Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
wtorek, 03 marca 2015
kupa, kupa, kupa

 

Można by odnieść wrażenie (jakby nie patrzeć słuszne), że jest mnie w wirtualnym świecie mniej. Rzeczywistość przedstawia się zgoła inaczej – jest mnie wręcz zdecydowanie więcej. Mało tego, z każdym dniem powiększam się coraz bardziej. Dziwna sprawa ;-). Będę mamą. Ano!

 

Co niektórzy próbują mi wmówić, że ciąża to taki magiczny czas w życiu każdej kobiety. Mam ochotę poodgryzać im wtedy głowy. Bo póki co, jedyna magia jakiej doświadczam to ta „czarna”. Stan swojej początkowej podwójności znoszę wybitnie źle. Raz, że cała energia uszła ze mnie jak powietrze z balonika (teraz już wiadomo skąd moje grudniowe przemęczenie). Nigdy nie przypuszczałam, że jestem w stanie przespać szesnaście godzin w ciągu dnia (otóż jestem), a wejście na trzecie piętro jawi mi się teraz niczym wyprawa na Mount Everest. W dodatku przez ostanie trzy miesiące prawie w ogóle nie jadłam, a jak już jadłam, to „na krótko”. Pozostałe dolegliwości przemilczę. No rzeczywiście mistyczny czas. Na szczęście wszystko powoli wraca do normy, a ja zaczynam zauważać plusy zaistniałej sytuacji. Na przykład to, że mogę teraz bezkarnie kupować książki dla dzieci, bo wcześniej towarzyszyły temu mniejsze lub większe wyrzuty sumienia. W końcu mam wytłumaczenie.

 

Zatem mój wielki blogowy come back zacznę od książki. I to od razu z grubej rury, bo będzie to książka o kupie.

 

 

Nie mam problemów z książkami o tej tematyce. Na rynku jest sporo tytułów, które w interesujący sposób zaspokajają fekalne zainteresowania dzieci. Wystarczy wspomnieć choćby „Małą książke o kupie”, „Metrykę nocnika” czy „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę” - świetne, edukacyjne pozycje. Nie ma co wydziwiać: kupa to kupa, każdy ją robi – normalka.


Ale co do książki Alexa Schulmana, książki którą pokazuję dzisiaj uczucia mam raczej mieszane. Nijak nie umiem sobie wytłumaczyć w jakim celu powstała, ale też nie potrafię odmówić jej uroku.

 

Jak łatwo się domyśleć zaczarowały mnie ilustracje autorstwa Emmy Adbage. Nawet nie tyle same obrazki, co cudnej urody wzornictwo przemysłowe, które pojawia się na kartkach książki. Każdy jeden wymalowany w duchu skandynawskiego designu mebelek, każdy wazonik, lampę, dywanik przygarnęłabym z chęcią pod swój dach. Cudne są wzory na tekstyliach (prześcieradła Kenzo, z egipskiej bawełny!), minimalistyczny mobil nad łóżeczkiem, różowy fotel i lampa w jadalni. Słowem- wszystko. Mogłabym się wprowadzić między okładki od razu.

 

Uwielbiam tę różową szafkę, stojąca na niej lampkę, oświetlenie sufitowe, dwuskrzydłowe drzwi i efektowne rozmieszczenie obrazków na ścianie.

 

Dywanik, fotel i mobil znad łóżeczka - biorę.

 

 Wzory, wzory wzory!

 

Nie chciałabym jednak za nic w świecie przygarnąć głównej bohaterki. Czarnooka Nikki to mały potwór, demon w skórze dziecka, koszmar każdego rodzica. Ok, może jest i bystra (jak na niemowlaka), może i dowcipna, ale jest też paskudnie złośliwa. Bo kto to widział, żeby przez siedemnaście dni z rzędu odkładać swoje niestrawione resztki pokarmowe, aby ot tak, dla frajdy, skutecznie (uwaga, niepoprawne, ale jednak pasujące tu jak żadne słowo) zasrać życie swoim opiekunom? Fabuła jak znalazł dla kogoś, kto powoli oswaja się z myślą o pieluchach :-)

 

 Prawda, że to spojrzenie nie wróżby nic dobrego?

 

 

 No to dalej...

 

 ...na prześcieradło z egipskiej bawełny! 

 

Autor książki Alex Schulman jest popularnym w Szwecji blogerem, który pisze o swoich ojcowskich doświadczeniach. Czy demoniczną Nikki wzorował na którejś ze swoich córek, ciężko powiedzieć, bo pisze po szwedzku, a ja jak łatwo się domyśleć, szwedzkiego ni w ząb.

 

Błagam, powiedzcie, że takie dzieci jak Nikki to tylko fikcja literacka.

środa, 24 grudnia 2014
życzę

 

Zaliczam ostatnio drastyczny spadek formy, całymi dniami najchętniej bym spała (czy to jeszcze przesilenie?), toteż i na blogu tyle mnie co na lekarstwo. Nie będzie więc świątecznych wypieków i poowijanych w śnieżynkowy papier prezentów. Będą za to życzenia. Bo życzenia rzecz ważna, być muszą!

 

Mili moi, wszystkiego dobrego na ten świąteczny czas. Spokoju, radości, rodzinnego ciepła. Nie przejadajcie się zbytnio i wyśpijcie (o tak!) porządnie ;-)

 

Pięknych Świąt życzą Wam Mukla, Andrzej i ich kudłata bestia (której przecież nie mogło zabraknąć na tegorocznej "rodzinnej" kartce świątecznej ;-)) 

 

poniedziałek, 08 grudnia 2014
for.rest

 

Lubimy sobie raz na jakiś czas spędzić weekend w jakimś miłym dworku tudzież pałacyku. I to zupełnie bez okazji. Takie wielkopańskie zapędy mamy, choć przodkowie nasi to raczej za pługiem chodzili niż melby na salonach jedli ;-)

 


Minioną sobotę i niedzielę bawiliśmy zatem w podpoznańskich Kobylinikach. Byliśmy tam jakiś czas temu na jednodniowej wycieczce i spodobało nam się na tyle, że postanowiliśmy wrócić na dłużej. Pałacyk jest urokliwy, odremontowany co prawda już lata temu, ale nie straszy. Otacza go niewielki park, co wydawało się dość istotne dla naszej bestii, bo mogła hasać do woli (tyle tylko, że nie miała akurat ochoty). Nauczeni doświadczeniem z wcześniejszych pobytów upewniliśmy się, czy nie szykuje się tam jakaś impreza i o dziwo okazało się, że jesteśmy w tych dniach jedynymi gośćmi. No szał, cała służba na nasze rozkazy ;-). W restauracji na kolacji też tylko my. Dość upiorne uczucie, ale jedzenie przepyszne.

 


 

 

Do Kobylnik pojechałam zupełnie nie po królewsku, bo w kaloszach. Zabrałam też ze sobą koszyk pełen porcelany, którą zamierzałam obfotografować.

 


 

Mówi się, że kubek to najbardziej uniwersalny prezent. Zawsze jest nań zapotrzebowanie i zawsze można wybrać model adekwatny do okazji. Cóż... śmiem się z tym nie zgodzić. Bo ja w kwestii kubków bywam wybitnie wybredna. Muszą mieć określoną pojemność i kształt, nie mogą być zrobione ze zbyt grubej (ani zbyt cienkiej) porcelany, fajans też nie wchodzi w grę. Komputerowy nadruk nie jest mile widziany - chyba, że zachwyci (Orla Kiely!), a uszko, rzecz jasna musi być odpowiednio wyprofilowane. Wydziwiam? E, nie... Powyższe kryteria idealnie spełniał mój dotychczasowy komplet malowany w wielkie grochy. Niestety, naczynia mają to do siebie, że lubią się tłuc...

Zdarzyło się więc, że przez ostatnie miesiące żyliśmy o dwóch kubkach, bo wszystkie pozostałe potraciły uszka. Niby wystarczy, gorzej jak przychodzą goście. Na nowe nie umiałam się zdecydować, bo wszystkie były „nie takie”. Andrzej już zaczął wygrażać, że pójdzie i kupi pierwsze lepsze. No nie było zmiłuj...

I kiedy już zdawało się, że przyjdzie nam pić herbatę w słoikach, internet objawił mi porcelanę młodej polskiej marki For.rest. To było to, czego szukałam. Pokochałam te krzywe liski i wiewiórki, rysie, misie, boberki i dziki, a szopa to już chyba najbardziej, dlatego bez wahania zamówiłam cały komplet (+ dwa na wszelki wypadek, gdyby tamte się stłukły). Uproszczone, ale nie pozbawione uroku wizerunki leśnych mieszkańców narodziły się w głowie Dagmary Malacy. Każdy kubek malowany jest przez autorkę ręcznie, co czyni poszczególne sztuki, mimo konkretnego wzoru, niepowtarzalnymi. Wzory są utwardzane, więc (mam nadzieję) nie zetrą się zbyt szybko.

 


 

 

 


Teraz nasza codzienna przerwa na kawę odbywa się w iście leśnym klimacie ;-)

 

Leśne kubki, filiżanki i miseczki można sobie nabyć na Pakamarze lub Showroomie.

niedziela, 30 listopada 2014
pin up b-day party w Cuba Libre

 

Jestem niekonsekwentna. Trudno. Zaklinałam się ostatnio, że ograniczę ilość ciastek na blogu, a dziś znów na słodko. No nic na to nie poradzę, że ja ostatnio niczego innego nie robię jak tylko piekę. W dodatku zdarza mi się piec w ilości przemysłowej :-).

 


Jakiś czas temu odezwały się do mnie dziewczyny z poznańskiego latino clubu "Cuba Libre". Szykowała się impreza urodzinowa w stylistyce pin up girl i w związku z tym było zapotrzebowanie na słodkie babeczki. Duuużo babeczek! Troszeczkę byłam przerażona trzycyfrową liczbą zamówienia, ale ochoczo zabrałam się do pracy. Piekarnik chodził nieprzerwanie od 6 rano do 13. Pod koniec dnia plecy bolały mnie niemiłosiernie, a cukrowe kulki latały po całym domu, nie mniej starczyło mi jeszcze energii, żeby wskoczyć w kieckę (najbardziej pin up'ową w mojej szafie - tak sądzę ;-) i obfotografować moje dziełka. Efektem chwaliłam się już raz na muklowym facebooku. 

Okazało się jednak, że ta domowa sesja była zupełnie zbędna. W trakcie właściwej imprezy po parkiecie krążył profesjonalny fotograf, który w obiektywie, oprócz setek radośnie bawiących się gości, uchwycił też i moje piekarnicze cudeńka.

Zdjęcia są śliczne, dlatego pokazuję ;-) Pożyczyłam je z cuba librowego facebooka

 

 

Zdaje się, że goście bawili się przednio. 

 

 

Bardzo nieskromnie jestem z siebie dumna!

wtorek, 18 listopada 2014
ruffle cake

Dziś też będę Was moi mili kusiła tortem. Obiecuję, że to już ostatni raz i przez najbliższy miesiąc żadnych słodkości na blogu nie uświadczycie. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Chęć pochwalenia się (no inaczej tego nazwać nie można) moim ostatnim wypiekiem wygrała ze zdrowym rozsądkiem, który podpowiadał: "opanuj się; za dużo cukru".

No trudno, najwyżej Was zemdli :-)

 

 

Na punkcie tzw. ruffle cake oszalałam ponad rok temu. Raz, że są śliczne, a dwa, że w smaku też im nic nie brakuje. Niestety są też niezwykle kaloryczne, bo krem na falbanki, to góra masła, ale kto by się tam takim szczegółem przejmował?

Pierwsze nieśmiałe i wybitnie krzywe próby poczyniłam majstrując przy torcie na swoje własne trzydzieste urodziny. Choć był daleki od ideału, to i tak byłam z niego dumna. Dziś nieskromnie uważam, że w fikuśnym wyciskaniu maślanych falbanek zbliżam się już do mistrzostwa. Dowodem na to niech będzie, moje ostatnie dzieło - różowiasty torcik dla pewnej małej księżniczki Amelki.

 

 

 

 

 

Gdyby jego przygotowanie nie było tak pracochłonne, to wypiekałabym

falbaniaste torty codziennie. 

 

Gdyby kogoś naszła ochota, polecam sprawdzony przepis z bloga niezawodnej Doroty Świątkowskiej.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53