Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 18 czerwca 2013
najładniejszy mural w mieście

Doskonale pamiętam ten dzień kiedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę staro. 

To było dwa lata temu podczas pierwszej edycji festiwalu murali Outer Spaces. Festiwal ten to takie miłe wydarzenie, które wnosi wiele koloru w przestrzeń miejską i w efektowny sposób zagospodarowuje ślepe ściany poznańskich kamienic. Tamtego czasu, podekscytowani festiwalem, jego formą i tym, że w ogóle się odbył, odbyliśmy sobie spacer szlakiem świeżo wymalowanych murali, a potem popędziliśmy na after party do Mięsnej. Mięsna - miła nam swego czasu knajpa. Kiedyś mieszkaliśmy w pobliżu i bywaliśmy w niej często. Jeszcze w tej pierwszej lokalizacji, tej na Ratajczaka, do której wchodziło się po schodach przeciwpożarowych i w której było przeokropnie zimno. Już to, że pamiętamy jej początki powinno nam dać wtedy do myślenia... No ale nic, poszliśmy. Siedzimy sobie, sączymy piwo, wsłuchujemy się w dźwięki trąbki, dookoła nas podrygują różni mniej lub bardziej kolorowi ludzie, aż tu nagle jeden z nich zwraca się do nas z uprzejmym zapytaniem: "przepraszam bardzo, czy mają PAŃSTWO ogień?" PAŃSTWO?!?! Że niby kto? Że niby my?! Ja gładka jeszcze na twarzy, w ulubionej stylizacji "na szuszwola", Andrzej co prawda z trzydziestką na karku, no ale w trampkach! Na boga! Młodzi jeszcze, piękni w miarę, dzieciom cudzym każą sobie na "ty" mówić, a on tu z jakimś "państwem" wyjeżdża. No normalnie jakby mi ktoś dał w tę moją niepomarszczoną jeszcze (wtedy) gębę. Rozumiem w banku, w sklepie, u agenta ubezpieczeniowego, ale w klubie? Nic to myślę, może chłopak po prostu dobrze wychowany, a może teraz taka maniera wśród hipsterów, nie wiem... Niestety, jeszcze tego samego wieczoru uświadomiłam sobie, że coś jednak jest na rzeczy - kiedy zmęczeni po intensywnym dniu postanowiliśmy wreszcie o 2 (!) w nocy udać się do domu, byliśmy jedynymi osobami opuszczającymi klub, podczas gdy na zewnątrz tłoczyła się kolejka do wejścia. Wtedy to po raz pierwszy zrozumiałam, że chyba się starzeję... Na after party po drugiej i trzeciej edycji festiwalu już nie poszliśmy.

A swoją drogą to trzecia edycja odbyła się całkiem niedawno i zaowocowała chyba najbardziej urokliwym muralem w mieście:


Mural autorstwa Mariny Zumi przy ulicy Poznańskiej. 


Pozostałymi, niestety, jestem mocno rozczarowana. Jest ich mało i na tle tych z ubiegłych lat wypadają raczej słabo.


Mural autorstwa 108 przy ul. Poznańskiej.


Mural autorstwa 2501 przy ul. Kościelnej.




I jeszcze dość ciekawy plant art Natalii Wiśniewskiej na jednej z kamienic przy ul. Wawrzyniaka.

niedziela, 16 czerwca 2013
tata Findusa

Już dawno powinnam się gdzieś głęboko schować ze wstydu i bić w piersi, że jak do tej pory nie pokazałam na blogu ilustracji Svena Nordqvista. Raz po raz gdzieś go tam może i wspomniałam, ale osobnego posta się nie doczekał... Wstyd i hańba po wielokroć, tym bardziej, że to właśnie dzięki Nordqvistowi Mukla Muklą się stała. Ano, on to właśnie, nie kto inny, powołał do życia pewne zadziorne stworzonka i nazwał je tak ładnie, że w wyniku niejasnej retorycznej przyjemności, jaką odczuwałam z każdym wypowiedzeniem słowa "mukla", postanowiłam je sobie bezczelnie przywłaszczyć. 

Dla niewtajemniczonych donoszę, że mukla to takie małe wszędobylskie coś, co gnieździ się w domku Pettsona. A któż to ten Pettson? A Pettson, mili moi to pewien szwedzki staruszek, który żyje sobie w uroczym domku (czerwonym z białymi okienkami, w końcu Szwecja, a jakże!) razem ze swoim kotem Findusem. Osobliwe z nich duo, nie powiem. Raz, że Findus nie jest takim zwyczajnym kotem - gada i nosi zielone spodenki, a dwa, że w ich z pozoru bardzo realnym świecie możliwe jest wszystko. Są mukle, które łowią ryby w garnku z zupą i kury popijające herbatkę z eleganckich filiżanek, są meble sklecone z przeróżnych przeróżności i wybujałe nad wyraz warzywa (swoją drogą, czym Pettson je nawozi?). Trzeba się tylko bardzo uważnie przyjrzeć, a można zauważyć dużo, dużo więcej niż by się z początku zdawało. I właśnie za tą nieprzewidywalność i drobiazgowość, która wprost bucha z każdego obrazka, uwielbiam ilustracje Svena Nordqvista.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książek o Pettsonie i Findusie wydano u nas już dziesięć. Dziesięć to niby dużo, jednak patrząc na powodzenie, jakim cieszą się nieustannie od lat, to i kolejnych dziesięć nie będzie za dużo. Ostatnio polski fan gderliwego staruszka i ciekawskiego kota może być kontent, bo ukazał się najnowszy tom ich przygód pt. "Findus się wyprowadza". W Szwecji, rodzinnym kraju autora, panuje prawdziwa pettsonomania. Na własne oczy widziałam tam piórniki, ołówki, figurki, koszulki, a nawet składaną zagrodę Pettsona - marzenie, tylko drogie, bo liczone w koronach. Zadowoliłam się więc tylko findusowym magnesem.

A pisze o tym wszystkim, bo jest (a właściwie była) ku temu wyjątkowa okazja - otóż w zeszły weekend Sven Nordqvist odwiedził Polskę. Nie dość, że odwiedził nasz kraj, to w dodatku zawitał do Poznania. Ha! nie dość, że był w Poznaniu, to w dodatku zajrzał do naszej księgarni i... narysował nam Findusa! O!


 

Na spotkanie zabrałam swoją muklę osobistą, raz niech się stworzenie przewietrzy, bo tylko ciągle w tej szafie siedzi, a dwa wypadało, aby poznała swojego jakby nie patrzeć "tatę". Nie przewidziałam tylko jednego, że muklę (nawet taką dobrze wychowaną jak moja) ciężko okiełznać... Wiadomo, bestia z niej ciekawska i wszędobylska - nie dość, że przeszkadzała robić zdjęcia i wskakiwała nieproszona przed obiektyw, to jeszcze wdrapała się na stół i towarzyszyła tacie Svenowi podczas podpisywania książek ;-)




wtorek, 11 czerwca 2013
rozetki i girlandy

Czy Mukla wspominała już, że miała urodziny? Tylko siedemnaście razy? No doprawdy!

Ale do rzeczy. Zakończmy już tę urodzinową blogową fiestę, no ile można?! Mukla pokaże jeszcze tylko te bibułkowe dekoracje o których tyle trąbiła w poprzednim poście i raz na zawsze (no, na rok przynajmniej) zakończy ten temat. Bo co jak co, ale ze swoich rozetek i chorągiewek to Mukla jest akurat dość zadowolona (a Mukla ze swojej twórczości zadowolona bywa rzadko). Spędziła nad nimi kilka wieczorów pod rząd, patrzeć już na tę bibułę nie mogła, naprodukowała tego śmiecia dwa kartony, no ale ostatecznie uważa, że było warto. 


 

Nie po to się jednak Mukla narobiła, aby powisiały kilka godzin na jednej imprezie, a potem siup do śmietnika. Z Mukli oszczędna dziewczyna - przez dekadę życia w Poznaniu zdążyła już nabawić się tej typowo poznańskiej cechy. Zatem po przyjęciu w knajpie delikatnie zwinęła całą scenerię (to nic, że już trochę przywiędłą...) i przyozdobiła sobie chałupę na przyjazd tych najważniejszych gości - rodziców. 








Mukla w kwestii produkcji rozetek nauczać nie będzie, sama uczyła się od mistrzów i  to do nich odsyła po instruktaż, gdyby ktoś chciał sobie takowe zrobić.



Oczywiście tort być musiał. Mukla gdzieś, kiedyś zobaczyła cudny tort z tęczą i zapragnęła takowy poczynić. No to poczyniła, a przynajmniej próbowała... Gdyby ktoś miał wątpliwości, to te dwa kleksy z bitej śmietany miały w zamyśle udawać chmurki, a żelka robi za tęczę, choć ma tylko pięć kolorów.


 

 

W środku tort był, a jakże, różowy!

 

 

 

poniedziałek, 10 czerwca 2013
b-day

 

Wczoraj ostatecznie zakończyła się trzytygodniowa celebracja trzydziestych urodzin Mukli. Trzy weekendy pod rząd - szaleństwo. Wpierw była wielka feta dla przyjaciół i znajomych, potem nieśpieszne świętowanie w domowym gronie, a wczoraj przyjechali rodzice. Mukla uwielbia swoje urodziny i osobiście uważa, że powinny być one świętem narodowym wolnym od pracy. Podejście Mukli do tego dnia najlepiej obrazuje fragment serialu "Jak poznałem waszą matkę" traktujący o urodzinach Lilly - wstyd się przyznać, ale Mukla swego czasu miała wrażenie, że ogląda film o sobie.

 

Tak...koronę Mukla też dostała...


No dobra, nie co roku Mukla świętuje w odcinkach, ale tym razem, z racji tak pięknie okrągłego wieku (bardziej "okrągła" to już chyba tylko 80-tka) postanowiła poszaleć. Poszalała głównie z ilością zakupionej bibuły z przeznaczeniem na dekoracje (surowca zostało jej jeszcze na co najmniej dwa lata). Bite dwa tygodnie zajęło jej potem wieczorne składanie rozetek, wycinanie kółeczek, klejenie chorągiewek i montowanie lampionów*. Zaplanowanej pinaty w kształcie wielkiej trzydziestki już zrobić nie zdążyła. Mąż w tym czasie chodził głodny.

Na miejsce fety wybrała lokalny Garden Pub - raz, że bezpretensjonalnie, dwa, że blisko. No i ten ogródek na tyłach knajpy! Uroczy, taki z drzewami, stawikiem i wijącym się po murze bluszczem. Co do tego ogródka to miała Mukla wielkie plany - garden party jej się zamarzyło i naiwnie pomyślała, ze skoro rodziła się w czerwcu to słoneczko przygrzeje i cieplutko będzie... Jednak jak zwykle w takich wypadkach złośliwa aura miała na ten dzień zupełnie inne plany :-(

Wiadomo jednak, że o powodzeniu przyjęcia nie decyduje pogoda (choć Mukla nie może jej wybaczyć tej niesubordynacji) a ludzie. A na tych Mukla zawsze może liczyć, nawet na tych z daleka. Goście przybyli tłumnie co Muklę cieszyło, bo znaczy chyba, że lubią ;-)

Mukla nauczona doświadczeniem, że na takich przyjęciach robi się wiele, ale nie są to zazwyczaj zdjęcia poprosiła w tej kwestii o pomoc niezastąpioną Monię Szeremieta. Poniżej kilka zdjęć jej autorstwa. Co prawda, tak pieczołowicie produkowane przez Muklę rozetki i girlandy nie załapały się w obiektyw, ale bez obaw - przyjdzie na nie czas...



Lampki to u Mukli podstawa. Te w kształcie kwiatków zakupiła niegdyś w Ikea i lubi je tak bardzo, że stały się "całoroczne".


serduszkowe koreczki

 

Mukla bezczelnie uważa się za mistrzynie babeczek. Poszły wszystkie!



Z lampionów Mukla jest wybitnie dumna. Zrobiła ich chyba ze czterdzieści i porozwieszała na drzewach - szkoda tylko, że pogoda zepsuła ogrodowe plany...


Przedsmak rozetek - kto wie, może jutro będzie więcej...


Mukla dostała szklaną kulę. Chciała na dniach rozpocząć praktykę wróżbiarską, ale kula zepsuła się po godzinie :-(



Tort. Tort kosztował Muklę cholernie dużo nerwów, nie tylko w samej fazie przygotowania, ale i potem. Bezmyślnie zostawiła go na zapleczu i nie załapał się na żadne atrakcyjne zdjęcie (jak widać jedno ze śmieciami w tle, drugie "szumi" ile wlezie) nad czym boleje przeogromnie, bo przecież taki fotogeniczny!


I żeby nie było, że Mukla kłamała w kwestii korony. Tę własnoręcznie wykleiła najdroższa przyjaciółka. 


*Pan właściciel był co prawda przygotowany, że Mukla coś tam pod sufitem wieszać będzie, ale na widok całego przytarganego stafu wpadł chyba w lekki popłoch :-) 

Mukla da się lubić

 

Mukla postanowiła iść z duchem czasu i uwiła sobie gniazdko na facebooku*. Tak, tak... ta sama Mukla, która zawsze mówiła, że facebook jest jej do niczego niepotrzebny. No cóż, tylko krowa nie zmienia poglądów. Na razie Mukla nieśmiało próbuje rozszyfrować co i jak, powiedzmy, że weszła w fazę eksperymentalną. Zobaczymy, może nie taki diabeł straszny. Skoro ostatnio nawet Andrzej się sfejsbuczył to i przecież Mukla może! 

Zatem, be my guest!

https://www.facebook.com/pages/Mukla/198184610335644

 

*I już nie będzie mogła w rozmowie nonszalancko rzucić: "na facebooku? A nie, nie widziałam, jestem poza..."

 
1 , 2