Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 25 września 2012
...i zapomnieć wszystko

Mukla kupiła sobie wrzosy. O, takie ładne sobie kupiła:


 

Kupiła, bo zapragnęła obsadzić nimi balkon - w końcu jest jesień, a jesienią wrzosy mieć wypada. Przytargała więc kwiecie z rynku (na dwa razy targała), bałagan zrobiła niemały, upaprała się ziemią (z mikroelementami!) po łokcie, no ale ma! Swoje własne, osobiste korytkowe runo leśne!


 

 

Niestety Mukla wie, że te piękne, jędrne i pełne koloru wrzosy niechybnie czeka los ich balkonowych poprzedników - żółte kikuty! Mukla z wielkim uporem (i sercem, i sercem!) sadzi raz po raz różne bratki, stokrotki, turki (mimo że śmierdzą), a one wszystkie jakby się zmówiły i złośliwie żółkną, schną, dziczeją, ewentualnie zostają pożarte przez mszyce. Z Mukli widać kwiaciara jest niespecjalna (żeby nie powiedzieć tragiczna), w swoim własnym mniemaniu wykończyłaby nawet sukulenta. Posadzić to jedno, a rośliny na ogół wymagają jeszcze opieki - zalecane jest na przykład podlewanie, a Mukla cóż... podlewa okazjonalnie. 

Wrzosom Mukla daje miesiąc i to tylko dlatego, że są przyzwyczajone do spartańskich warunków.

 

Tagi: dom
22:09, mukla
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 września 2012
słoń ogrodowy

A u mnie znów będzie o słoniu. No, raz po raz słoń być musi! Tym razem taki malutki, tyci tyci, co to się mości pod dmuchawcem. Słoń wybitnie ogrodowy, który po swoją dłuuuuuugaśną trąbę zakochany jest w pewnej rzodkiewce, a w nocy drży z przerażania na widok złowrogo wyglądających porów. Słowem - Pomelo we własnej, różowej osobie. 

 

 

"Pomelo ma się dobrze pod swoim dmuchawcem" i "Pomelo jest zakochany" - te dwie pozycje autorstwa Ramony Badescu z ilustracjami Benjamina Chauda to najnowsze dzieci lubianego przeze mnie (poznańskiego!) wydawnictwa Zakamarki. Widać wydawnictwo postanowiło rozszerzyć swoją działalność na książki nie tylko skandynawskie, z których słynęło do tej pory. W sumie dobrze, bo czy to szwedzkie, czy francuskie różnica dla mnie żadna - ważne, że dziewczyny robią książki ładne.


 

A "Pomelo" ładny jest, trzeba przyznać. Choć nie ukrywam, że nie od początku darzyłam go uczuciem... Kiedy oczarowana koślawymi postaciami, które Benjamin Chaud wymalował do mojej ulubionej zakamarkowej serii, szukałam innych prac ilustratora, lekko się rozczarowałam. Poza wspomnianymi obrazkami do książek Evy Susso, inne prace Chauda (w tym i Pomelo właśnie) wcale a wcale nie zrobiły na mnie wrażenia - pamiętam, że miałam to wtedy nawet dobitnie napisać, ale w sumie dobrze, że tego nie zrobiłam, bo teraz musiałabym wszystko odkręcać. Cóż...podobno tylko krowa nie zmienia poglądów...


 

Nie będę tu jednak górnolotnie ochać i achać, bo prawdę mówiąc sam Pomelo (jako postać) nadal podoba mi się raczej umiarkowanie, jednak spojrzałam na niego zupełnie innym okiem, od kiedy to pokraczne stworzonko przestało być widoczne jedynie na ekranie monitora, a zostało zamknięte między kartkami w jak najbardziej realnej książce.  A książka, trzeba przyznać (i tu ochać i achać akurat wypada) - cacko! Nie dość, że ma idealnie dopasowane do siebie okładki w cudnych, soczystych kolorach i eleganckie, kontrastowe grzbiety, to jeszcze jest miła w dotyku (no jest!) i ma rozkosznie zaokrąglone rogi. Te rogi, to mi się chyba w całej książce najbardziej. Przy tak ładnym wydaniu, to i nieforemny słonik zyskał w moich oczach, i to bardzo, bardzo...