, że od naszych mam dzielą nas niemałe kilometry, musiałam powierzyć paczki Poczcie Polskiej, a z nią różnie bywa...

piątek, 24 maja 2013
tort olejny

Wielkimi krokami zbliża się do mnie trójka z przodu. Nie, nie panikuję z tego powodu, jestem jakoś wyjątkowo spokojna i wydaje mi się, że smugę cienia przekroczę dziarsko i bez większego dramatyzmu. I choć przekroczę ją dopiero za tydzień, to wielka urodzinowa feta zaplanowana jest już na jutro. W związku z tym piekę sobie właśnie różowy tort dla księżniczki (pominę to, że dla "małej" księżniczki). Stresu mnie ten tort kosztuje co niemiara. Raz, że najprawdopodobniej źle przeliczyłam ilość składników na większą niż w przepisie blachę a dwa, że wysypał mi się barwnik i upaprałam całą kuchnię (i siebie przy okazji) na amarantowo. Cóż, nie jestem wybitną piekarką (jedyne co mi wychodzi to babeczki), torty jak do tej pory popełniłam dwa, z czego jednym to się tu nawet już chwaliłam, bo był nie najbrzydszy i co najważniejsze zjadliwy. Co będzie z tego pojęcia nie mam - chyba porwałam się trochę z motyką na słońce i nie bez trwogi myślę o dekorowaniu biszkoptu tymi frywolnymi falbankami. Trzymajcie kciuki.

Zanim jednak wyciągnę z piekarnika ostatnią biszkoptową warstwę zaostrzę apetyt smakowitymi obrazami amerykańskiego artysty malarza Paula Ferneya:


 

Niech jedzą ciastka, tak nazywa się ta apetyczna seria - wspólny projekt Paula i jego żony Jordan, który powstał podczas ich rocznego pobytu we Francji. Jordan (tak, tak, ta Jordan z nieustannie inspirującego mnie bloga Oh Happy Day!) torty wypiekała, Paul z kolei portretował je swoimi charakterystycznymi ciężkimi pociągnięciami pędzla.

Smakowite, nieprawdaż? Z chęcią powiesiłabym któryś w swojej kuchni. O, ten żółty pasowałby idealnie:


 

 

 

 

poniedziałek, 20 maja 2013
samba sikoreczka

Będzie pewnie już z rok jak Andrzej oświadczył, że skoro nie mamy psa, kota, ani nawet morskiej świneczki, to powinniśmy postarać się chociaż o wróbelka. O ile w kwestii psa jestem na razie nieugięta, to przeciwko balkonowym ptaszkom (no chyba, że gołębie!) nie miałam nic przeciwko. Zaopatrzyliśmy się zatem w najbliższym zoologicznym w pakiet startowy początkującego hodowcy, czyli skrzynkę lęgową w wersji "zrób to sam". Po kilu wprawnych uderzeniach gumowego młotka (w zestawie), udało się Andrzejowi wyprodukować całkiem zgrabną budkę dla wróblowatych, którą to następnie z narażeniem życia zawiesił na skraju naszej loggii. Budka zawisła, rok minął, a wróbelków ani widu, ani słychu... Aż tu nagle niespodzianka!


 

 

Już od jakiegoś czasu snułam nieśmiałe przypuszczenia, że chyba ktoś wreszcie zdecydował się do naszej budki wprowadzić, jednak dopiero wczoraj poznaliśmy nowych sąsiadów osobiście. Co prawda nie są to wróbelki, ale równie urocza sikorza rodzinka. Ruchliwe to to i zwinne, że hej! Ciężko jest je uchwycić, bo tylko latają w te i we w te aby wykarmić swoją popiskującą gromadkę. A młode najwidoczniej żarte są, bo mama sikorka i tata sikor obracają po kilka razy na minutę.


Tagi: dom
19:51, mukla
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 maja 2013
trapezu geniusz Wymyk Eugeniusz wywinie salto, wkładając palto

Do Poznania przyjechał cyrk. Jak szybko rozłożył swój kolorowy namiot, tak szybko go zwinął, zdążył mnie jednak jeszcze wprawić w osłupienie (i pewnego rodzaju euforię) wypasającym się na mojej trasie do pracy wielbłądem. I co ja się głupia ekscytuję?! Przecież cyrku lubić nie wypada - bo kicz...bo zwierzęta... No, w kwestii zwierząt to ja dyskutować nie zamierzam. W głowie wciąż mam niezwykle sugestywny opis barbarzyńskich metod przyuczania niedźwiadka tanecznych kroków walczyka, który zawarła bodajże (ale głowy nie dam) w "Piaskowej Górze" Joanna Bator. Za taki zwierzęcy cyrk to ja dziękuję, ale kiczu akurat bronić będę... bo lubię. Jest dla mnie coś pociągającego w tej całej jarmarcznej cyrkowej otoczce - kolorowych namiotach, cekinowych kostiumach, rombach, pomponach, piórach, werblach i spotach. Lubię żonglerów, woltyżerów i akrobatów, i pełna podziwu dla ich zręczności, giętkości i odwagi, nie bez pewnej przyjemności oglądam ich występy.

By the way. Wizyta cyrku w mieście, nawet najkrótsza i bez pompy jest świetną okazją do pokazania pewnej książki. Książki co prawda już nie nowej, bo od jakiegoś roku na rynku. Książki o niezwykle banalnym, ale jakże odpowiednim tytule "Cyrk" właśnie.



Ta książka to przepyszny zbiór najprawdziwszych plakatów cyrkowych! Wydawnictwo "Dwie Siostry" wespół z Muzeum Plakatu w Wilanowie postanowiło je zebrać i wydać w jednym tomie. Plakatów jest 29 i choć wszystkie powstały między rokiem 1955 a 1978, to być może są wśród Was tacy, którzy pamiętają je jeszcze rozwieszone na ulicach swoich miast (ja sama kojarzyłam 2 :-). Każdy plakat okraszony jest zabawną i lekko absurdalną króciutką rymowanką Macieja Byliniaka - jak dla mnie świetne! Graficznym opracowaniem zajęła się z kolei Grażka Lange i zrobiła to przewybornie. Książka jest zatem niesamowitą gratką dla miłośników polskiego plakatu, grafiki i typografii. Znacie takich? Bo ja kilku.


 

"Szympans Ciżemka chodzi na rękach, stopami klaszcze, na łokciach klęka" (Janusz Grabiański 1972 r.)


"Nina Goldoni, treserka koni, uczy wierzchowce skakaćprzez owce." (Marek Mosiński 1968 r.)


"Amadeusza coś zagłusza! To klaun Boliwar słonia zgrywa." (Jan Młodożeniec 1975 r.)


"Lew Amadeusz w dzikim natchnieniu zagra dla państwa dziś na grzebieniu."(Huber Hilscher 1970 r.)


"Haudini, pies iluzjonista, roztroi się przy dźwiękach twista"(Wiktor Górka 1970 r.)


"Na państwa oczach tygrys z Exeter wydzierga bardzo gryzący sweter."(Hubert Hilscher 1966 r.)


"Niedźwiedź Bazyli się nie myli, gdy myśli, że ma chód motyli." (Bohdan Bocianowski 1967 r.)


"Antypodysta Rudolf von Kopyt w głośnym numerze "Symfonia stopy"!" (Maciej Urbaniec 1966 r.)

A tak przy okazji cyrkowych klimatów to tak szybciutko pokażę jeszcze jedną książeczkę.





Tym razem "Tata ucieka z cyrkiem" Etgara Kereta z ilustracjami Rutu Modan. Nie powiem, żebym była jakoś zachwycona tymi ilustracjami, ale musiałam, no po prostu musiałam ją kupić, choćby dla samego tytułu. Był to idealny urodzinowy prezent dla pewnego małego chłopca, którego tata jeździ właśnie z cyrkiem po Europie. Co prawda nie wywija tam podniebnych harców na trapezie, ani nie każe tygrysom skakać przez płonącą obręcz, tylko gra w cyrkowej orkiestrze, ale zawsze mogę poszpanować, że mam znajomego, który pracuje w cyrku, co też właśnie robię ;-)

wtorek, 14 maja 2013
w chmurdalii

Jako wierna i namiętna czytelniczka książek Joanny Bator już od dłuższego czasu chciałam zobaczyć miasto, które to moja ulubiona ostatnio pisarka wybrała na tło swoich powieści. Okazja przyszła wraz z ostatnią majówką, toteż korzystając z tych kilku błogich chwil wolnego ruszyliśmy tym razem do Wałbrzycha - ja aby tropić ślady bohaterów "Piaskowej Góry", "Chmurdali" i "Ciemno, prawie noc", a Andrzej jak zawsze i wszędzie szlakiem modernistycznym. Nie zawiodłam się. Wałbrzych może nie jest jakimś specjalnie pięknym miastem, ale zdecydowanie ma w sobie to "coś". Rozczłonkowany na kilka oddalonych od siebie dzielnic kryje w sobie niejedną tajemnicę. Najwięcej skrywa ich w swoich podziemnych tunelach Zamek Książ. Historia o cennym sześciometrowym sznurze pereł ukochanej przez Wałbrzyszan księżnej Daisy rozpala wyobraźnię po dziś dzień - ponoć nadal jest wielu takich, którzy rozkopują przyzamkowy teren w ich poszukiwaniu. Nie ukrywam, że wspomniane wyżej lektury (zwłaszcza ostatnia) wzbudziły we mnie ogromną ciekawość tego miejsca, tym bardziej byłam więc rozczarowana (żeby nie powiedzieć rozgoryczona!) moją wizytą tamże. Pech chciał, że na terenie zamku odbywały się akurat targi kwiatów. Ponoć wielka majówkowa atrakcja. Ja dziękuję za taką atrakcję! Wszystkie zamkowe korytarze i sale obstawione były stoiskami wszelakimi skutecznie zasłaniając jego wnętrze, że już o dzikim tłoku nie wspomnę. A żeby było jeszcze weselej deszcz lał jak z cebra, co już skutecznie dobiło długo oczekiwaną wizytę, niszcząc moje plany leniwych spacerów wśród imponujących przyzamkowych rododendronów.


Deszcz leje, a Mukla wystylizowana na księżną Daisy (czy widzicie te frywolne koronki?) tęsknie patrzy w dal i rozpacza.


 

 

A panoramy to ja tyle widziałam:


 

Tak więc na Zamek Książ, to ja się trochę obraziłam...

Nie obraziłam się za to na Szczawno Zdrój, urokliwą miejscowość uzdrowiskową z równie urokliwą pijalnią wód z której to (wtopiwszy się wpierw w grupę emerytów) ochoczo korzystaliśmy racząc się wodą z leczniczych źródeł - ponoć mających zbawienny wpływ na drogi moczowe ;-). 


 

hala spacerowa pijalni


i sama pijalnia wewnątrz


 

Odwiedziliśmy też Świdnicę i powiem Wam, że długo tej wizyty nie zapomnę, bo dawno nic nie zrobiło na mnie tak ogromnego wrażenia jak tamtejszy Kościół Pokoju. Widziałam w życiu wiele świątyń, wśród nich różne nowoczesne, i takie podziemne, i te wykute w skale, ale żadna nie zachwyciła mnie tak bardzo jak ten ewangelicko-augsburski kościół - przepiękny, misternie zdobiony, wciągnięty na listę UNESCO, największy drewniany kościół w Europie.


że niby niepozorny? zapraszam zatem do środka:


 





Pojeździliśmy jeszcze trochę to tu, to tam, zawitaliśmy do kilku zamków, paru klasztorów, do tajemniczej sztolni i na wielką tamę - ogólnie dużo się działo, więc z tym większą przyjemnością ostatni dzień przeznaczyliśmy na leniuchowanie :-) Pozadrościłam ostatnio pewnej pani hamaka i... tadam! Mam i ja! 


Majówka z gorzką czekoladą :-) - a co! niech będzie reklama.  postawiłam na kryminał i muszę przyznać, że choć ja i kryminały to się raczej średnio lubimy, to ten zajął mnie dość skutecznie... 


 

I jeszcze kilka migawek, bo co sobie będę żałować:


Szyb za szybą.


Kino Górnik (lub to co po nim zostało) w Wałbrzychu.


psychodelia na ścianach w "naszym" pokoju




Już od dłuższego czasu przejawiam dziwną manię robienia zdjęć żyrandolom... Ten wisi w Kościele Pokoju.


A ten w imponującym klasztorze w Krzeszowie.


I nogi Świętych tamże.


Mokra ławka w Książu.


Tajemnicze sztolnie "Riese" w Osówce


Głazy Krasnoludków w Gorzeszowie.


No i koniecznie musiałam pokazać tych dwóch kolesi - bosko pozują, nieprawdaż?


Reasumując: Dolny Śląsk jest chyba jednym z najpiękniejszych rejonów Polski. Jeśli ktoś jeszcze narzeka, że żyjemy w brzydkim kraju, to najwyraźniej nigdy tam nie był. A moimi wałbrzyskimi refleksjami mogłam ostatnio podzielić się z samą Joanną Bator. Pisarka w zeszłym tygodniu odwiedziła Poznań i spotkała się ze swoimi czytelnikami. Co za interesująca i mądra kobieta! Już nie mogę się doczekać kolejnej książki, podobno tym razem rzecz będzie o miłości... A jak ktoś jest ciekaw, to relację ze spotkania zamieściła Signum.

 
1 , 2