Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
sobota, 28 września 2013
lutenica i huśtawki

Miało być o wakacjach we Francji, marsylskim mydle i o pewnym wieczorze panieńskim. Miało. No ale nie było. I pewnie już nie będzie, bo coś skutecznie zablokowało moje blogowe życie na blisko dwa miesiące. Co? Cholera wie... Czy to zmęczenie materiału, czy przedwczesna jesienna depresja - nie wiem, bolesny fakt jest taki, że to bliżej nieokreślone "coś" wpędziło mnie w fatalny stan przygnębienia i odebrało chęć do czegokolwiek, a już na pewno do pisania. Ba, z ust moich padło nawet (i to publicznie!) bluźniercze zdanie, że ja już pisać nie będę. Nigdy. Ot i co!

Ten przeciągający się marazm wzbudził troskę w moim otoczeniu. Najdroższa przyjaciółka Anna, która doskonale wie, że nic tak nie poprawia mi humoru jak dobre jedzenie, postanowiła choć na chwilę wprawić mnie w błogi stan kulinarnego szczęścia i zabrała wczoraj na kolację. I to w dodatku taką specjalną kolację w ramach kampanii bułgarskich przetworów owocowo-warzywnych, na którą, ku mojemu wielkiemu niepocieszeniu kazała mi się ubrać "biznesowo". Dla Anny to chleb powszedni, na co dzień robi w reklamie, więc raz po raz musi uczestniczyć w różnych eventach, jam do takich spotkań nie nawykła, no ale czego się nie robi dla pysznego jedzonka w eleganckiej restauracji i to w dodatku zupełnie za free! O tak, mili moi, żarłoczność moja nie zna granic! Zdziwilibyście się (wszystkich to dziwi) jak dużo potrafię w siebie wcisnąć. Wczoraj obracałam z talerzem zachłannie aż dwa razy i napchałam się po pachy, a tłumaczyć mogę się jedynie tym, że żarełko jakie zaserwowali nam Bułgarzy było genialne! LUTENICA! Zapamiętajcie tę nazwę i koniecznie spróbujcie - to taka pasta z pieczonej papryki i pomidorów, no normalnie niebo w gębie. Może być mniej lub bardziej pikantna, z bakłażanem lub bez, na chlebek lub jako przyprawa, no szał. I co najważniejsze, skutecznie (kwestia witamin?) poprawiła mi nastrój ;-)


lokowanie produktu ;-)


Nie dość, że się rozweseliłam to przy okazji poznałam jeszcze dwie fajne i przedsiębiorcze babki. Do jednej mam zamiar zapisać się na kurs kroju i szycia (zawsze chciałam zdobyć tę umiejętność), a u drugiej będę się żywić, bo chodzą słuchy, że gotuje świetnie.

Ale żeby nie było, że ja tylko o jedzeniu, to będzie też troszkę o obrazkach. Piano Bar, czyli miejsce gdzie rzecz się działa, to taka restauracja, która chciałaby być jednocześnie galerią sztuki. Pomysł zacny, jednak trochę niekomfortowy (o czym już raz wspominałam). Weźmy na przykład takie jelonki:



Jelonki wymalowała poznańska malarka Agnieszka Opala. Przyjemnie je wymalowała, nie powiem, aż się miało ochotę popatrzeć na nie z bliska. Ale co z tego, skoro przy stoliku pod obrazem ktoś akurat pałaszował bułgarskie specjały. Trochę głupio mi było podejść, bo niby jak: "Przepraszam, że nachylam się panu nad talerzem, ale chciałam tylko na jelonki popatrzeć" - no nie bardzo. 

Zaciekawiona poprzeglądałam sobie dzisiaj (już na spokojnie i bez konsumpcji) prace malarki na jej stronie i muszę przyznać, że jestem kompletnie zaskoczona. Nie tyle samymi obrazami, co swoją reakcją. Zadziwiające jak różne można mieć spojrzenia, na w gruncie rzeczy dość do siebie podobne prace tego samego artysty - większość kompletnie nie trafiła w moje gusta, za to pozostałe i owszem. O, te z baśniowymi huśtawkami na przykład:


 

 

Przydałoby się jeszcze jakieś ładne zdanie na zakończenie, ale nie będzie, bo idę spać.

Tagi: sztuka
00:36, mukla
Link Komentarze (2) »