Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
poniedziałek, 17 listopada 2014
lego przygoda

 

Tort w kształcie klocka lego był dla mnie wyzwaniem. Prawdziwie ekstremalną przygodą. Wybujale przekonana o własnych talentach cukierniczych podjęłam się tego zadania z ochotą. No bo jak? Ja nie potrafię? Ja nie potrafię?

 


No okazało się, że jednak nie potrafię :-/ Zamiast cudnie kanciastego i smukłego lego basic, wyszedł mi rozlazły klocek duplo.

Jestem więc moim "dziełem" dość niepocieszona. Podobnych rozterek nie miał na szczęście jubilat - siedmioletni Wojtuś, a to przecież jego zdanie było w tej kwestii najważniejsze. 

 

 

 


niedziela, 16 listopada 2014
zachmurzenie umiarkowane

 

Obsesja chmurek trwa w najlepsze!



 

Moja przyjaciółka Anna, która niedawno została mamą, poprosiła mnie o przygotowanie zaproszeń na chrzest swojej maleńkiej córeczki Julki. Sprawiła mi tym dużo radości, bo co jak co, ale w papierze grzebać lubię. Nawet nie musiałam specjalnie długo dumać nad projektem, bo od razu wiedziałam, że motywem przewodnim po raz kolejny uczynię chmurki. 

 

 

 


Tak bardzo spodobał mi się patent, który wykorzystałam na urodzinkach słodkiej Ninki, że postanowiłam zaadaptować go na potrzeby Juleczkowych zaproszeń. Anna, no cóż, swoją wizję miała i z początku na chmurki trochę nosem kręciła, ale ostatecznie osiągnęłyśmy kompromis. To znaczy, ona myśli, że osiągnęłyśmy, bo tak naprawdę to postawiłam na swoim ;-) Co prawda do końca nie byłam pewna, czy gotowe zaproszenia zadowolą moją wybredną przyjaciółkę, ale wczoraj mogłam odetchnąć z ulgą - chmurki zostały zaaprobowane.

 


Nauczać w tej materii nie będę - rzecz jest prosta jak drut. Wycinasz chmurkę i naklejasz. Ot co! A jak się komuś nie chce z papierem i wstążką bawić, to zawsze może zlecić sprawę mnie ;-)

 

czwartek, 30 października 2014
rozważna czy romantyczna?

 

Mili Państwo, proszę mnie nie szukać. Aktualnie przebywam w XIX wiecznej Anglii, gdzie z gracją oddaję się sztuce konwersacji, malowaniu landszaftów i graniu na klawikordzie. Uczęszczam również na proszone herbatki, a raz na jakiś czas bawię na balu (mam jeszcze wolne miejsce na kolejnego kadryla ;-). Chwilowo zatrzymałam się w Bath, gdzie towarzyszę słodkiej i naiwnej Katarzynie Morland, która co prawda trochę mnie irytuje, ale na szczęście tylko trochę.


Rozdwojenie jaźni? Eh, nie...magia czytania!

 


 

Dopadł mnie paskudny wirus i od dni kilku nie chce odpuścić. Korzystając więc z tego przywileju chorych, jakim jest bezkarne czytanie w łóżku przez dzień cały, spędzam kolejne godziny z książkami niezawodnej Jane Austen. No, raz na jakiś czas taka mnie tkliwa potrzeba najdzie i wcale, a wcale się tego nie wstydzę.

 

Założę się, że nikt już nie pamięta jak wzdychałam do pięknie wydawanych przez brytyjskiego Penguina książek Austen. To właśnie wtedy obudziła się we mnie żądza skompletowania sobie wszystkich (na szczęście nie ma ich znowu aż tak wielu) pozycji tejże pisarki. Problem był taki, że ja chciałam równie ładne wydanie i to od razu całą serię. Tyle tylko, że na naszym rynku nie było. Znaczy były, ale niezadowalające. Z każdej książki uśmiechała się do mnie albo Kate Winslet, albo Keira Knightley. Brr...okładki filmowe. Nie cierpię okładek filmowych. Stwierdziłam, że nie śpieszy mi się, poczekam, ktoś przecież kiedyś w końcu wyda...


No i wydał - Świat Książki.


 

A tu już książka bez obwoluty - jeszcze ładniejsza.

 

„Angielski ogród” tak nazywa się ta seria. Dobrze się nazywa, bo jak inaczej mogłaby się nazywać seria, której okładki wyglądają jak tapety z mieszczańskiego domu sprzed dwustu lat. Nie piszę tego z przekąsem, uważam, że projektant książek, Krzysztof Rychter, idealnie dobrał taką słodko kwiatową oprawę do babskich jakby nie było powieści. No cud, miód, malina i konfitura z dzikiej róży. O!

 

 

Póki co na rynku dostępne są „Duma i uprzedzenie” i „Opactwo w Northanger”, ale w najbliższym czasie pojawi się też i „Rozważna i romantyczna”, którą rzecz jasna zamierzam nabyć, tudzież wyżebrać od kogoś na nadchodzącą gwiazdkę (mamo? czytasz to? ;-).

W serii wydane są również powieści Elizabeth Gaskell, które są jednak mi zupełnie obce, więc nie będę się na ich temat wypowiadać.

 


wtorek, 21 października 2014
aviator

 

Zaledwie kilka tygodni przed Ninką swoje drugie urodziny obchodził jej potencjalny absztyfikant - Janek. Chłopiec pomimo bardzo młodego wieku ma już dość sprecyzowane zainteresowania, które szumnie można określić jako pasję lotniczą. Nie ma chyba na świecie rzeczy, która sprawia mu większą frajdę jak wycieczki z tatą na podpoznańskie lotnisko, gdzie z rozdziawioną buzią może do woli podziwiać startujące i lądujące samoloty. Sami więc rozumiecie, że nie było innej opcji jak urodziny w takim, a nie innym klimacie. Powstał zatem podniebny tort, chmurkowe girlandy, samolotowe babeczki i cała eskadra papierowych spitfire'ów, która w zwartym szyku szybowała ponad głowami gości. 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

Tylko proszę sobie nie myśleć, ze ja mam nie wiadomo jaką wyobraźnię techniczną. Model samolotu nie jest absolutnie moim dziełem autorskim. Z pomocą przyszła mi specjalizująca się w kartonowych zabawkach firma Leolandia. Rozłożyłam na czynniki pierwsze jeden z ichniejszych modeli i (co tu dużo gadać) bezczelnie zerżnęłam pomysł. Nie da się jednak ukryć, że taki domowej roboty spitfire nijak się ma do świetnie wykonanych, tekturowych projektów producenta. Coś o tym wiem, bo tekturowymi samolotami i lokomotywami z Leolandii obdarowałam już wszystkich moich bratanków.


Gdyby jednak ktoś chciał spróbować swoich sił jako konstruktor lotniczy:

 

 

Zrobienie takiego samolotu, choć może wydawać się skomplikowane, jakoś specjalnie trudne nie jest. Trochę wycinania, trochę zginania i zszywanie. Najwięcej roboty jest przy zrobieniu szablonu (wszystkie elementy konstrukcji potrzebne do złożenia modelu widoczne są na zdjęciu powyżej). 

 

 

1. Zaczynamy od najłatwiejszego, czyli odrysowujemy poszczególne elementy. Przy którymś z kolei doszłam do takiej perfekcji, że wszystkie pięknie mieściły mi się na jednej kartce. 

2. Krok drugi też do skomplikowanych nie należy - wycinamy, ot co!

3. Zaginamy kadłub samolotu do góry.

4. Od spodu dokładamy skrzydła. Zaginamy do wewnątrz wystające ze skrzydeł dzyndzle (normalnie nazwałabym je skrzydełkami, ale skrzydełka skrzydeł jakoś głupio brzmią).

5. Przytwierdzamy skrzydła (za dzyndzle) zszywaczem.

6. O, tak to powinno wyglądać już po umocowaniu skrzydeł. Ten niewielki element z boku to zagięte już wcześniej i przygotowane do zamontowania podwozie. 

 

 

7. Przekładamy samolot na drugą stronę i przytwierdzamy podwozie.

8. W ten sposób.

9. Zszywamy kabinę.

10. Teraz musimy trochę ponacinać. Wpierw nacinamy, tak gdzieś do połowy, statecznik pionowy (czy jak to się tam nazywa).

11. A później tniemy do połowy koniuszek dziobu samolotu. 

12. Na sam koniec w nacięcie na ogonie wsuwamy stateczniki poziome, a w nacięcie na dziobie (tu akurat zdjęcia brak) śmigło. 

I tyle!



poniedziałek, 13 października 2014
rainbow party

 

Dwa dni temu moja ulubiona mała dziewczynka skończyła dwa lata. Tort na tę okazję miałam zaplanowany już od roku. Naprawdę. W chwili kiedy przyklejałam ostatni kwiatek na tort zeszłoroczny, miałam już w głowie kolejny. Na motyw przewodni urodzin wybrałam tęczę, bo jest to wzór ładny, a ja w nosie mam ostatnie kontrowersje wokół niego. Powstało zatem kolorowe ciasto (niech Was nie zwiedzie jego monochromatyczne zewnętrze), barwne babeczki i tęczowe chmurki z których jestem wybitnie dumna, bo wyszły dokładnie takie, jak wyjść miały. Urocza jubilatka wydawała się być zadowolona :-). A ja dumam już nad oprawą kolejnych urodzin. Toć to już za rok! 


 

 

 

 

 

Tort z tęczową żelką to u mnie nie nowość. Podobny zrobiłam rok temu na swoje urodziny. Poszłam wtedy nieco na łatwiznę. Za to w tym poszalałam z kolorami.

 

 

Z chmurkami ciężko przyszło mi się rozstać, no ale nie dla siebie je robiłam. Zawsze zresztą można zrobić sobie kolejną. O tak:

 


Blok, nożyczki, taśma dwustronna znajdą się chyba w każdym domu. Trzeba jedynie zainwestować w satynową tasiemkę. Można też wybrać wersję ekonomiczną i użyć bibuły, choć to już nie to samo...


 

Opis do tych zdjęć jest chyba niepotrzebny. Zrobienie chmurki jest proste jak budowa cepa i czasem zastanawiam się czy nikogo nie obrażam publikując tak łatwe tutoriale... No, ale niech będzie:


1. Rysujemy chmurkę. 

2. Wycinamy.

3. Najlepiej wyciąć od razu dwie.

4. Na jedną z chmurek naklejamy kawałki taśmy dwustronnej.

5. I w równych odstępach przyklejamy wstążkę.

6. W kolejności wiadomej.

7. Zdzieramy warstwę ochronną z pozostałych kawałków taśmy i sklejamy dwie chmurki razem.

8. Przycinamy tasiemki i voilà, gotowe! 


Możemy się teraz radować tęczą nie tylko po deszczu. 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53