Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
piątek, 27 marca 2015
mistrzyni ilustracji - Bożena Truchanowska

 

No to już, tradycyjnie odczekałam swoje, więc mogę wreszcie zacząć wspominać tegoroczne Targi Książki dla Dzieci i Młodzieży. Na szczęście nie będę musiała sięgać pamięcią daleko wstecz, bo targi miały miejsce w zeszły weekend, więc wciąż na świeżo kołaczą mi się w głowie. Tym bardziej, że przypomina mi o nich stosik potargowych łupów (w tym roku niepokojąco wysoki) elegancko piętrzący się na stole, który nijak nie ma ochoty powędrować na półki. A co tam, niech jeszcze poleży, niech nacieszy moje oczy, a może i do jakiegoś posta zmobilizuje...

 

Zwykle w pierwszej kolejności zamieszczałam mini-relację z Salonu Ilustratorów, wystawy prezentującej pracę młodego narybku ilustratorskiego naszego kraju. Wystawy na którą, nie ukrywam, zawsze czekam z utęsknieniem i (niestety) dużymi nadziejami. Ale w tym roku odwrócę kolejność i zacznę od wystawy „Mistrzowie ilustracji”. O taki psikus! A zrobię tak dlatego, że mnie wybitnie tegoroczny mistrz (a właściwie mistrzyni) ukontentował.

 

 

Ową mistrzynią była tym razem Bożena Truchanowska. Artystka nieco już dzisiaj zapomniana. A szkoda, bo to jedna z wybitniejszych polskich ilustratorek, zaliczana do twórców polskiej szkoły ilustracji, stawiana nieraz w jednym obrazkowym rzędzie obok samego Józefa Wilkonia. W swojej karierze może pochwalić się ubarwieniem blisko 100 książek. Znalazły się wśród nich i klasyczne baśnie (Grimmów, Perraulta, Andersena, Hoffmanna), ale i pozycje nieco bliższe współczesności, jak wiersze Ficowskiego, czy książki Hanny Januszewskiej i Joanny Papuzińskiej. Przez wiele lat współpracowała również z redakcjami dziecięcych czasopism, takich jak „Miś”, „Świerszczyk”, czy „Płomyczek”. No, ogólnie było tego dużo i jestem gorąco przekonana, że każdy z Was miał w życiu choć raz jakąś książeczkę zmalowaną przez panią Bożenę. Nawet jeśli w tej chwili nie jesteście jej sobie w stanie przypomnieć, to podejrzewam, że wystarczy jedno spojrzenie na jej pełne staroświeckiego uroku, tryskające kolorem nieco oniryczne prace, żeby wróciły wspomnienia :-). Mówi się, że te najpopularniejsze obrazowały polskie wydanie „Małego pokoju z książkami”, choć dla mnie przede wszystkim będą to ilustracje do bardzo lubianej w dzieciństwie książki „Dwie Dorotki”.

 

 

 

 

 

Pani Bożena jest laureatką licznych nagród i wyróżnień. Już w 1959 roku otrzymała Srebrny Medal na Międzynarodowych Targach Książki w Lipsku (wspólnie z mężem Wiesławem Majchrzakiem – również ilustratorem), a 2013 została wyróżniona przez Polską Sekcję IBBY nagrodą za całokształt twórczości. Tydzień temu jej kolekcja nagród powiększyła się o kolejną – statuetkę „Pegazika”, którą rok rocznie przyznaje się podczas Poznańskich Spotkań Targowych twórcom szczególnie zaangażowanym w wydawanie i propagowanie książek dziecięcych.

 

 

 

 

O ile dobrze kojarzę, w księgarniach dostępna jest aktualnie tylko jedna pozycja z ilustracjami Bożeny Truchanowskiej. Wydawnictwo Muza wespół z Muzeum Książki Dziecięcej postanowiło nie tak dawno przypomnieć zmalowaną przez ilustratorkę książkę i pokusiło się o wydanie „Ściany zaczarowanej” autorstwa nieocenionej Joanny Papuzińskiej. Chętni na dorwanie pozostałych tytułów muszą poszperać w antykwariatach. Chyba, że są też i tacy szczęściarze, którzy przezornie pozostawiali sobie na półkach co ładniejsze książki lat pacholęcych. Ach, gdybym wtedy była w stanie przewidzieć moje dzisiejsze zainteresowania, to z pewnością nie powydawałabym młodszym kuzynom wielu ilustracyjnych perełek. Cóż, mogę sobie tylko w brodę pluć i zaklinać, że mój syn (o rany! Cały czas oswajam się z tym nowym słowem :-)) dostanie zakaz pozbywania się swoich książek, które z taką namiętnością od lat już dla niego gromadzę.

 

 

 

 


Aha, jeszcze jedno. Wystawa z hal targowych od 1 kwietnia przenosi się do holu głównego CK Zamek w Poznaniu, więc kto ją przegapił nie musi teraz płakać w kącie. Obrazki Bożeny Truchanowskiej powiszą do 26 kwietnia. 

piątek, 20 marca 2015
w Nibylandii

 

Już za momencik, już za chwileczkę rozpocznie się moje osobiste święto literatury i ilustracji dziecięcej, czyli Poznańskie Targi „Książka dla Dzieci i Młodzieży”. Niech no tylko otworzą bramki, a ochoczo podrepczę (pobiegłabym, ale mi nie wolno :-( ), żeby nacieszyć oko (no mam nadzieję, że tym razem nie wyjdę zawiedziona...) Salonem Ilustratorów, żeby posłuchać wykładów, przejrzeć nowości, które w tym roku mogły mi umknąć, bo w końcu już drugi miesiąc w domu siedzę. Ale zanim to zrobię mam jakąś taką niejasną ambicję, pokazać na blogu książkę, która dopiero za kilka godzin będzie miała swoją oficjalną premierę, a która z wiadomych względów (Andrzej i jego praca) trafiła do mojego domu już kilka tygodni temu.

 

To „Piotruś Pan” * Jamesa Matthew Barrie'go, pozycja, którą wydawnictwo Media Rodzina wybrało jako swoją sztandarową targową pozycję i co do której ma duże oczekiwania.


 

Muszę przyznać, że miałam z początku z Piotrusiem problem. Najpierw było wielkie oczekiwanie, głosy z wydawnictwa informowały, że to cacko będzie, że ilustracje cudne, a wydanie eleganckie, no cud miód i malina. Jednak kiedy udostępniono do wiedzy publicznej pierwsze ilustracje lekko się zawiodłam. No Disney! Disney jak tralala! A mnie jak wiadomo z taką estetyką nie po drodze**. Wielkookie, słodkie buźki utrzymane w pastelowej kolorystyce nie zachęcały. Ale potem Piotruś trafił na biurko Andrzeja i tak jakoś od jednego przekartkowania, do drugiego zaczęła się we mnie budzić pewna sympatia, a może nawet i pewnego rodzaju zauroczenie...

 

 

 

 


No bo w sumie co jest złego w takim sposobie ilustrowanie, o ile, rzecz jasna jest estetycznie wyważony. A belgijski ilustrator, Quentin Greban, może i czerpie z postdisnejowskiej estetyki, ale nie da się ukryć, że robi to bardzo umiejętnie. Wiem co mówię, bo w moim księgarskim życiu widziałam nie raz prawdziwe koszmarki, które do Disneya aspirować próbują, ale no cóż...

 

 

 

 

 

Dlatego przemyślawszy sprawę z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wydawnictwo rację miało i najnowszy „Piotruś Pan” cackiem jest.

 

* do zdjęć wykorzystałam belgijską wersję książki. Polska mam nadzieję pojawi się w moim domu już dziś.

** ale nawet ja muszę przyznać, że podparyski Disneyland jest suuuuper!

 

czwartek, 19 marca 2015
asfalt o smaku cytrynowym



W związku z tym, że w sierpniu pojawi się w naszym domu mały chłopiec powoli zaczynam oswajać męskie klimaty. No wiecie... muszę się doszkolić w temacie samochodów, samolotów, pociągów, ewentualnie dinozaurów. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi to jakoś ciężko... Pierwsze szlify już zdobyłam, bo mając czterech (o przepraszam, od miesiąca jest ich już pięciu) bratanków nie sposób nie wiedzieć, że Strażak Sam na miejsce mknie, a Tomek jest lokomotywą, która nie mieszka w Stacyjkowie, że jest Lego Batman, Lego Star Wars (!) i Lego Przygoda, no i co najważniejsze: Zygzak kumpluje się ze Złomkiem.

 

Kiedy więc moja znajoma Ewelina prosząc mnie o przygotowanie tortu na trzecie urodziny jej synka wspomniała o autach: „może to być droga, może to być parking, ale wiesz... auta muszą być koniecznie” - to od razu było wiadomo, że nie o pierwsze lepsze auta chodzi :-)

 

 

Powstało zatem słodkie rondo (takie trochę dziwne, bo w środku łąki i bez dróg dojazdowych, w dodatku z absurdalnym ograniczeniem prędkości ;-)) i jestem z niego dumna.

 

 

środa, 18 marca 2015
tort confetti

Bodajże w listopadzie zaklinałam się, że przez najbliższy miesiąc nie pokażę na blogu żadnego tortu. Minęły trzy, więc chyba już mogę. Tym bardziej, że trochę ich w ostatnim czasie powstało i nie zamierzam tego faktu ukrywać. 

 

 

Powyższy, o wybitnie karnawałowej aparycji, stanowił wypiek urodzinowy dla Andrzeja. W przeciwieństwie do tego zeszłorocznego, nie niósł ze sobą żadnego przesłania, miał tylko ładnie wyglądać i smakować gościom. Zdaje się, że jedno i drugie zostało osiągnięte (ach, ta skromność!). 

 

 

 

 

Tort confetti jak zwykle bezczelnie zerżnęłam z bloga Moje Wypieki i tam też odsyłam po przepis. Pani Dorota piecze tak smakowite rzeczy i robi im później tak cudne zdjęcia, że z każdą wizytą na jej blogu popadam w coraz większe cukiernicze kompleksy. W dodatku swój wypiek zaprezentowała na tak urokliwej paterze, że do dziś nie pozbierałam się z zazdrości :-)

środa, 11 marca 2015
Kundel Tv



Wczoraj minął rok od kiedy pod naszym dachem rozpanoszyła się kudłata bestia

I wiecie co? To był naprawdę fantastyczny rok :-)



 

Ale, żeby nie było tak słodko i różowo, to przyznam się teraz po czasie: ja psa nie chciałam. Nigdy nie miałam tej dziwnej potrzeby tarmoszenia za uszy i przytulania okolicznych kundli. Psy znajomych traktowałam z rezerwą, a pogłaskać to ja je mogłam jedynie nogą (autentyk!), żeby sobie rąk nie ubrudzić. Słodkie szczeniaczki jakoś tam mnie rozczulały i owszem (kogo nie rozczulają?), ale nie na tyle, żeby zapragnąć któregoś przygarnąć. No i spójrzmy prawdzie w oczy - psy śmierdzą, brudzą i niszczą. Nie, ja się z psem zdecydowanie nie widziałam. Ze smyczą w ręku widział się za to Andrzej. Pies od wczesnego dzieciństwa był jego marzeniem. Na spacerach jego tęskny wzrok podążał za każdym mijanym czworonogiem. Każdego by wytarmosił, każdemu piłeczkę rzucił.

 

Czego się więc nie robi z miłości... Pewnego dnia, dość spontanicznie i ku własnemu zaskoczeniu zdecydowałam: no dobra, bierzemy psa. Dziś tej decyzji nie żałuję i nie oddałabym naszego Tytusa za żadne skarby, ale przyznaję, ciężko zniosłam jego pojawienie się w naszym domu. Stres był ogromny, oswajanie z jego obecnością długie. No nie ufałam kundlowi i już.


Zaskakujące jest jednak to, jak człowiek potrafi się zmienić. Naprawdę nie umiem powiedzieć kiedy nastąpił (grunt, że nastąpił) przełom i odmieniło mi się o 180 stopni. Przyznaję bez bicia, za to z lekkim wstydem: „zpańciałam” do reszty ;-). Każdy napotkany sierściuch budzi teraz moje zainteresowanie, a na punkcie swojego własnego dostałam (no ba!) totalnego fioła.

Bo może i Tytus jest nico autystyczny, może i nie jest najinteligentniejszym kundlem świata, nic jednak nie zmienia faktu, że jest to najśliczniejszy, najsłodszy, najkochańszy i najgrzeczniejszy psiak pod słońcem. No nic tylko do telewizji z nim ;-) O właśnie tak!

 

Co prawda na ogólnopolską szans raczej nie mamy (choć muszę się pochwalić, że Tytus jako jeden z nielicznych psów w kraju miał okazję dokładnie obwąchać warszawskie studio Faktów TVN), za to od kilku miesięcy z powodzeniem nadaje w naszym mieszkaniu domowa telewizja Kundel Tv.

 

 

Ramówka programowa jest dość zróżnicowana. Emitowane są zarówno programy informacyjne („Druzgocząca wiadomość z naszego podwórka: właściciel pitbula spod 11 nie posprzątał dziś po swoim psie”) jak i rozrywkowe (poniżej screen z show „Jak oni szczekają”):

 

 

 

Dużą popularnością cieszy się audycja poświęcona zdrowemu stylowi życia („Dogojoga, czyli jak będąc psim seniorem zachować sprawny umysł i giętkie ciało”), a także program nocny, który z powodzeniem może konkurować z osławioną rybką MiniMini:

 

 

 

Buda powstała z wybebeszonego telewizora Rubin i nieskromnie mówiąc, jesteśmy z tego naszego meblowego recycylingu niezwykle dumni. :-)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53