Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 29 października 2012
nie deptać trawników!

Sielskie wycinki z życia spacerowego. Po równo przystrzyżonych trawnikach snują się spacerowicze: zakochani przemierzają alejki trzymając się za ręce, para nastolatków przysiadła pod drzewem na pogaduchy, starszy pan rozkoszuje się przechadzką w towarzystwie wnuczki, ktoś kogoś spotkał, ktoś na kogoś czeka... Ciepłe londyńskie popołudnie w Hyde Parku? Leniwy weekend w Kensington Gardens? A gdzieżby! To trawnikowy manicure Alice Bartlett!


 

Paznokciowe poletka to efekt spontanicznej wizyty w sklepie modelarskim. Maleńkie figurki do makiet tak oczarowały Alice (na co dzień londyńską informatyczkę), że postanowiła się nimi zabawić - ze sklepu wyszła więc z garścią maciupeńkich ludzików, kawałkiem astro-murawy i pomysłem na niebanalną sesję zdjęciową. W domu wcieliła swój zamysł w życie i na powierzchni jednego centymetra kwadratowego wykreowała swój własny miniaturowy mikrokosmos.


 

 

 

 

 

Tylko weź się teraz podrap...

sobota, 27 października 2012
tort narodzinowy

Wstałam dzisiaj bardzo wcześnie, o wiele za wcześnie jak na sobotni poranek. W planach miałam jednak zrobienie ogromnego tortu, a jak wiadomo, ogromne torty wymagają czasu. Zakasałam więc rękawy (szlafroka) i na wpół śpiąca zabrałam się do roboty. Wyszedł całkiem okazały - tort wybitnie pieluszkowy!


 

Prosty i bez tych wszystkich udziwnień w postaci skarpetek, grzechotek, smoczków... - taki podoba mi się najbardziej. Co prawda mogłam bardziej pokombinować ze wstążeczką (np. grubsza, bardziej kolorowa), ale to najwyżej następnym razem... Bo chyba będzie jakiś następny raz?


 

A tutaj już sprawczyni moich "cukierniczych" poczynań - maleńka Ninka w bezpiecznych ramionach wujka Andrzeja.


 

Kasiu, Adasiu, bardzo się cieszymy!

środa, 24 października 2012
niekoniecznie za potwora...

Zbliża się Halloween - święto, które nie budzi we mnie jakiś większych emocji. Specjalną jego miłośniczką nie jestem - nie rozrzucam po domu sztucznych pająków, nie oglądam horrorów i nie udaję, że dookoła jest upiorniej niż jest naprawdę, ale też w żaden sposób nie przeszkadza mi jak ktoś tak robi. Sama zresztą zamierzam w najbliższym czasie zakupić wielką dynię i wyciąć w niej ogromne zębiska, bo jakby nie patrzeć taka wydrążona dynia prezentuje się całkiem ładnie.

Co prawda osobiście hołduję tradycji i spędzę ten czas rodzinnie, odwiedzając groby najbliższych (i tych dalszych, do których nie zaglądam w ciągu roku), ale jeśli ktoś ma ochotę się wtedy poprzebierać i wyłudzać na mieście cukierki (zwłaszcza jeśli ten ktoś ma lat kilka), to czemu nie?

No, a jeśli już się przebierać, to najlepiej z pomysłem. Taki pomysł i to w dodatku niejeden miała Jordan z Oh Happy Day! Pokazała ona, że Halloween nie obliguje tylko i jedynie do wcielania się we wszelkiej maści stwory, potwory, wampiry i inne zombie... 

W całkiem prosty sposób można się na przykład przeistoczyć w bardzo efektownego Robota:


 

równie efektowną i puszystą Chmurkę:

 

ci o duszy bardziej "artystycznej" mogą poudawać Andy'ego Warhola lub Fridę Khalo:

 

 

choć nie powiem, retro Pudzian tez robi wrażenie:

 

Więcej propozycji pomysłowych i prostych kostiumów (choćby ślimak, samolot i... wieża Eiffla) można znaleźć tutaj.

wtorek, 16 października 2012
Grunwaldzka

Biegłam, dziś sobie ulicą Grunwaldzką (ano, biegłam bo w tłuszcz obrastam...) i gdzieś tak w połowie (dokładnie mówiąc przy wieżowcu u wylotu Marcelińskiej) przypomniało mi się, że nie tak dawno temu ulicę tę sportretował mąż mój własny, gdyż czasem coś tam sobie porysować lubi. No, a skoro już mi się przypomniał, to ów obrazek pokażę, bo czemu nie?

To też Panie, Panowie fragment ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu - wpierw po kawałku,


 

a potem w całości (po powiększeniu to nawet coś widać):


Tagi: grafika
23:46, mukla
Link Komentarze (1) »
durnostojka sentymentalna

Ze zwierząt „prawie domowych”, to ja się jeszcze proszę Państwa mogę pochwalić sarenką o wdzięcznym imieniu Janina. Umościła się ona ostatnio na kuchennym parapecie, wśród kasztanów - że to niby taki jesienny klimat tworzy. Kasztany są ładne, gładkie i błyszczące. Sarenka jest równie gładka i błyszcząca (w końcu z najprzedniejszej chodzieskiej porcelany!), jednak co do jej urody zdania są podzielone. Andrzej na przykład, jest wyjątkowo odporny na jej glazurowany urok i łagodne spojrzenie, które wprost woła „zaopiekuj się mną”! Zakup figurki wywołał więc swego czasu krzywy grymas na twarzy mojego osobistego miłośnika designu.


 

 

Moja Jasia jest najklasyczniejszym przykładem meblościankowej durnostojki, która idealnie komponuje się z szydełkowymi serwetkami i bukietem suszonych kwiatków. Jednocześnie jest to przykład durnostojki wybitnie dla mnie sentymentalnej, bo taką samą, dokładnie taką a nie inną, trzymała w swoim staroświeckim mieszkaniu siostra mojej Babci - Ciocia Jasia (zbieżność imion, rzecz jasna nieprzypadkowa).  

Ciocia sarenki posiadała dwie, kropla w krople identyczne - jedna spoglądała z telewizora, druga witała gości w przedpokoju, obie prezentowały się dumnie na wyszydełkowanych przez Ciocię serwetkach. Lubiłam Ciocię Jasię odwiedzać. Zresztą w ogóle ją lubiłam. Lubił ją również Tata, bo jak nikt wiedziała, czego do szczęścia małemu Waldusiowi potrzeba i na urodziny przynosiła chrześniakowi zamiast cukierków wieprzowe kabanoski. Po jej śmierci, kilka lat temu, mieliśmy z Tatą cichą nadzieję na jakąś małą po Cioci pamiątkę. Nie liczyliśmy bynajmniej na meble, biżuterię czy rodowe srebra - Tacie marzyły się drewniane liczydła z zielonymi koralikami (co to się na nich ponoć liczyć uczył), a mnie jedna z chodzieskich sarenek właśnie. No cóż... najwidoczniej nasza nadzieja był zbyt cicha, bo ani liczydeł, ani sarenki...

Jednak niespełnione marzenia o własnym zwierzu parzystokopytnym tkwiły we mnie gdzieś głęboko, bo po latach zapragnęłam odnaleźć gdzieś sentymentalny egzemplarz. Jak widać udało się. I nie ma dla mnie znaczenia, że to nie jest dokładnie ta sama co stała w ciocinym mieszkaniu - ciepłe wspomnienia o chwilach w nim spędzonych budzi równie skutecznie.


 

Teraz muszę wyszperać gdzieś liczydła. Dla Taty.

 

Tagi: dom
08:52, mukla
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2