Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 19 czerwca 2012
dzień dziecka

Dzień Dziecka jakby nie patrzeć za nami, więc pisanie o nim po blisko trzech tygodniach jest mocno przedawnione. A jednak... Wpisu tego uparcie domaga się moje wewnętrzne dziecko, a że moje wewnętrzne dziecko uparte jest jak cholera, nie ma więc to tamto i trzeba mu ulec (zresztą ulegam nie po raz pierwszy: weźmy np. zakup roweru, którego zazdrości mi każda pięciolatka, czy buty z pomponami, a tego typu przykłady można by mnożyć... )

Jeśli więc chodzi o Dzień Dziecka, to kto tego dnia nie zajrzał do poznańskiej Concordii ten gapa, bo działo się tam z tej okazji, oj działo. Konkretnie dział się Festiwal Designu i Kreatywności Dla Dzieci, któremu towarzyszyła wystawa "Dziecinada - Polski design dla dzieci", na której wystawione zostały miłe dla oka przedmioty projektowane z myślą o maluchach. Zabawki, mebelki i rzeczy przeznaczone do codziennego użytku, wszystkie niezwykle estetyczne, pomysłowe i jakże odmienne od proponowanej w pierwszym lepszym zabawkarskim plastikowej chińszczyzny - przedmioty, które w zamyśle twórców "mają pobudzać i rozwijać dziecięcą kreatywność, zachęcać do twórczych poszukiwań i prezentować różne dziedziny sztuki w sposób atrakcyjny i niekonwencjonalny"


 

Co tu dużo gadać - utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że polski design dla najmłodszych ma się dobrze i pozostaje mi mieć nadzieję, że z sal wystawowych szybko trafi do dziecięcych pokoików, a upiorne lalki Monster High (według mojej chrześniaczki Julki - absolutne zerówkowe must have) zostaną na półkach zastąpione np. przez

 urocze "Szmacianki" Doroty Kuran:



 

Dość popularne ostatnio "Ale Lale" Anny Żelazowskiej:


 

Zwierzątka na biegunach, "Akuku" Dominiki Laskowskiej:


 

"Kalimba" - przytulna alternatywa dla Babie (też wysoka, też blondyna :-) Natki Luniak:


 

 

"Papierowe miasto" Roberta Czajki. Kartonowe domki, z racji swoich ogólnourbanistycznych zamiłowań pokazywał jakiś czas temu u siebie Andrzej.



I przecudnej urody Laloushki, o których zresztą już kiedyś wspominałam



Tak na marginesie: gdyby ktoś nie miał kiedyś pomysłu na prezent dla mnie (powiedzmy, na moją zbliżającą się trzydziestkę) to może mi taką jedną spersonalizowaną sprawić, nie obrażę się :-).

A na koniec modernistyczny domek dla nowoczesnych lalek o wyrafinowanym guście - "Miniio" z "pracowni architektonicznej"  Małgorzaty Drozdowskiej, Agnieszki Klimczak-Pyryt i Bogdana Saganowskiego:


 

 

 

Taki domek to słodki obiekt mojego pożądania, niespełnione marzenie z dzieciństwa. Moje wewnętrzne dziecko nadal wzdycha na widok miniaturowych wnętrz. Muszę się chyba w tej sprawie uśmiechnąć do teścia - modelarza :-) Tato, chociaż jeden mebelek, co?

poniedziałek, 04 czerwca 2012
posplatane, poplątane...

Z pracownią tkaniny poznańskiej ASP łączy mnie pewna emocjonalna więź. Więź ta co prawda łączy mnie głównie z osobą jednej Tkaczki, jednak siłą rzeczy przelewa się na wszystkie powstające w pracowni (nie tylko te Agnieszkowe) twory. Co prawda rzadko tam teraz bywam (czy komuś też ciągle brakuje czasu?), ale ostatnio akurat mi się udało. Okazją ku temu była tradycyjna wystawa rocznych dokonań studentów. Mojej osobistej Tkaczki wprawdzie prace zaliczeniowe już nie dotyczą, ale jakoś ciężko jej się z uczelnianą pracownią rozstać. W tym roku (ot tak, dla przyjemności) uplotła sobie taki o właśnie dywanik:


 

 

Oczywiście, żeby sobie "ułatwić" znowu tkała z drutu, jednak tym razem między osnowę wplotła całą "Grę w klasy" Cortazara.


 

 

Kiedyś już wspominałam, że jak już Agnieszka Zaprzalska tka, to tka wielkoformatowo i szczerze mówiąc straciłam całą nadzieję, że zrobi kiedyś coś, co zmieści mi się do mieszkania. W każdym razie od jej "dywanu" (jak pieszczotliwie mówi o swoich pracach) większy był tylko Słoń udrutowany przez Gosię Witaszak.


 

Słoń był naturalnej wielkości i ledwo mieścił się w sali (o obiektywie nie mówiąc - i choć nie cały, to wbrew pozorom jest jednak na powyższym zdjęciu). Już w fazie pracy budził wiele kontrowersji, bo zatarasował całą pracownię i żeby wyjść z pomieszczenia trzeba było wpierw wejść Słoniowi do brzucha, ale ja tam Słonia lubię, mnie tam się Słoń podoba! 

Lubię też "latające talerze" Karoliny Sikory. Szkoda, że na zdjęciu nie widać jak pięknie głęboki zielony kolor ma mulina którą omotane są obręcze.


 

 

A w konkurencyjnej pracowni tkaniny (ha! bo są dwie!) upatrzyłam sobie szydełkowe "ukwiały" Agnieszki Rzędzian


 

 

i druciane pejzaże Marii Ostafijczuk (na pierwszy rzut oka przypadkowa plątanina drucików)


 

 

A na koniec moje creme de la creme - płócienne makatki Anny Marii Brandys:


 

 

 

Nie umiem wyjaśnić czemu, ale piekielnie mi się podobają. Mam nadzieję, że każda z osobna wygląda równie dobrze jak w grupie, bo akurat tę z bulimicznym miśkiem zamierzam w niedługim czasie przygarnąć. Już nie mogę się doczekać, póki co trwają negocjacje autorką :-).