Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 28 sierpnia 2012
Piran

Ostatnimi czasy na blogu Andrzeja rozpanoszył się wróżbita Maciej. Okazało się, że nieaktualizowanie blogów przez miesiąc skutkuje tym, ze blox zamieszcza na nich reklamy. Nie podoba mi się to, nie lubię reklam, nie lubię też wróżbity Macieja i nie chcę go u siebie. Mam więc powód aby się spiąć i napisać to, co już jakiś czas temu napisać miałam. Za mój powrót po blisko miesięcznej przerwie podziękowania (nie to, żebym się łudziła, że ktoś tu za mną tęsknił – no może troszeczkę...) należą się więc Panu wróżbicie. 

Nie było mnie, bo urlopowałam. No ale teraz jestem, wróciłam! I tu poproszę o fanfary, bo muszę zaznaczyć, że w tym roku postanowiliśmy rzucić się na głębokie (w dodatku adriatyckie) wody i na wakacje wybraliśmy się autem. Być może dla wielu nie jest to wyczyn wart odnotowania, ale biorąc pod uwagę fakt, że prawo jazdy mamy oboje od bardzo, bardzo (naprawdę bardzo) niedawna, a i jeżdżenie uskuteczniamy nieczęsto, jest to dla nas wyczyn niemały, tym bardziej, że nie była to wyprawa do podpoznańskiego Kórnika.


 

Celem naszych wakacyjnych wojaży uczyniliśmy Słowenię. Wstyd się przyznać, ale moja wiedza o Słowenii nie była specjalnie imponująca – ot, taki kraj  co to wiem, że jest, ale jakoś nigdy wcześniej nie zajmował moich myśli na dłużej. Teraz już wiem, że góry w Słowenii wysokie, a morze słone (równie wysokie i słone są tam też niestety ceny), że niektórych miast strzegą smoki, a koty wygrzewają się na każdym murku, i że wino nigdzie nie smakuje lepiej jak tam, zwłaszcza to serwowane prosto z beczek.

Naszą słoweńską eskapadę rozpoczęliśmy od Mariboru, który w naszej świadomości zapisze się na dłużej nie tym, że (w zespół z kilkoma innymi miastami) stanowi w tym roku Europejską Stolicę Kultury, ale najprzyjemniejszym, zadbanym i cudnie ukwieconym polem namiotowym na jakim kiedykolwiek przyszło nam stacjonować. Prosto z Mariboru pojechaliśmy do Lublany. To chyba oczywiste! Wypadało odwiedzić stolicę, choćby w celu zakupienia nowego eksponatu do mojej kolekcji). Muszę przyznać, że Lublana mnie zaskoczyła - w niczym nie przypominała innych, znanych mi europejskich metropolii – jak na stolicę niewielka (ale i cały kraj zbyt duży nie jest), bez niezliczonych szklanych wieżowców, bez wszechobecnego pędu. Miasto pełne smoków i długich, krętych uliczek, które zamiast ulicznych latarni doświeca najprawdziwszy żyrandol  – przyjemne, po prostu przyjemne, tylko przyjemnie... - być może gdybym zabawiła tam dłużej, bardziej doceniłabym jego spokojny urok. 



 

 

Za to Piran – tak, Piran zdecydowanie mnie zachwycił. Zachwycił mnie zresztą już jakiś czas temu, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam wakacyjne wspomnienia Mimi. Mimi potrafi robić czarujące zdjęcia, potrafi też pisać z wrodzonym urokiem, nic więc dziwnego, że jej pirańskie impresje zaraziły mnie chęcią poznania jej ulubionego miasteczka namacalnie. 


 

 

Piran to niezwykle urokliwe, maleńkie miasteczko nad Adriatykiem – ciepłe, spokojne, pełne specyficznego, lekko włoskiego klimatu - aż ma się ochotę na filiżankę nieśpiesznej kawy. Nad tym niewielkim półwyspem góruje anielska dzwonnica, a niektóre uliczki są tu tak wąskie, że wystarczy rozłożyć ręce aby dotknąć ścian po jednej i drugiej stronie. Oj, nietrudno się zgubić w tym labiryncie, nietrudno. Miasteczko, choć wakacyjnie urocze, to jednak mieszkanie tam na stałe musi być bardzo uciążliwe. Tabuny turystów (a wśród nich ja, obłudnie pisząca te słowa) przechadzający się wąziutkimi uliczkami, zaglądający w każde otwarte okno, fotografujący malowniczo rozwieszone pranie i bezwstydnie wylegujący się na chodnikach, muszą być letnią zmorą mieszkańców.


 

 

 

 

 

Położona w połowie drogi między Lublaną a wybrzeżem jaskinia Postojna jest chyba największym skarbem Słowenii. To jedna z najbardziej znanych jaskiń na świecie. Zresztą wszystko jest tam naj - jaskinia jest największa, najdłuższa, najpiękniejsza, a i oświetlanie elektryczne było tam szybciej niż na ulicach Londynu. Troszkę mi tu pachnie megalomaństwem, no ale trzeba przyznać, że nie bez powodu Słoweńcy tak bardzo się nią szczycą -  Jaskinia w Postojnej rzeczywiście jest imponująca. Mnogość zadziwiających form skalnych, tysiące stalaktytów i stalagmitów naprawdę robią wrażenie. Wrażenie robi również wybitnie wygórowana opłata za tamtejszy parking.


 

 

Przysłowiowy rzut beretem (jakieś 9 km) od Postojnej znajduje się Predjamski Grad. Droga do niego kręta i górzysta, ale warto zaryzykować mdłości, aby zobaczyć ten czterokondygnacyjny zamek wciśnięty dosłownie w jaskinię pod ponadstumetrową skałą. Ponoć mieszkał tam niegdyś legendarny rozbójnik – Erazm Lugger, który dla Słoweńców jest tym, czym Janosik dla Słowaków i Robin Hood dla Anglików.


 

Oprócz samego celu podróży jakim była dla nas Słowenia, była jeszcze podróż jako taka. Podróż, która trwała długo, bo również obfitowała w atrakcje. Ale o tym następnym razem, teraz muszę zdążyć zanim dopadnie mnie wróżbita Maciej...


 

Szlag mnie trafia, że nie potrafię robić tak pięknych zdjęć jak Mimi, no ale próbuję, próbuję...