Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 29 lipca 2011
mech, że eh...

 

Podobno (choć moim zdaniem do czyste pomówienia) mam małego hopla na punkcie ochrony środowiska. Owszem, namiętnie segreguję odpady, z uporem maniaka nie biorę w sklepach reklamówek, a kartki raz zadrukowane wykorzystuje ponownie, ale z sozologią w prawdziwym tego słowa znaczeniu ma to raczej współnego niewiele. 

Brytyjska artystka Anna Garforth to co innego - jej działalność aż kipi od ekologicznego zaangażowania. Anna do swoich prac wykorzystuje jedynie materiały naturalne i surowce wtórne, w efekcie czego powstają nietypowe, recyklingowe projekty. Jej "śmieciowe" typograficzne instalacje mają na celu podniesienie świadomości ekologicznej społeczeństwa.





Najpopularniejsze są jej niezwykłe projekty mechatych graffiti - proekologiczne sentencje i hasła wykonane z mchu pojawiają się na murach i ścianach budynków w Wielkiej Brytanii. Do ich mocowania artystka używa materiałów biodegradowalnych.






Anna to jedna z tych osób, które rozbudzają we mnie ogromne pokłady zazdrości. No szlag mnie trafia, bo czemu sama nie potrafię być taka kreatywna?! Pozostaje mi tylko pomysły odgapiać. W planach mam coś podobnego z taśmy przeplecionej przez siatkę. To będzie prezent, dla takich jednych na ich nowym płocie :) Tylko ciiii, bo jeszcze nie wiedzą...




Tagi: sztuka
01:06, mukla
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2011
anatomia talerza

 

Jakiś czas temu natrafiłam na ceramiczne rzeźby/instalacje Beccy Ridsdel



 



Ridsdel tworzy swoje instalacje z materiałów wszelakich, w tej o nazwie Art/Craft wykorzystała tradycyjną porcelanę. Jej obdarte ze skóry talerze inspirowane są zabiegami chirurgicznymi, a pozostawione przy nich instrumenty mają spotęgować efekt operacji. Trochę upiorne, prawda? Jednak Ridsdel, podobnie jak wspominana już kiedyś przeze mnie Jen Stark, zagląda pod powierzchnię, aby wydobyć na swiatło dzienne ukryte piękno. Bo według Beccy nawet zwykły kubeczek kryje barwną tajemnice. 





W sumie trochę to dziwne... tyle, że ja lubię dziwne rzeczy .

sobota, 23 lipca 2011
pensjonarka

 

Pensjonarka, bieliźniarka, szafonierka... zwał jak zwał... kolejny mebel pogłębia nam synkretyzm gatunkowy wystroju naszego mieszkania. Szafka, która niegdyś należała do bliżej nam nieznanej ciotki Pelasi, butwiała przez lata w babcinej piwnicy. I z czasem zostałaby pewnie zjedzona przez korniki, gdyby nie potomek rodu Andrzej i jego małżonka, którzy odznaczają się wyjątkowym zamiłowaniem do wszelakich rupieci (i co gorsza, znoszą je do domu!).


 


Pomysłów na przywrócenie szafce życia było wiele; oskrobać i zostawić surowe drewno (mój); pomalować na jakiś jaskrawy kolor (mój); i ten który ostatecznie został wprowadzony w życie - odnowić w zgodzie z jej pierwotnym wyglądem (nie mój). Renowacji mebla z całą właściwą sobie pieczołowitością podjął się Tata Mietek.

No i mamy :)


 


(jak znajdę, to dodam zdjęcia sprzed renowacji - szafka była w opłakanym stanie)

Początkowo bieliźniarka miała stać się ozdobą sypialni, ale byłoby trochę za ciasno. Na razie stanęła więc w kąciku jadalnianym, ale nie jestem pewna czy to jej docelowe miejsce (choć podoba mi się jak współgra z przytytymi krzesłami).



Na potwierdzenie faktu, że szafonierka jest w rodzinie od pokoleń prezentuję zdjęcie cioteczki w melancholijnym zamyśleniu z szafką w tle. Na fotografii widać, że mebel posiadał dodatkowo nadstawkę, która się nie zachowała. 


Tagi: dom
19:06, mukla
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2011
Amsterdam za orzeszka

 

Moją miłość do "Słoniątka" deklarowałam już raz i drugi, tak więc najwyższa pora aby poświęcić mu nieco więcej miejsca.



Czemu? Bo to cudna książka o poszukiwaniu swojego miejsca. Słoniątko było "zdecydowanie za małe, tyćkę za białe i w ogóle jakieś inne". Ale było też rezolutne, więc podróżowało po świecie za makadamiowe orzeszki grzecznie przy tym prosząc o bilecik :) A że sama należę do grona tych (ponoć irytujących) ludzi, którzy mają skłonność do zdrabniania wyrazów, toteż słoniątkowe frazy (a właściwie frazy Adama Jaromira) od razu skradły moje serce.

A jeśli dodać cudne ilustracje...





 



Ich autorka - Gabriela Cichowska jest studentką Wydziału Grafiki Krakowskiego ASP. Książka Jaromira to jej debiut ilustracyjny i to od razu nagrodzony w kategorii Opera Prima na tegorocznych bolońskich Targach Książki. Może tego nie widać, ale wszystkie obrazki do "Słoniątka" to kolaże. W książce prezentują się wzorowo, ale na żywo - to dopiero odlot! Eh... mieć taki na ścianie!

Po przeczytaniu tego wywiadu stwierdziłam, że prywatnie pewnie polubiłabym Cichowską, choćby dlatego, że też lubię ładnie pakować prezenty :)  Lubię również misie, a misie to chyba ulubiony motyw artystki, takie "o miękkim futerku i ostrym pazurze, grube, niezdarne, melancholijne" - jak sama o nich mówi. O takie np:





poniedziałek, 11 lipca 2011
chłopiec z drewna

Za jakiś czas w wydawnictwie Media Rodzina ruszą pełną parą prace nad książką "Pinokio" z ilustracjami włoskiego rysownika Roberto Innocentiego. W celu wcześniejszego oswojenia się z czekającą go pracą, małżonek mój przyniósł dziś do domu płytę z kompletem wspomnianych ilustracji.

A co tam, pokażę kilka:







Innocenti znany jest ze swojego przywiązania do niezwykle realistycznych interpretacji klasycznych baśni i opowieści, zaskakuje różnorodnością perspektyw i mnogością scenek rodzajowych przedstawionych wręcz fotograficznie (te kamienne ściany!).  Aż nie chce się wierzyć, że ilustrator jest samoukiem. Nie miał czasu na szkoły plastyczne, gdyż w związku z sytuacją ekonomiczną rodziny pracować zaczął jako trzynastolatek. Na szczęście z czasem znalazł zajęcie w wytwórni filmów animowanych w której mógł rozwijać swoje plastyczne talenty. Pomimo trudnych początków, Robero Innocenti jest dziś uznanym na świecie ilustratorem, zdobywcą tylu nagród, że nie sposób je tutaj wszystkie wymienić.






Muszę przyznać, że dał mi Andrzej tą płytą zajęcie na długi czas. Nie jestem wprawdzie specjalną miłośniczką mimetycznych ilustracji, ale te mnie zaintrygowały. Jakieś takie wzruszające są, Pinokio na nich taki... biedny. Książkę czytałam w głębokiej podstawówce i od tamtego czasu pajacyk tenże jawi mi się jako postać niezwykle egoistyczna i nader irytująca. No nie polubiłam skubańca i już. Aż tu nagle interpretacja tej historii przez Innocentiego każe mi się zastanawiać nad tragizmem bohatera - no chyba odświeżę sobie lekturę.

To wprawdzie już nie "Pinokio" a "Dziadek do orzechów", ale rozczulił mnie ten obrazek do kwadratu (co ja mogę, że taka tkliwa jestem):


 
1 , 2