Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
czwartek, 30 października 2014
rozważna czy romantyczna?

 

Mili Państwo, proszę mnie nie szukać. Aktualnie przebywam w XIX wiecznej Anglii, gdzie z gracją oddaję się sztuce konwersacji, malowaniu landszaftów i graniu na klawikordzie. Uczęszczam również na proszone herbatki, a raz na jakiś czas bawię na balu (mam jeszcze wolne miejsce na kolejnego kadryla ;-). Chwilowo zatrzymałam się w Bath, gdzie towarzyszę słodkiej i naiwnej Katarzynie Morland, która co prawda trochę mnie irytuje, ale na szczęście tylko trochę.


Rozdwojenie jaźni? Eh, nie...magia czytania!

 


 

Dopadł mnie paskudny wirus i od dni kilku nie chce odpuścić. Korzystając więc z tego przywileju chorych, jakim jest bezkarne czytanie w łóżku przez dzień cały, spędzam kolejne godziny z książkami niezawodnej Jane Austen. No, raz na jakiś czas taka mnie tkliwa potrzeba najdzie i wcale, a wcale się tego nie wstydzę.

 

Założę się, że nikt już nie pamięta jak wzdychałam do pięknie wydawanych przez brytyjskiego Penguina książek Austen. To właśnie wtedy obudziła się we mnie żądza skompletowania sobie wszystkich (na szczęście nie ma ich znowu aż tak wielu) pozycji tejże pisarki. Problem był taki, że ja chciałam równie ładne wydanie i to od razu całą serię. Tyle tylko, że na naszym rynku nie było. Znaczy były, ale niezadowalające. Z każdej książki uśmiechała się do mnie albo Kate Winslet, albo Keira Knightley. Brr...okładki filmowe. Nie cierpię okładek filmowych. Stwierdziłam, że nie śpieszy mi się, poczekam, ktoś przecież kiedyś w końcu wyda...


No i wydał - Świat Książki.


 

A tu już książka bez obwoluty - jeszcze ładniejsza.

 

„Angielski ogród” tak nazywa się ta seria. Dobrze się nazywa, bo jak inaczej mogłaby się nazywać seria, której okładki wyglądają jak tapety z mieszczańskiego domu sprzed dwustu lat. Nie piszę tego z przekąsem, uważam, że projektant książek, Krzysztof Rychter, idealnie dobrał taką słodko kwiatową oprawę do babskich jakby nie było powieści. No cud, miód, malina i konfitura z dzikiej róży. O!

 

 

Póki co na rynku dostępne są „Duma i uprzedzenie” i „Opactwo w Northanger”, ale w najbliższym czasie pojawi się też i „Rozważna i romantyczna”, którą rzecz jasna zamierzam nabyć, tudzież wyżebrać od kogoś na nadchodzącą gwiazdkę (mamo? czytasz to? ;-).

W serii wydane są również powieści Elizabeth Gaskell, które są jednak mi zupełnie obce, więc nie będę się na ich temat wypowiadać.

 


wtorek, 21 października 2014
aviator

 

Zaledwie kilka tygodni przed Ninką swoje drugie urodziny obchodził jej potencjalny absztyfikant - Janek. Chłopiec pomimo bardzo młodego wieku ma już dość sprecyzowane zainteresowania, które szumnie można określić jako pasję lotniczą. Nie ma chyba na świecie rzeczy, która sprawia mu większą frajdę jak wycieczki z tatą na podpoznańskie lotnisko, gdzie z rozdziawioną buzią może do woli podziwiać startujące i lądujące samoloty. Sami więc rozumiecie, że nie było innej opcji jak urodziny w takim, a nie innym klimacie. Powstał zatem podniebny tort, chmurkowe girlandy, samolotowe babeczki i cała eskadra papierowych spitfire'ów, która w zwartym szyku szybowała ponad głowami gości. 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

Tylko proszę sobie nie myśleć, ze ja mam nie wiadomo jaką wyobraźnię techniczną. Model samolotu nie jest absolutnie moim dziełem autorskim. Z pomocą przyszła mi specjalizująca się w kartonowych zabawkach firma Leolandia. Rozłożyłam na czynniki pierwsze jeden z ichniejszych modeli i (co tu dużo gadać) bezczelnie zerżnęłam pomysł. Nie da się jednak ukryć, że taki domowej roboty spitfire nijak się ma do świetnie wykonanych, tekturowych projektów producenta. Coś o tym wiem, bo tekturowymi samolotami i lokomotywami z Leolandii obdarowałam już wszystkich moich bratanków.


Gdyby jednak ktoś chciał spróbować swoich sił jako konstruktor lotniczy:

 

 

Zrobienie takiego samolotu, choć może wydawać się skomplikowane, jakoś specjalnie trudne nie jest. Trochę wycinania, trochę zginania i zszywanie. Najwięcej roboty jest przy zrobieniu szablonu (wszystkie elementy konstrukcji potrzebne do złożenia modelu widoczne są na zdjęciu powyżej). 

 

 

1. Zaczynamy od najłatwiejszego, czyli odrysowujemy poszczególne elementy. Przy którymś z kolei doszłam do takiej perfekcji, że wszystkie pięknie mieściły mi się na jednej kartce. 

2. Krok drugi też do skomplikowanych nie należy - wycinamy, ot co!

3. Zaginamy kadłub samolotu do góry.

4. Od spodu dokładamy skrzydła. Zaginamy do wewnątrz wystające ze skrzydeł dzyndzle (normalnie nazwałabym je skrzydełkami, ale skrzydełka skrzydeł jakoś głupio brzmią).

5. Przytwierdzamy skrzydła (za dzyndzle) zszywaczem.

6. O, tak to powinno wyglądać już po umocowaniu skrzydeł. Ten niewielki element z boku to zagięte już wcześniej i przygotowane do zamontowania podwozie. 

 

 

7. Przekładamy samolot na drugą stronę i przytwierdzamy podwozie.

8. W ten sposób.

9. Zszywamy kabinę.

10. Teraz musimy trochę ponacinać. Wpierw nacinamy, tak gdzieś do połowy, statecznik pionowy (czy jak to się tam nazywa).

11. A później tniemy do połowy koniuszek dziobu samolotu. 

12. Na sam koniec w nacięcie na ogonie wsuwamy stateczniki poziome, a w nacięcie na dziobie (tu akurat zdjęcia brak) śmigło. 

I tyle!



poniedziałek, 13 października 2014
rainbow party

 

Dwa dni temu moja ulubiona mała dziewczynka skończyła dwa lata. Tort na tę okazję miałam zaplanowany już od roku. Naprawdę. W chwili kiedy przyklejałam ostatni kwiatek na tort zeszłoroczny, miałam już w głowie kolejny. Na motyw przewodni urodzin wybrałam tęczę, bo jest to wzór ładny, a ja w nosie mam ostatnie kontrowersje wokół niego. Powstało zatem kolorowe ciasto (niech Was nie zwiedzie jego monochromatyczne zewnętrze), barwne babeczki i tęczowe chmurki z których jestem wybitnie dumna, bo wyszły dokładnie takie, jak wyjść miały. Urocza jubilatka wydawała się być zadowolona :-). A ja dumam już nad oprawą kolejnych urodzin. Toć to już za rok! 


 

 

 

 

 

Tort z tęczową żelką to u mnie nie nowość. Podobny zrobiłam rok temu na swoje urodziny. Poszłam wtedy nieco na łatwiznę. Za to w tym poszalałam z kolorami.

 

 

Z chmurkami ciężko przyszło mi się rozstać, no ale nie dla siebie je robiłam. Zawsze zresztą można zrobić sobie kolejną. O tak:

 


Blok, nożyczki, taśma dwustronna znajdą się chyba w każdym domu. Trzeba jedynie zainwestować w satynową tasiemkę. Można też wybrać wersję ekonomiczną i użyć bibuły, choć to już nie to samo...


 

Opis do tych zdjęć jest chyba niepotrzebny. Zrobienie chmurki jest proste jak budowa cepa i czasem zastanawiam się czy nikogo nie obrażam publikując tak łatwe tutoriale... No, ale niech będzie:


1. Rysujemy chmurkę. 

2. Wycinamy.

3. Najlepiej wyciąć od razu dwie.

4. Na jedną z chmurek naklejamy kawałki taśmy dwustronnej.

5. I w równych odstępach przyklejamy wstążkę.

6. W kolejności wiadomej.

7. Zdzieramy warstwę ochronną z pozostałych kawałków taśmy i sklejamy dwie chmurki razem.

8. Przycinamy tasiemki i voilà, gotowe! 


Możemy się teraz radować tęczą nie tylko po deszczu. 

 

sobota, 11 października 2014
bokka

 

A dziś jeszcze, mimo późnej pory będzie piosenka. Piosenka będzie dlatego, że ładna i dlatego, że chwilę temu wróciłam z koncertu na którym była grana i jak nic nie mogę pozbyć się jej teraz z głowy...



 

Zespół od piosenki nazywa się Bokka, ale kto w nim tak naprawdę gra i śpiewa nie wiadomo. Takie z nich cwaniaki, że ukrywają swoje personalia, a na scenie zawsze występują w maskach, bardzo efektownych maskach trzeba przyznać. Oczywiście jakby się uprzeć można by przeprowadzić śledztwo i winnych zdemaskować, tylko...po co? 

Miłego słuchania :-) Idę spać.


Tagi: muzyka
23:49, mukla
Link Dodaj komentarz »
puffinsy

 

Przez całe lato w wybranych miastach Polski odbywały się weekendowe targi śniadaniowe. Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo była to impreza na tyle nagłośniona, że chyba nie ma nikogo, kto by o niej nie słyszał. Wypadało się tam choć raz pokazać, zamówić organicznego burgera i pstryknąć fotkę na instagram czy facebooka – inaczej twoje hipsterstwo byłoby niepełne. Taa... wiem, jad się ze mnie sączy... A nie powinien, tym bardziej, że sama również tam często bywałam. Raz, że miałam nader blisko, a dwa, że lubię sobie zjeść śniadanie, które nie jest nudną kanapką. Na Targu były więc różne musy i hummusy, przeciery, burgery (na śniadanie?!), naleśniki, ciastka i inne cuda. Jedne smaczne inne mniej, ale wszystkie w słonych cenach.

 


Były też apetyczne Puffinsy. Bez obaw, nie zjadłam maskonura (choć nie jest powiedziane, że nigdy tego nie zrobię ;-), Islandczycy ich mięsem nie gardzą) – Puffinsy na rodzimym rynku to nic innego, jak suszone owoce. Zdegustowałam jabłko, banana, miechunkę, a po ananasie serce Puffinsom oddałam. Smaczne i chrupiące te owoce mieli, ale stoisko jakieś takie smutne. No to zapytałam z głupia frant, czy im jakiejś girlandy nie trzasnąć, co by jeszcze bardziej owocowo było. Poprosili żebym wysłała, tak dla przykładu, co ja tam sobie dłubię, to zobaczą, pomyślą i dadzą ewentualnie znać. No i dali – że chcą :-). Super! Zabrałam się zatem do roboty i zmajstrowałam Puffinsom soczystą girlandę i kilka wesołych kulek, które ku mojej ogromnej radości wisiały na stoisku już do końca września.

 

 

 

 


 

 

 

 

Gdyby kogoś naszła akurat ochota na taką wesołą kulkę, to proszę bardzo, będzie tutorial:

 

 

Przyda się papier, nożyczki i maszyna do szycia. To coś dziwnego na zdjęciu, to wycinarka do kółek.

 

 

1. No to tniemy, Mili Państwo. Wycinarka do kółek to taka moja mała zachcianka. Myślałam, że będzie bardziej przydatna. Niestety okazało się, że najmniejsze kółka jakie można wyciąć mają średnicę 10 cm! Będę szukała mniejszej. Tej z Tchibo zatem nie polecam.


2. Choć kółeczka, nie powiem, ładnie wycina...

 

3. Składamy ze sobą cztery-pięć kółek.

 

4. I ostrożnie zszywamy. Lepiej użyć czterech kółek. Kulka co prawda wyjdzie mniej efektowna, ale na pięciu można złamać igłę. Wiem coś o tym :-/

 

5. Mocno odginamy poszczególne skrzydełka.

 

6. I rozkładamy je dookoła szycia.

 

Ot, cała filozofia!

 


 
1 , 2