Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
sobota, 28 lipca 2012
zwierzaki druciaki

Raz po raz zdarzają mi się klienci, którzy narzekają na walory estetyczne kartek okolicznościowych: że brzydkie, kiczowate i w ogóle jakieś „nie takie”. I choć wybór mamy, trzeba przyznać, całkiem pokaźny, to niestety muszę się z nimi zgodzić... Oferta kartkowa jaką posiadamy do specjalnie wysublimowanych nie należy – na rynku dostępne są głównie „urocze” kwiatowe laurki, jak na złość większość z gotowymi życzeniami, czego akurat osobiście nie znoszę. Słowem: mnie też się one nie podobają. Podejrzewam jednak, że gdybym spróbowała sprowadzić do księgarni takie kartki jakie ja uważam za ładne, to też nie znalazłyby większego poklasku. Cóż... piękno jest podobno subiektywne - a moje piękno, jak już kiedyś wspominałam, jest lekko „krzywe”. Bo mnie podobają się np. takie kartki minimalistyczne, udrutowane przez Fold - małą firmę projektową z Phoenix.


 

 

 

Za tymi ręcznie robionymi kartkami stoi Miro Chun.  Miro, która na co dzień pracuje jako architekt, postanowiła wyżyć się artystycznie tworząc mini rzeźby na pocztówkach. Nic dziwnego, wychowywała się przecież w multiartystycznej rodzinie - jej matka jest malarką, siostra  grafikiem, a ojciec był fotografem, nawet jej rodzice chrzestni są na co dzień związani ze sztuką. Nie było więc wyjścia, artystyczna droga była jej pisana od małego. Jak się okazało pomysł na rękodzielnicze projekty był strzałem w dziesiątkę, dlatego teraz Miro dzieli swój czas między projekty duże (np. domy) i projekty małe (np. kartki). A w wolnym czasie hoduje kurczaki, naprawdę! - zresztą zobaczcie sami na jej blogu

 

 

 

Swoje małe dziełka sztuki artystka tworzy głównie z drutu, nitek i różnych papierowych skrawków. Ponoć wszystkie materiały pochodzą z recyklingu, ale jakoś nie mam co do tego stuprocentowej pewności - coś mi to wszystko zbyt "nowo" wygląda.


 

 

 

Poniższy obrazek dedykuję mojemu mężowi, który ma fioła na punkcie robotów.


wtorek, 24 lipca 2012
„pipi” to w małpim języku różowy

Nie lubię "Pinokia". Jest to niechęć jawna i stosunkowo często deklarowana. Pinokio to najbardziej irytujący bohater moich dziecięcych lektur (bardziej drażniła mnie chyba tylko Izabella Łęcka, ale to na zupełnie innym etapie mojej czytelniczej edukacji). Denerwowało mnie w nim wszystko, jego naiwność, jego głupota, on sam - no durny pajac! Co prawda niedawno, podekscytowana nowym, pięknym wydaniem z malarskimi ilustracjiami Roberto Innocentiego dałam mu po latach kolejną szansę, ale cóż...wielkiego bum nie było i utwierdziłam się tylko w swoich wcześniejszych sądach. 

Automatycznie niechęć ta przenosi się również na autora, dlatego raczej nie zainteresowałabym się wydanym ostatnio przez WAB "Małpiszonkiem Pipi", tym bardziej, że umieszczone na obwolucie zdanie uświadamiające czytelnika, że dana książka jest książką autora "Pinokia" nie jest dla mnie żadną zachętą, a wręcz przeciwnie. Mam jednak słabość do połączenia zieleni z fioletem, nie mogłam więc przejść obojętnie obok tak ładnej okładki. 



Powinnam się teraz rozpisać jak to nagle, pod wpływem lektury opowieści o rozbrykanej małpce zmieniło się moje nastawienie do twórczości Carla Collodiego, ale nie będę - bo cóż...nie zmieniło się. Jednak muszę przyznać, że książka ta dostarczyła mi dużo estetycznej przyjemności. 


 

 

 

Kolory, kolory, ach te kolory! Piękne i soczyste, intensywne, ale bez przesady - zakochałam się w nich od razu. Zwłaszcza ten fioletowo-zielony duet, no doprawdy nie wiem co jest w nim takiego pociągającego tym bardziej, że nie szaleję za tymi barwami osobno... A i niebieski tak jakby ładniejszy niż w rzeczywistości...

Za te miłe dla mojego oka barwy muszę podziękować  Marcie Szudydze. Nie znam wprawdzie wielu książek z obrazkami tej ilustratorki - mówiąc szczerze, na chwilę obecną kojarzę raptem dwie: "Małpiszonka Pipi" właśnie i "O psie, który szukał"  z wydawnictwa Ładne Halo, mam jednak nadzieję, że w niedługim czasie pojawi się ich na rynku znacznie więcej, bo mnie już te dwie pozycje wystarczyły, aby polubić prace Marty Szudygi. 





Marta oprócz ilustracji zajmuje się również grafiką i projektowaniem użytkowym (grafika jej projektu ozdabiała nawet jeden z modeli popularnych Conversów). Jednak jak sama mówi, to praca w technikach tradycyjnych daje jej najwięcej satysfakcji - dzięki nim może najlepiej wyrazić swoją wrażliwość i indywidualność.  

poniedziałek, 09 lipca 2012
lody dla ochłody

W taki upalny dzień jaki był dzisiaj lody to istne błogosławieństwo. Te najlepsze są w Krakowie na Starowiślnej. Nie kłamię, każdy Krakus to potwierdzi. W sezonie ustawiają się po nie „kilometrowe” kolejki - co niektórzy z termosami, bo jedna gałka to zdecydownie za mało. Dziś mogę sobie o nich jedynie pomarzyć, ehhh...

 


Widoczne powyżej apetyczne rożki to prawdziwe dzieła sztuki. I nie mam tu bynajmniej na myśli sztuki kulinarnej. Choć wyglądają niezwykle smakowicie, nie radzę ich jednak próbować, bo te mrożone desery nie są dziełem żadnego cukiernika - to (uwaga!) ceramiczne rzeźby brytyjskiej plastyczki Anny Barlow.

Zafascynowana żywnością i celebrowaniem aktu jedzenia (cóż... fascynacje bywają różne) Anna postanowiła uczynić lody głównym tematem swoich działań artystycznych. Jak twierdzi, to właśnie one bywają często niezapomnianą, choć chwilową ucztą dla naszego podniebienia, dzięki czemu patrząc na jej apetyczne rzeźby jesteśmy w stanie przywołać w sobie wspomnienia naszych lodowych doznań i smaków. Brzmi niewiarygodnie? Jak widać po pierwszym akapicie – na mnie podziałało :-)

 

 

 

 

Połączenie gliny, porcelany i glazury, idealnie udaje kremy, sosy i wafelki. Naprawdę ciężko uwierzyć, że jest to tylko ceramika i przemóc w sobie tę nieodpartą pokusę polizania.

 

wtorek, 03 lipca 2012
ładne książki

O mały włos a ominęłaby mnie zorganizowana przez poznańskie Muzeum Archidiecezjalne wystawa ilustracji "Ładne książki". No dosłownie o mały włos, bo miniona sobota była ostatnim dniem ekspozycji. Ostatnie tygodnie to był dla mnie dość intensywny czas (odbiło się to również na moim życiu blogowym) - ciągle coś, ciągle gdzieś i na Ostrów Tumski, gdzie mieści się muzeum, było mi zwyczajnie nie po drodze. Zresztą nie oszukujmy się, kto może sobie pozwolić na zwiedzanie muzeum czynne w godzinach między 10 a 17? Chyba tylko wycieczki szkolne, bo jakby nie patrzeć większość osób jest wtedy w pracy. W każdym razie ja akurat jestem. Mogłabym wprawdzie wybrać się w poniedziałek, bo poniedziałek to taki dzień w którym z reguły nie pracuję (taka rozpusta, a co!), jednak w poniedziałki z reguły nie pracują również muzea i ja tę regułę akurat rozumiem, bo odkąd pamiętam zawsze tak było, że mają wtedy wolne w zamian za pracującą niedzielę. Tyle tylko, że poznańskie Muzeum Archidiecezjalne w niedziele również nie pracuje... Bo jak już wybrałam się tam w niedzielę (taką co to nie musiałam nigdzie nic) to tylko po to aby pocałować muzealną klamkę. No szlag by to!

Pojechałyśmy więc ze Stachą w piątek. O my naiwne, nie przewidziałyśmy tylko, że w piątek muzeum również nie będzie czynne, wyjątkowo, z powodu święta (jakiego święta się pytam??)*. Trochę musiałam ugryźć się w język i zamiast złorzeczeń w stronę pracowników muzeum powędrowały prośby i jęki błagalne, które o dziwo zostały wysłuchane i pomimo święta (raz jeszcze pytam jakiego, że dla co niektórych jest to dzień wolny od pracy?) zostałyśmy pokątnie wpuszczone. 


 

 

Sama wystawa była przyjemna, jednak nie zaskoczyła mnie jakoś specjalnie. Zaprezentowane zostały na niej obiekty z kolekcji książek Galerii Plakatu i Designu Muzeum Narodowego w Poznaniu, zarówno same książki jak i pojedyncze ilustracje: głównie wydruki, ale też i oryginalne prace (jednak tych akurat niewiele). Większość już znałam i choć były to pozycje, które mniej lub bardziej lubię (a wiele z nich już tutaj pokazywałam) czułam się troszkę rozczarowana, bo liczyłam na jakieś nowe ilustracyjne smaczki.


 

 

Nie sposób wymienić nazwiska wszystkich prezentowanych twórców, ale można było obejrzeć prace zarówno tych już uznanych (Józef Wilkoń, Maria Ekier, Paweł Pawlak, Piotr Fąfrowicz) jak i tych, którzy w ilustracyjnym świecie dopiero to uznanie zdobywają (Ola Cieślak, Agata Dudek, Katarzyna Bogucka, Marianna Oklejak).

I tak na przykład:

"Lenka" Katalin Szegedin

 

"Babo chce" Evy Susso z ilustracjami Benjamina Chauda

 

 

"Marchewka z groszkiem" Aleksandry Woldańskiej - Płocińskiej

 

ilustracje Piotra Fąfrowicza

 

i Katarzyny Boguckiej

 

a także "Europa pingwina Popo" Jana Bajtlika


i praca Elżbiety Wasiuczyńskiej z Muklą w tle :)

 

Oczywiście na wystawie pt. "Ładne książki" nie mogło zabraknąć tej moim zdaniem najładniejszej: "Słoniątka" Adama Jaromira z ilustracjami Gabrieli Cichowskiej. Bez niej ekspozycja byłaby niepełna.


 

 * Stacha (moja osobista królowa cynizmu i mistrzyni ciętej riposty) stwierdziła, że każda okazja jest dobra, żeby zjeść pączka.