Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
czwartek, 29 września 2011
w 40 dni dookoła świata

W czasach, że tak powiem wczesnonastoletnich za punkt honoru przyjęłam przeczytanie wszystkich książek Juliusza Verne. Szczerze mówiąc nie pamiętam czy mi się udało, ale na pewno byłam na dobrej drodze do tego. Cala ta moja ówczesna fascynacja dziełami "dziadka science fiction" jak nazywano Verne'a, zaczęła się od (no ba!) "W osiemdziesiąt dni dookoła świata". To najprawdopodobniej ta pozycja winna jest mojej, o zgrozo trwającej po dziś dzień, niepohamowanej wręcz namiętności do wojaży.

Jak się okazuje, to co w XIX wieku wydawało się być przedsięwzięciem awykonalnym (no chyba, że na kartach książki), dziś jest możliwe w czasie o połowę krótszym. Australijski fotograf i ilustrator Rick Mereki ruszył śladami (no może niedosłownie) Fileasa Fogga i w ciągu 44 dni odwiedził 11 państw - bynajmniej nie w efekcie dżentelmeńskiego zakładu.

A jak już wrócił, to zmontował ze swojej wyprawy fantastyczne filmiki dla STA Travel, np. taki: 

 


Oprócz Move jest jeszcze Learn i Eat. Inne filmiki Ricka np. tutaj.

środa, 28 września 2011
rock and roll

Trochę się pokręciłam w ten weekend. W tę i we w tę, ale głównie dookoła.



Już dawno obiecałam mojej dziewięcioletniej chrześniaczce Kasi wspólną wyprawę do któregoś z (w miarę) pobliskich parków rozrywki. Początkowo miałyśmy wypławić się w ciepłych wodach podberlińskiej Tropical Island, ale po wielu przejściach z pewnym poznańskim biurem podróży (Delfin Tour - be; Magic Travel - cacy), stanęło na Heide Parku w pobliżu Hamburga. Wujka Andrzeja też zabrałyśmy, a co! niech ma coś z życia. Wyprawa łatwa nie była, dwie noce w autokarze i w zasadzie cały dzień na nogach, ale moja Kaśka to mega dzielna dziewczynka - trudy podróży zniosła z uśmiechem na buzi. Mało tego, ten uśmiech utrzymywał się przez cały dzień, co pozwala sądzić, że wspólny wyjazd nie tylko nam - starym koniom - sprawił wiele frajdy. 

Dla naszej małej towarzyszki była to pierwsza w życiu wizyta w takim miejscu, dlatego atrakcje dobieraliśmy dość ostrożnie. Od początku wiadomo było, że rezygnujemy z tych najbardziej ekstremalnych rollercoasterów. Nie chcieliśmy zniechęcić Kasi do tego typu rozrywki, zaczęliśmy więc bardzo łagodnie, z czasem jednak zaczęła domagać się tych "szybszych". Jednak największą frajdę sprawiła Kasi ogromna karuzela łańcuchowa, którą przy swoim dziewięcioletnim poczuciu humoru czule nazwała "szpetną mordą" (?!). 



Powirowałyśmy więc nie raz, nie dwa...



No dobra, Heide Park to nie Disneyland - nie ta wielkość, nie ten rozmach, a i ilość "plastikowego lukru" pokrywającego wszystko tak jakby mniejsza (choć nie powiem, żeby cukierkowość Disneylandu jakoś specjalnie mi przeszkadzała). W każdym razie, czy to pod Paryżem czy w okolicach Hamburga frajda taka sama (choć może nie jestem obiektywna, bo ja czerpię radość nawet z objazdowej karuzeli). W każdym razie atrakcje są wszelakie:

i dla tych co lubią łagodnie



i dla tych co wolą ekstremalnie




Jednak niezaprzeczalnie główną atrakcją jest Colossos - największa na świecie drewniana kolejka górska. Ponad 60 metrowa konstrukcja została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. 




Zdjęcia, cóż... albo się człowiek skupia na ładnych kadrach, albo w pełni korzysta z wyjazdu. A że osobiście wolę korzystać, toteż zdjęcia robione na szybko. Pobawiłam się za to potem trochę w fotoszopie efektem lomo. 





To poniższe pożyczyłam sobie z oficjalnej strony Heide Parku, z tej prostej przyczyny, że jest ładniejsze od moich.



I nawet jeśli czegoś tym razem nie zaliczyliśmy, to nic straconego - mamy jeszcze dwóch chrześniaków..

Tagi: miejsca
22:24, mukla
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2011
balonowa fiesta

Swego czasu, byłam bardzo bliska wydania równowartości mojej lichej bo lichej, ale zawsze jednak pensji na pewien obraz. O, mniej więcej taki:



Niestety, mój zdrowy rozsądek jak zwykle odezwał się w niewłaściwym momencie i wizja pustej lodówki przez miesiąc, skutecznie mnie przed tym zakupem powstrzymała. Eh... teraz mogę tylko pluć sobie w brodę i żałować... Mogłam mieć już w sypialni uroczy obrazek, a tak nie wiadomo kiedy i czy w ogóle (idź sobie precz oszczędna wersjo mnie!), najdzie mnie znów taka plastyczna fanaberia. 



Autorem malowidła, przez które omal nie znalazłam się na przymusowej, miesięcznej głodówce jest litewski malarz, absolwent Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych Remigijus Januskevicius. Z jego uroczymi wizjami po raz pierwszy spotkałam się jakieś trzy, a może cztery lata temu, podczas targów sztuki i rękodzieła artystycznego, na których to artysta rok rocznie się pojawia.

Remigijus ma pewną, niesamowitą zdolność do kreowania pędzlem baśniowych światów. W jego magicznych krainach panuje nastrój nieustannej fiesty, a pastelowa codzienność mieszkańców toczy się wśród kwitnących ogrodów, na zawieszonych w przestrzeni balkonach i kładkach. Radość i zadowolenie z życia wprost bucha z obrazów na prawo i lewo.

Uwielbiam zwłaszcza te z kolorowymi balonami!




Że niby cukierkowe? Oj tam, tylko troszkę...




 

Tagi: sztuka
07:46, mukla
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 września 2011
falling slowly, eyes that know me...

 

Zazwyczaj kiedy Andrzej mówi coś o muzyce, to moje pierwsze pytanie brzmi "a czy ja to lubię?" - serio, nie mam głowy do nazw wykonawców, o tytułach piosenek nie wspominając. Nie jest to moja muzyczna ignorancja, bo często dotyczy nawet tych, których lubię i nieustannie słucham. Nieustannie to jest idealne słowo w tym wypadku, bo posiadam pewną męczącą (nie mnie ale otoczenie) przypadłość, że jak już coś mi wpadnie w ucho to mogę słuchać tego nawet dwadzieścia razy pod rząd. W moim rodzinnym domu, sprzęt grający miał taki magiczny guziczek dzięki któremu w kółko mogła lecieć jedna i ta sama melodia, w tamtych czasach namiętnie (ku zgrozie rodziców) z niego korzystałam. Andrzej ma teraz więcej szczęścia, bo nasz aktualny sprzęt takowego nie posiada, choć w sumie nie przeszkadza mi to włączać piosenkę od początku za każdym razem. Oj, doprowadzi to kiedyś do kryzysu w naszym  małżeństwie, doprowadzi...

Czemu o tym piszę? Bo od jakiejś godziny leci u mnie w kółko "Falling slowly" - piosenka z filmu "Once", którą od lat uwielbiam wprost bezgranicznie, a której wykonawcy, mimo całego tego uwielbienia nadal funkcjonują w mojej świadomości jako "ten Irlandczyk i ta Czeszka".



Ten Irlandczyk to Glen Hansard, Czeszka to Marketa Irglova. Para nie tylko na scenie ale i w życiu. Nagrywają razem od jakiś dziesięciu lat i oby nagrywali dalej, bo mimo, że i tak nie spamiętam ich nazwisk, lubię to co im z tej współpracy wychodzi. Za "Falling slowly", którym dziś katuję sąsiadów w 2008 dostali Oskara.

No to raz jeszcze :)


Tagi: muzyka
17:43, mukla
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 września 2011
przygoda fryzjera damskiego

Od jakiegoś czasu żyjemy bez telewizora i dobrze nam z tym. To była świadoma decyzja - tylko stał i się kurzył. Włączany był rzadko, bo niby po co, skoro tyle ciekawszych zajęć dookoła. Wprawdzie nie bardzo teraz wiem kto ma talent, a kto tańczy z gwiazdami, ale jakoś nie czuję się gorzej w związku z tą moją medialną ignorancją. 

Jednak zdaniem naszych przyjaciół, w każdym szanującym się polskim domu powinien być przynajmniej jeden telewizor, więc w trosce o naszą zachwianą pozycję społeczną, na ostatnie urodziny sprezentowali Andrzejowi radziecki odbiornik marki Rubin. Gest ten piękny i przez nas doceniony, nie zmienił jednak naszego (póki co) antytelewizyjnego nastawienia, więc z braku innego zastosowania Rubin posłużył za podstawkę dla Antoniego.


 


Antoni to całkiem inna historia. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest głową. Głową dla której straciłam swoją własną, kiedy ujrzałam ją po raz pierwszy, wśród innych klamotów na Rzeźni. Nie mogłam, no po prostu nie mogłam, wrócić do domu bez niego.

Ach ten figlarny wąsik, zadziorny loczek i zalotne spojrzenie! No wypisz wymaluj fryzjer damski w najbardziej klasycznym wydaniu! Z racji swojej fryzjerskiej fizjonomi nasz Antoni imię otrzymał po mistrzu nożyczek w rzeczy samej - Antonim Cierplikowskim - bodaj najbardziej znanym na świecie polskim styliście fryzur, jak to się teraz wykwintnie ten fach nazywa. 



I tak sobie nasz Antoine stoi i swoją dandysią aparycją wita w przedpokoju gości. 



A tutaj oryginał - mistrz Antoine (swoją drogą, podobno niezły był z niego oryginał) przy pracy - wprawdzie bez wąsika ale i tak podobieństwo zaskakujące!


 
1 , 2