Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
środa, 17 lipca 2013
urodzinowa pinata

Mukla absolutnie nie ma w sobie nic z psa ogrodnika; nie jest z tych co to jak sami nie mają innym tez pożałują. Wręcz przeciwnie. Nie zrobiła (choć chciała) urodzinowej pinaty sobie, to zrobiła ją dla Agnieszki. A co, niech dziewczyna ma, w końcu okazja zacna!



Cyfrową pinatę Mukla poczyniła według wskazówek Jordan z Oh Happy Day! (o stąd) - wydawała się łatwa i szybka w wykonaniu toteż Mukla w całej swojej naiwności pomyślała, że da się ją zrobić w jeden wieczór. Otóż nie, nie da się. Może i łatwa, ale czasochłonna niemiłosiernie. Dlatego jeśli ktoś ma ochotę sobie takową wyprodukować, to Mukla radzi uzbroić się w cierpliwość (i dużo kleju - sama zużyła trzy pełne tubki). Tak czy siak, pinata sprawiła Mukli dużo frajdy - nie dość, że całkiem ładnie wyszła (cóż za skromność!), to w dodatku okazała się dość przyjemna w dotyku i można ją było sobie pogłaskać jak jakieś miłe zwierzątko. Co niektórzy (szacowna Jubilatka), to się nawet do niej przytulali :-)



Nie, to nie taniec radości, to atak komarów...



Sto lat Kochana!

wtorek, 09 lipca 2013
zwierzęta mówią

Mukla jest szczęśliwą posiadaczką kolekcji gumowych zwierzątek gospodarskich, kolekcji, którą to ku zgrozie Andrzeja i nie bacząc na jego błagalne prośby schowania jej gdzieś głęboko, dumnie prezentuje w widocznych punktach mieszkania. Zwierzątki są urocze i porządnie wykonane, co w przypadku gumowych figurek nie jest znów aż tak oczywiste (no chyba, ze są to cudne produkty marki Schleich, ale te akurat choć wybitnie ładne, są też wybitnie drogie). Mukla swoją trzódkę zakupiła kiedyś tam "na śmieciach" za całe pięć złotych, co było jej zdaniem bardzo dobrym biznesem, bo w sklepach można kupić dużo brzydsze za dużo więcej. Co prawda zakupiła je w celu dalszego przetworzenia, bo fajny pomysł na nie miała (nie powie jaki, bo może kiedyś zrobi i nie będzie wtedy zaskoczenia), ale ostatecznie stwierdziła, że są taki milutkie, że szkoda jest jej potraktować je farbą. 

Może właśnie przez sentyment do tej swojej menażerii tak bardzo przypadły jej do gustu prace brytyjskiego grafika Aleda Lewisa, który z miniaturowych zabawek ustawia scenki rodzajowe i okrasza je całkiem zabawnymi tekstami.


 

 

 

 

Cała seria Toy Stories wzięła swój początek od wizyty w sklepie z zabawkami, w którym to uwagę Aleda przyciągnął niezwykle efektowny jednorożec. Ustawił wokół niego stadko klasycznych koni i już miał gotową zwierzęcą scenkę rodzajową. Wystarczyło tylko dopisać do niej jakąś narrację.



Teksty, którymi okraszone są obrazki dość mocno zakorzenione są w kulturze popularnej. Aled często nawiązuje w nich do filmów i literatury a także stosuje różnego rodzaju gry słowne. W sumie powstało już około setki zdjęć, które zostały nawet wydane w albumie pt. Toy Confidental - niestety, z tego co wiem w Polsce niedostępnym.

Mukla rzecz jasna nie byłaby sobą, gdyby nie pokazała tu również i swojej (póki co milczącej) gromady:



niedziela, 07 lipca 2013
zrób sobie imieninowego frędzla

Imieniny to takie święto do którego Mukla nie przywiązuje większej wagi. Po prostu są... kiedyś tam... Jak się dobrze zastanowi, to nawet jest sobie w stanie przypomnieć kiedy (wie, że w lipcu, ale określenie dnia stanowi już problem...), zazwyczaj jednak i tak zawsze o nich zapomina. A potem ją zaskakują... znienacka. 

Nie inaczej było w tym roku. Dwa dni temu w skrzynce na listy znalazła Mukla zaadresowaną do siebie kopertę. Nie był to rachunek za prąd, ani awizo z banku, więc koperta nieco ją zdziwiła. Mukla w całej swojej naiwności pomyślała, że to najprawdopodobniej jakieś zaległe życzenia urodzinowe, które przeleżały na poczcie miesiąc. Jednak po rozdarciu koperty okazało się, że w środku była laurka w biedronki od ulubionej cioci Marysi w której to ciocia życzy Mukli "stu milionów" na imieniny właśnie. A to ci!

No skoro już Mukli uświadomiono, że imieniny lada dzień, postanowiła sobie z tej okazji upiec tort. Już od jakiegoś czasu marzył jej się tort pomarańczowy, oczami wyobraźni widziała tę pomarańczową masę ustrojoną białymi kwiatuszkami,eh... Tylko nie było okazji - a piec torty bez okazji to tak trochę bez sensu. No ale skoro okazja się trafiła:


tyle tylko, że na białe kwiatki akurat był deficyt...


No, a skoro już ten tort upiekła (co prawda z zakalcem) to postanowiła skonsumować go w miłym towarzystwie. Zaprosiła więc Stachę i Jacka (wcześniej kazała im się ładnie ubrać, no bo przecież "będziemy robić zdjęcia na blogaska") na słodką wyżerkę i partyjkę badmintona :-) do pobliskiego parku: 


 

 

 

 

 

kosz piknikowy to prezent urodzinowy od przyjaciółek z KoMPOtu



z Mukli jest niezła pozerka - nawet kieckę dobrała pod kolor tortu ;-)


Jak świętować to z pompą! Jako, że z Mukli jest dekoracyjny cyborg to musiała, no wprost musiała zmajstrować jakieś girlandy i porozwieszać je na okolicznych drzewach. Padło na bibułkowe frędzle, bo łatwe i szybkie do zrobienia, no i bibuła akurat w domu była.

Gdyby ktoś miał na frędzle ochotę, a nie wiedział jak je zrobić (choć wszyscy pewnie wiedzą), to Mukla dziś będzie nauczać:

 

bibułka karbowana/krepa, nożyczki, sznurek i trochę kleju - to wszystko co nam trzeba.

 

I po kolei:

 

 

1. Bibułkę/krepę tniemy w szerz na paseczki, tak na szerokość ok. 1 cm.

2. Trochę musimy ich naciąć... - ja na swoją girlandę zużyłam trzy rolki bibuły.

3. Rozwijamy jeden długi pasek i dzielimy go na cztery krótsze.

4. W sumie na jednego frędzla potrzebujemy ich pięć (tych dłuższych, rzecz jasna). Jak kto woli, może sobie kolory pomieszać. 

5. Związujemy paseczki pośrodku (co by było ładniej i wygodniej, ale nie trzeba).

6. Przekładamy przez sznurek, zaginamy na środku i związujemy poniżej małym kawałkiem sznurka tworząc pojedynczy frędzel.

7. Dodatkowym paseczkiem bibuły owijamy sznurek, żeby nie był widoczny i podklejamy, żeby się nie rozwiązał. 

8. I tyle - frędzel gotowy. Można je jeszcze u dołu równo poprzycinać. Ja akurat przycinałam, bo takie nierówne kojarzyły mi się ze zwiędłą ośmiornicą.

Miłej zabawy!



"naturalnie kochani, naturalnie - udawajmy, że nie pozujemy.."

piątek, 05 lipca 2013
OK Go

Mukla wróciła właśnie ze zbiórki KoMPOtu. KoMPOt, znaczy się Koło Miłośników Poznańskiej Opery jest stowarzyszeniem nieformalnym, zrzeszającym byłych (jak Mukla) lub aktualnych (jak wspominana tu wielokrotnie Stacha) pracowników poznańskiego Teatru Wielkiego. Zebrania KoMPOtu odbywają się w miarę regularnie i służą głównie wymianie nie tylko operowych plotek. Główną siedzibą stowarzyszenia, a zarazem najczęstszym miejscem spotkań jest pewna knajpa z azjatyckim jedzeniem (bo blisko, tanio, dobrze i prażynki za free) w której to członkinie regularnie raczą się cukinią w tempurze i... bynajmniej nie kompotem.

No, ale do rzeczy. Na dzisiejszym posiedzeniu przypadło Mukli miejsce vis a vis telewizora, na którym jak to zwykle w takich miejscach bywa lecą różne teledyski. Na ekranie głównie wiją się wtedy Rihanny i inne tego typu Beyonce - znaczy się (dla Mukli) nuda... Dziś jednak jeden z nich swoją formą wyjątkowo przyciągnął Mukli uwagę, do tego stopnia, ze aż sobie zapamiętała nazwę zespołu, co by go tutaj móc pokazać. 

No to pokazuje:


 

Zespół nazywa się OK Go i pochodzi z Chicago - Mukla jako znana w kręgach przyjaciół ignorantka muzyczna nigdy wcześniej o nim nie słyszała (tak się jej przynajmniej wydaje) i póki co nic o nim nie wie. Zamierza jednak to szybko nadrobić, bo i piosenka (ta jedna jedyna, którą słyszała) dla ucha miła, a i towarzyszący jej ""kalejdoskopowy" teledysk nie mniej miły! Ach i och - znaczy, że Mukli się podoba!

 

OK Go w komplecie.


A jak komuś również spodobały się te "wytańczone" w teledysku napisy, to Mukla donosi, że każdy może sobie wygenerować w ten sposób własną "video dance messenger". Wystarczy wejść o tu i w odpowiedniej rubryczce umieścić swoje przesłanie dla świata. 

Mukla weszła i...

 

Może tego nie widać, ale tam naprawdę są stopy.



 


Tagi: muzyka
23:49, mukla
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lipca 2013
kto się boi burzy?

Przyroda jest zachwycająca, bez dwóch zdań!




Tę niesamowitą superkomórkę burzową (tak, jest takie zjawisko atmosferyczne), jakie miało miejsce równo miesiąc temu, 3 czerwca w okolicach Booker w Teksasie, udało się sfilmować Mike'owi Olbinskiemu, fotografowi z Phoenix, który w przerwie między zupełnie klasycznymi sesjami ślubnymi, jakimi zajmuje się na co dzień, goni po Arizonie (i jak widać nie tylko) burzowe chmury, aby na swoich zdjęciach i filmach uchwycić ich niebezpieczne piękno.

 
1 , 2