Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 26 maja 2014
face the foliage

 

Tak się przyjęło, że na Dzień Matki powinny być kwiatki, zatem niech będą :-) Ale nie te zebrane w tradycyjne bukiety, tylko takie w nieco innej, portretowej formie, o takie:

 

 

 

 

Te floro-twory to małe dziełka Justiny Blakeney, amerykańskiej stylistki i projektantki, która twierdzi, że to właśnie rośliny i kwiaty zapewniają jej nieograniczone źródło inspiracji. I chyba rzeczywiście tak jest, bo obserwując blog Justiny wyraźnie widać, że efektownych pomysłów jej nie brakuje. Zajrzyjcie zresztą sami, o tutaj - naprawdę warto, tym bardziej, że autorka zdaje się być niezwykle barwną (dosłownie!) osobą.

 

 


 


 

A kwiatowe portrety spodobały się na tyle, że szybko znalazły niezgorszych naśladowców. Justina nie ma im tego odgapiania za złe. Wręcz przeciwnie, ma frajdę z tego, że ten tani i ekologiczny sposób na domową sztukę cieszy się tak dużym powodzeniem.


Zatem mili Państwo - przelecieć się po łąkach, kwiecia nazbierać i do roboty!

 


mamy dzień

 

Dzisiaj mamy Dzień Mamy! Więc dla wszystkich Mam najlepsze życzenia. 

A dla jednej szczególnie ciepłe:


 

Piękna* kobieta na zdjęciu powyżej to moja Mama osobista. Właśnie wyszła na pierwszy spacer ze swoją świeżo narodzoną córeczką i dopiero zaczyna delektować się macierzyństwem. Wpatrzona w słodkie maleństwo, nawet nie podejrzewa, że z czasem zamieni się ono w krnąbrną bestię, która krwi rodzicielce natruje, że hej! ;-)

 

Kocham Cię Mamo!  Sto lat!

 

*a jaka zdolna! Jej poczynaniami chwaliłam się już raz, o tutaj: http://mukla.blox.pl/2012/05/spozniony-ale-szczery.html.

Tagi: dom
14:05, mukla
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 maja 2014
A w Noc Muzeów tygrys z Exeter wydziergał bardzo gryzący sweter

 

Noc z soboty na niedzielę była nocą wyjątkową. 
Nie dość, że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy pogoda sprzyjała wieczornym spacerom, to w dodatku były to spacery wybitnie kulturalne. Noc Muzeów - wiadomo! Jedyna taka noc w roku, kiedy muzea nęcą sztuką w godzinach wprost amoralnych i to kompletnie za darmo. Kto przeoczył - ten gapa!

Co prawda są tacy, co tę imprezę bojkotują: bo tłoczno, bo głośno, bo spokojnie pokontemplować nie można - tyle tylko, że ja do nich nie należę. Tak się składa, że lubię ten gwar na korytarzach, na których w każdy inny dzień żywej duszy nie uświadczysz. Nie przeszkadzają mi długie kolejki, w których rokrocznie stoję, potulnie czekając na możliwość wejścia do wybranego przybytku.  I naprawdę w nosie mam to, że po raz enty idę w miejsce w którym już byłam i że znów oglądam tę samą rzeźbę, osiołka dajmy na to. No lubię i już! 

 

Niestety, z racji tego, że Tytus nadal ciężko znosi samotność (czy to się kiedyś unormuje ?!) - naszą tegoroczną muzealną trasę trzeba było okroić do minimum. Z rozlicznych przygotowanych przez poznańskie placówki atrakcji wybrałam zatem trzy, które wydały mi się najbardziej obiecujące: wystawę plakatów cyrkowych ze zbiorów Galerii Plakatu i Designu Poznańskiego Muzeum Narodowego; prezentację "Projekt-matryca-dzieło. Tajniki warsztatu graficznego" również w MNP i zaprezentowaną w Ratuszu ekspozycję przybliżająca dawne życie nocne naszego miasta.


I o ile ani grafikami, ani nocnym Poznaniem ukontentowana nie byłam, to kolorowe afisze reklamujące wygibasy na trapezie, tańczące foki i nie tylko, sprawiły mi naprawdę dużo, dużo frajdy. 

 

 

 

Plakat cyrkowy to niezwykłe zjawisko w historii „polskiej szkoły plakatu”. Jego początek sięga wczesnych lat 60, kiedy to Przedsiębiorstwa Rozrywkowe zaczęły zlecać wybitnym polskim plakacistom projekty o cyrkowej tematyce właśnie. Co ciekawe, z założenia nie miały stanowić reklamy żadnego konkretnego przedstawienia, jak jest to w przypadku np. plakatów teatralnych, a być zapowiedzią widowiska cyrkowego samego w sobie. Jako, że twórcy byli młodzi, zdolni, pomysłowi szybko odnaleźli się w tej nieco jarmarcznej tematyce i posługując się sprawnie językiem aluzji i symbolu, wykorzystując wszelakie środki artystyczne, tworzyli fantastyczne prace, które doskonale oddawały ten wyjątkowy klimat cyrkowego świata. Barwne, wesołe, żartobliwe i zawsze świetnie zaprojektowane afisze, mimo upływu dobrych kilku dekad, nic a nic się nie zestarzały i wciąż zachwycają buchająca z nich kolorową radością, czego dowodzą choćby i te zdjęcia.

 

Waldemar Świerzy, 1970 r. 

 


Hubert Hilscher, 1964 r. 

 

Jan Młodożeniec i 2 x Hubert Hilscher, 1970 r. i 1966 r. 

 

 

Wiktor Górka, 1969 r.  Jerzy Treutler, 1975 r.  Roman Cieślewicz, 1966 r.

i Jan Młodożeniec, 1972 r.

 

Afisze o rzeczonej tematyce na blogu już raz gościły. O tutaj - może ktoś pamięta? Stało się tak za sprawą pewnej sprytnej książeczki, o którą swego czasu pokusiło się wydawnictwo Dwie Siostry.  "Cyrk", bo taki prosty tytuł ona nosi, to zbiór blisko trzydziestu polskich plakatów zapowiadających widowisko cyrkowe, okraszonych dodatkowo krótkimi, nieco absurdalnymi rymowankami. Rymowankami, które tak mocno zapadły mi w pamięć, że współzwiedzający sobotnią wystawę raz po raz mogli usłyszeć jak mówię do Andrzeja: - O, zobacz! Tygrys z Exeter, zaraz wydzierga gryzący sweter!- A ten tu pies to iluzjonista, co się roztroi przy dźwiękach twista. Za co jednak przepraszać nie zamierzam ;-) 

 

Tagi: grafika
17:40, mukla
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 maja 2014
agromajówka z krwawą jatką w tle

 

Założenie było proste: jedziemy na agromajówkę do przyjemnego gospodarstwa, nieśpiesznie spacerujemy po polach i łąkach, czytamy książki na hamaku i robimy dużo zdjęć, bo raz, że okolica urokliwa, a dwa, że trafił nam się pies wyjątkowo fotogeniczny ;-).

 

Naprawdę, muszę przyznać, że tak przyjemnej wsi jak lubuskie Kiełcze to ja jeszcze nigdy nie widziałam.

 

 

 

 

Niestety ten sielski anielski obrazek został brutalnie przerwany przez nagły i niespodziewany atak wiejskiego burka. Bestia zaatakowała znienacka na leśnej ścieżce - widać nie spodobał jej się pies turysta i postanowiła mu boleśnie pokazać gdzie raki zimują. Przy okazji oberwało się i mnie :-/

Wystarczyły ułamki sekund, jedno warknięcie, jedno krzywe spojrzenie (no, mój przecież też nie podkulił ogona!) i zaczęła się jatka. Tytus latał w powietrzu na prawo i lewo, a my oczyma wyobraźni widzieliśmy już rozszarpane na kawałki ciałko naszego sierściucha. Jak się Andrzejowi udało wyszarpać Tytusa pomiędzy zębów rywala - nie wiem. Grunt, że udało się. I nie chcę nawet myśleć jak krwawo ta jatka by się skończyć mogła, gdyby nie wyjątkowy przypadek i refleks naszego kumpla Michała, który wrócił się po kurtkę i zaniepokojony widokiem swobodnie hasającego po okolicy dużego psa, błyskawicznie wsiadł w samochód i ruszył w naszym kierunku, dzięki czemu mieliśmy się gdzie schować przed szalejącą bestią. Nie od dziś nam jednak wiadomo, że Michał po godzinach ratuje świat od zagłady ;-) i chwała mu za to.

Dzięki pomocy naszej pani gospodyni, Tytus błyskawicznie trafił do zaufanego weterynarza, który zajął się nim życzliwie i sprawnie pozszywał to, co do pozszywania było. A było sporo...


Weekend oczywiście został skrócony, a planowane zdjęcia radosnego kundla beztrosko hasającego po ukwieconych łąkach, zastąpił taki oto obrazek:

 


Zainteresowanym donoszę, że pies-kosmita ma się coraz lepiej i już nie trzeba poić go strzykawką. 

 

A to tak na przyszłość, gdyby komuś przytrafiła się podobna sytuacja:

Jak rozdzielić walczące psy   -   gdybym przeczytała te porady wcześniej to może nie musiałabym dziś pisać tych słów lewą ręką...