Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 28 czerwca 2011
portret przodka

 

Jestem zdecydowanie kobietą niebiżuteryjną. Nie noszę korali, długich kolczyków i brzęczących bransoletek. Mam jednak pewną słabość do broszek. Lubię sobie czasem coś przypiąć tu i ówdzie. Posiadam dość sporą kolekcję po babciach, ale moja broszkowa zachłanność każe mi gromadzić coraz to nowe egzemplarze. Tę z psim portretem nabyłam na zeszłorocznych Targach Sztuki i Rękodzieła Artystycznego.  



Od tej właśnie broszki zaczęła się moja przygoda z ilustracjami Emilii Dziubak-Szewczyk, która to portret mego psiego przodka zmalowała. Celowo piszę zmalowała, choć tak naprawdę przy jego powstawaniu pędzel, farby i sztalugi nie były potrzebne, bo wszystko zadziało się w komputerze. "Malarstwo cyfrowe" - tak to się nazywa - nie lubię tego określenia, lubię za to zabawne, wzorowane na dawnych mistrzach pędzla i nieco "robaczywe" efekty pracy ilustratorki.






Do gustu przypadła mi również pierwsza autorska książka artystki: "Gratka dla małego niejadka" ze smacznie i dowcipnie zilustrowanymi łatwymi przepisami do zrobienia przez dzieciaki. Książka jest bardzo ładnie wydana, jednak jak na mój gust wydawnictwo zbyt wygórowało cenę (42 zł ?!).





Być może wkrótce ukaże się kolejna książka z ilustracjami Emilii Dziubak. Z tego co wiem, pewne zaprzyjaźnione wydawnictwo intensywnie myśli nad jej wydaniem ;) Czekam.

czwartek, 23 czerwca 2011
ojcowie w żywiole

 

O Dniu Matki nie da się zapomnieć. Nawet jeśli data wypadnie nam z głowy, to i tak przypomną nam o nim afisze w kwiaciarniach, nadruki na pudełkach czekoladek i medialny szum. Dzień Ojca PR ma zdecydowanie gorszy. Pamiętaliście, że to dziś? 

Ja ojców posiadam dwóch. Jeden ten właściwy, prawdziwy który był zawsze i bez którego jakoś nie wyobrażam sobie świata. Drugi nabyty w pakiecie z Andrzejem - tzw. teść, do którego mówienie "tato" nie sprawia mi już trudności. Tak nam się niesamowicie trafiło, że wychowywali nas mężczyźni z pasją, którzy po powrocie z pracy nie marnują czasu na bezmyślne przesiadywanie przed telewizorem. Obaj mają swoje żywioły.

Żywiołem Waldka - Taty Własciwego jest woda. Jak tylko zaczyna się sezon, na Zalew Wiślany zwodowana zostaje Zjawa - leciwa, ale poczciwa łajba. Chociaż motorówka ma już swoje lata, tata nie zamieniłby jej na żadną inną. Od kwietnia do października, każdy weekend spędzałby na wodzie, a zdarza się (i to często), że i w tygodniu po pracy jedzie do mariny, aby chociaż godzinkę Zjawą popływać. Od lat sprawia mu to jednakową frajdę.



Mietek - Tata Nabyty umiłował inny żywioł - powietrze. Wprawdzie sam nie lata, ale perfekcyjnie spełnia się jako modelarz. I to nie taki modelarz, który skleja samolociki z gotowych kawałków. Każdy element robiony jest ręcznie a, że nie znam drugiej tak dokładnej osoby, cały proces budowy trochę trwa. Potem można samolotami oczy cieszyć, a niektórymi nawet polatać (no dobra polatać może tylko teść - nam nie wolno, ale to akurat zrozumiałe).




Jednemu i drugiemu Tacie, spokojnych wód i wysokich lotów w dniu ich święta!

letnie przesilenie

 

Moja zła passa trwa. Ominęło mnie kolejne sympatyczne wydarzenie. Tym razem przez moje zwykłe zapominalstwo. We wtorek już od rana cieszyłam się na wieczorne świętowanie Nocy Kupały, tylko po to, aby ostatecznie najgłupiej na świecie o niej zapomnieć. Zamiast więc w "Najbardziej Romantyczną Noc Poznania" wysyłać w niebo lampiony życzeń, robiłam o wiele mniej romantyczne pranie. Szkoda, bo podobno takie wznoszące się lampiony posiadają magiczną moc spełniania powierzonych im w sekrecie marzeń.

Pamiętam jak w zeszłym roku, wracając ze spotkania z Przyjaciółmi, przypadkowo trafiliśmy na tę imprezę. Nad Wartą było może wtedy ze trzydzieści osób, w górę poszło pewnie nie więcej niż sto lampionów. Nasz poszybował przy dźwiękach jednej z moich ukochanych arii "Au fond du temple saint" z "Poławiaczy Pereł" Bizeta - urocza chwila. Najpierw jednak musieliśmy się mocno nagimnastykować, aby lampion rozpalić:



W tym roku impreza wyglądała imponująco, ponad 8 tyś. życzeń poszybowało do nieba. Piekielnie żałuję, że mnie tam nie było.


Tagi: miejsca
00:35, mukla
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 czerwca 2011
morderczy tapicer

 

Skoro już jestem w temacie krzeseł to pokażę jeszcze te z jadalni.




W odległych czasach studenckich, kiedy rozpoczynaliśmy wspólne życie w wynajmowanym mieszkaniu, żyliśmy trochę jak ubodzy krewni - kanapa po rodzicach, stół po babci, regał po bracie, wszystko po kimś i szczerze mówiąc jakoś specjalnie nam to nie przeszkadzało. Ba, do części tych mebli tak się przyzwyczailiśmy, że postanowiliśmy nie zamieniać ich nowymi i przeprowadziliśmy ze sobą do nowego, własnego tym razem mieszkania.

Tak było z tymi krzesłami. Miłość do nich nie była łatwa. Wyciągnięte z piwnicznych czeluści, były już nieco zniszczone i nadgryzione zębem nie tyle czasu, co babcinego kota. Bujna wyobraźnia podpowiadała mi dla jak wielu roztoczy stanowią dom, co skutecznie powstrzymywało mnie od siadania, dopóki nie odprawiłam nad nim czarów ze ścierką, trzepaczką, odkurzaczem... Jednak im dłużej nam służyły, tym bardziej doceniałam ich urok i ten specyficzny retro design.




Długo występowały w pierwotnej, niebieskiej postaci, jednak przed tegoroczną Wielkanocą postanowiliśmy krzesła odnowić i obić  je na nowo. Marzyła mi się tapicerka we wzorek Orli Kiely, tkanina nie była jednak łatwo dostepna, a już na pewno nie w rozsądnej cenie. Ostatecznie stanęło więc na bawełnianym materiale z Ikea.



I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie tapicer. Nawet przez myśl nam nie przyszło, że ten sympatyczny staruszek robi na nasze krzesła niecne zakusy. Otóż pan tapicer najwyraźniej uważał, że aby mebel był ładny i wygodny, to trzeba zapewnić mu odpowiednio obfite wypełnienie (nawet jeśli nikt o takowe nie prosił). Bez konsultacji z nami, wpakował w krzesła tonę gąbki tapicerskiej bezpowrotnie pozbawiając oparcia (początkowo wypełnionego jedynie filcem) i siedziska początkowej delikatności i finezji.



 


Owszem, czepiam się - różnica jest ponoć nieznaczna. Ja jednak ją widzę i mimo, że denerwuje mnie trochę mniej niż na początku, nadal mam żal do tapicera, że dla własnego widzimisię zamordował niecnie subtelną formę naszych mebli. 

 

było



jest


Tagi: dom
23:05, mukla
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 czerwca 2011
nowe stare thonety

 

To jest post z cyklu Mukla prywatnie. Otóż prywatnie Mukla chciałaby pochwalić się swoimi krzesłami balkonowymi.


 


Krzesła te, popularne swego czasu thonety, są pozostałością po babci męża i początkowo miały trafić do naszych Przyjaciół, którzy to takie własnie krzesła wymarzyli sobie do jadalni. Oni chcą ale nie mają, my mamy ale nie chcemy - wiadoma sprawa. Niestety, jak tylko krzesła opuściły babciną piwnicę i trafiły pod nasz dach, wzbudziły w nas niepohamowaną do nich namiętność, tak wielką, że zdecydowaliśmy się jednak z nimi nie rozstawać. Mimo tego, że obietnicy nie dotrzymaliśmy, Przyjaciele (o dziwo!) nadal pozostali naszymi przyjaciółmi :) co świadczy o nich bardzo dobrze. My z kolei mamy poczucie, że jesteśmy bardzo złymi ludźmi i zgodnie z zasadą: "kto daje i zabiera ten się w piekle poniewiera", za nasz haniebny czyn będą nas trawić ognie piekielne.

Krzesła które pamietają wiele należało poddać renowacji. Przez dziesiątki lat swojego istnienia, były wielokrotnie malowane i miały na sobie niemiłosiernie grubą warstwę farby olejnej, trzeba je było więc porządnie oskrobać. Liftingu mebli, w pocie czoła i często złorzecząc dokonał małżonek.






Następnie, pomalowaliśmy ja farbą akrylową. Początkowo miały być pastelowe, ale Andrzej trochę kręcił nosem, więc ostatecznie stanęło na fuksji i granacie.




Siedziska, to już moja sprawka. Zainspirowana (tak się teraz ładnie nazywa odgapianie) pracami NeSpoon, postanowiłam wykorzystać jej patent z koronkowym szablonem. Odbyłam tur de lump, kupiłam pół kilo serwetek, farbę w spray'u i voila!


 



Ostateczny efekt jest moim zdaniem wart potencjalnych piekielnych katuszy, więc zanim to nastąpi radujemy się tymi nielicznymi chwilami wytchnienia, patrząc z balkonu na "kupę szkła" w oddali.

 
1 , 2