Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013
never ending story

Mukla czasem gada w telewizji. Serio! Wprawdzie jest to telewizja regionalna, no ale co media to media :-). Mukla stroi wtedy miny do kamery i opowiada o książkach, bo na nich akurat się zna. Zwykle gada o nowościach literackich i takich tam, ale dziś (ha! bo dziś tez gadała) postanowiła przemycić do programu nieco prywaty i opowiedzieć o książce nienowej, za to najulubieńszej ze wszystkich - "Nie kończącej się historii" Michaela Endego. I tak ją jakoś tknęło, żeby z rozpędu napisać też o tym tutaj. Nie tyle może o samej książce, co o swojej ogromnej miłości do tej niesamowitej opowieści. 

 

 

Ano! "Nie kończąca się historia" to muklowa obsesja. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie od spektaklu we włocławskim teatrzyku Skene, w którym to siedmioletnia Mukla z całą swoją dziecięca żarliwością odegrała jednego z wielu mieszkańców Fantazjany. Trudno powiedzieć co to za stwór był dokładnie, ale kostium składał się z zielonych falban i gwiazdek naklejonych na twarz, co Mukla doskonale pamięta do dziś, bo szczypało. Ba! Mimo upływu ponad dwóch dekad, doskonale pamięta też poszczególne kwestie.

Potem była książka, którą to sprezentował Mukli pod choinkę Ojciec Chrzestny - najlepszy prezent pod słońcem! Książkę Mukla pochłonęła w dwa wieczory, co było niezłym wynikiem jak na dziewięciolatkę! Książka ta szybko stała się tą najkochańszą i już zawsze towarzyszyła Mukli we wszystkich stadiach życia i... edukacji, bo o "Nie kończącej" pisała swoje najważniejsze prace - rozprawki, eseje, egzaminy do liceum, a nawet (no ba!) maturę! Magisterkę też w sumie miała o niej napisać, no ale nie wyszło.

 

 

No i wreszcie film. Wszystkie dzieci lat osiemdziesiątych doskonale kojarzą film Wolfganga Petersena. Mukla osobiście widziała go 14 razy i nic a nic jej nie obrzydł. Pierwszy raz widziała go w kinie z wycieczką szkolną - nie wiedziała na jaki film idą i jak się wyjaśniło, to aż się ze szczęścia pod kinem zbeczała i potem jej było trochę głupio. Beczała zresztą potem jeszcze podczas seansu i to nie raz. Co prawda jako wybitna wręcz specjalistka w dziedzinie Fantazjany zauważyła dużo nieścisłości z książką, no ale co się będzie czepiać, skoro wyszło cudnie (a że Atreyu nie był zielony? No trudno). I choć sam Ende, niezadowolony z efektu końcowego postanowił ostatecznie wycofać swoje nazwisko z czołówki, Mukla wszystkie błędy wielkodusznie filmowcom wybacza.

A jak film, to i piosenka. Ba! Przebój nad przeboje! Swego czasu każdy nucił za Limahlem, że "Reach the stars, fly a fantasy" i tak dalej... Mukla też nuciła, niedawno jak wczoraj :-), kiedy to wprowadzała się w "never ending nastrój" podczas przygotowywań do swojego dzisiejszego telewystąpienia.  I zamierza nucić dalej...

 

 

A teraz Mukla kończy, bo idzie oglądać film. Zgadnijcie jaki?

 

P.S. Aha, i jeszcze jedno - Fucher vel Falcor był Smokiem Szczęścia a nie jakiś tam Latającym Psem! Żeby było jasne!

poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Ferney plażowy

Nie tak dawno, bo wczoraj wróciłam z wakacji i teraz próbuję zebrać się w sobie, aby napisać co nieco o tym, gdzie byłam i co robiłam. Jak siebie znam (a znam całkiem dobrze), może to trochę potrwać i nie jest to bynajmniej kwestia mojego lenistwa, a raczej niezdecydowania o czym napisać wprzódy, bo przecież nie grzałam tyłka dwa tygodnie w jednym tylko miejscu, a także odwiecznego dylematu które zdjęcia pokazać (a zdjęć jest jakiś tysiąc z nadkładem). Zanim zatem dokonam tego niezwykle trudnego wyboru, postanowiłam już dziś wprowadzić blog w wakacyjną atmosferę pokazując plażowe widoczki spod olejnego pędzla Paula Ferneya.

O, te własnie:

 

 

 

Jeśli ktoś śledzi "Muklę" w miarę regularnie, to być może przypomina sobie, że Ferney już raz tutaj gościł (ku przypomnieniu: tortowe portrety). Ano! Nic na to nie poradzę (i w sumie nie zamierzam ;-), że prace tego artysty wyjątkowo przypadły mi do gustu. Ot takie tam landschafciki można by powiedzieć, ale nie wiedzieć czemu od kilku miesięcy wprowadzają mnie w przyjemny wakacyjny klimat, do tego stopnia, że byłam w stanie wyobrazić sobie szum fal i przyjemną morską (czy też, w przypadku tych konkretnych prac raczej oceaniczną) bryzę nawet głęboką zimą. Nie jestem żadnym znawcą sztuki, więc nie mnie analizować szczegóły, ale u Ferneya podoba mi się to, że stawia on jakieś tam kropki, paćki i mazy, a w efekcie wychodzi całkiem miły dla oka widoczek, z którego upał wprost bucha.