Kategorie: Wszystkie | ILUSTRACJA
RSS
sobota, 11 października 2014
bokka

 

A dziś jeszcze, mimo późnej pory będzie piosenka. Piosenka będzie dlatego, że ładna i dlatego, że chwilę temu wróciłam z koncertu na którym była grana i jak nic nie mogę pozbyć się jej teraz z głowy...



 

Zespół od piosenki nazywa się Bokka, ale kto w nim tak naprawdę gra i śpiewa nie wiadomo. Takie z nich cwaniaki, że ukrywają swoje personalia, a na scenie zawsze występują w maskach, bardzo efektownych maskach trzeba przyznać. Oczywiście jakby się uprzeć można by przeprowadzić śledztwo i winnych zdemaskować, tylko...po co? 

Miłego słuchania :-) Idę spać.


Tagi: muzyka
23:49, mukla
Link Dodaj komentarz »
puffinsy

 

Przez całe lato w wybranych miastach Polski odbywały się weekendowe targi śniadaniowe. Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo była to impreza na tyle nagłośniona, że chyba nie ma nikogo, kto by o niej nie słyszał. Wypadało się tam choć raz pokazać, zamówić organicznego burgera i pstryknąć fotkę na instagram czy facebooka – inaczej twoje hipsterstwo byłoby niepełne. Taa... wiem, jad się ze mnie sączy... A nie powinien, tym bardziej, że sama również tam często bywałam. Raz, że miałam nader blisko, a dwa, że lubię sobie zjeść śniadanie, które nie jest nudną kanapką. Na Targu były więc różne musy i hummusy, przeciery, burgery (na śniadanie?!), naleśniki, ciastka i inne cuda. Jedne smaczne inne mniej, ale wszystkie w słonych cenach.

 


Były też apetyczne Puffinsy. Bez obaw, nie zjadłam maskonura (choć nie jest powiedziane, że nigdy tego nie zrobię ;-), Islandczycy ich mięsem nie gardzą) – Puffinsy na rodzimym rynku to nic innego, jak suszone owoce. Zdegustowałam jabłko, banana, miechunkę, a po ananasie serce Puffinsom oddałam. Smaczne i chrupiące te owoce mieli, ale stoisko jakieś takie smutne. No to zapytałam z głupia frant, czy im jakiejś girlandy nie trzasnąć, co by jeszcze bardziej owocowo było. Poprosili żebym wysłała, tak dla przykładu, co ja tam sobie dłubię, to zobaczą, pomyślą i dadzą ewentualnie znać. No i dali – że chcą :-). Super! Zabrałam się zatem do roboty i zmajstrowałam Puffinsom soczystą girlandę i kilka wesołych kulek, które ku mojej ogromnej radości wisiały na stoisku już do końca września.

 

 

 

 


 

 

 

 

Gdyby kogoś naszła akurat ochota na taką wesołą kulkę, to proszę bardzo, będzie tutorial:

 

 

Przyda się papier, nożyczki i maszyna do szycia. To coś dziwnego na zdjęciu, to wycinarka do kółek.

 

 

1. No to tniemy, Mili Państwo. Wycinarka do kółek to taka moja mała zachcianka. Myślałam, że będzie bardziej przydatna. Niestety okazało się, że najmniejsze kółka jakie można wyciąć mają średnicę 10 cm! Będę szukała mniejszej. Tej z Tchibo zatem nie polecam.


2. Choć kółeczka, nie powiem, ładnie wycina...

 

3. Składamy ze sobą cztery-pięć kółek.

 

4. I ostrożnie zszywamy. Lepiej użyć czterech kółek. Kulka co prawda wyjdzie mniej efektowna, ale na pięciu można złamać igłę. Wiem coś o tym :-/

 

5. Mocno odginamy poszczególne skrzydełka.

 

6. I rozkładamy je dookoła szycia.

 

Ot, cała filozofia!

 


niedziela, 05 października 2014
parco di pinocchio

 

Nie dzierżę Pinokia, już to zresztą kiedyś ustaliliśmy. Mało który bohater literacki irytuje mnie tak skutecznie jak ten durny pajac. Tak się jednak złożyło, że spędzałam wakacje o rzut beretem od rodzinnej miejscowości autora, miejscowości  o nie dającej się nie zauważyć nazwie - Collodi. Na wszelki wypadek jednak, gdyby ktoś przypadkiem nie skojarzył tej nazwy z nazwiskiem Carlo Collodiego, miasto już od wjazdu bombarduje przybysza mniejszymi lub większymi Pinokiami. Pajace wylewają się zewsząd i atakują z każdej sklepowej witryny. Dla dziecka książka, marionetka, bączek co się na nosie kręci; dla mamy solniczka w czerwonym kubraczku; dla taty otwieracz do butelek, co by mu łatwiej i przyjemniej w tym pajacowie czas minął.

 

 

 

 

Zaskakujące, jaki biznes można robić na jednym tylko bohaterze (a Carlo Collodi napisał przecież i inne książki). Miasteczko w zasadzie z Pinokia żyje. Główną atrakcją jest Parco di Pinocchio – tematyczny park rozrywki, który w każdym przewodniku (a zabrałam trzy) reklamowany był jako fantastyczna atrakcja ściągająca rokrocznie miliony odwiedzających z całego świata. Jako ambitna księgara zaangażowana mocno w literaturę dla dzieci postanowiłam na chwile zapomnieć o mojej niechęci do tego strugańca i poddać się magii miejsca. Powiedzmy to zresztą szczerze, hasło „park rozrywki” działa na mnie jak magnes. Już na samą myśl o takich atrakcjach uśmiecham się jak głupi do sera, co daje mi powody do obaw, że mentalnie zatrzymałam się na poziomie wczesnoszkolnym. W wyobraźni sunęłam więc wesołymi kolejkami, pozowałam do roześmianych zdjęć z bohaterami opowieści, po cichu liczyłam też na jakąś bajkową uliczkę, niczym żywcem wyjętą z ilustracji Innocentiego. Zapłaciłam więc niemało, bo aż 20 Euro i... nic. Dosłownie, wielkie, bure nic! Wiem, wiem, być może jestem rozpieszczona przez różne Disneylandy, Moominworldy i inne tego typu Heide Parki, ale przecież potrafię też mieć frajdę z objazdowej karuzeli. Tym razem nie miałam. Park jest pioruńsko zaniedbany i po prostu nieciekawy. Gdzieniegdzie pomiędzy chaszczami poustawiane są abstrakcyjne rzeźby bohaterów z bajki, jakieś mozaiki i betonowy wieloryb, któremu można wejść do brzucha. Jest też przerzedzony żywopłotowy labirynt i dwa wyliniałe osły. Park powstawał od lat 50. do 80. i momentami miałam wrażenie, że od tamtego czasu nie był nic a nic unowocześniany. Ok, dioramy przedstawiające historię Pinokia miały może nawet i pewien retro urok, ale jakaś renowacja by im się jednak przydała. Byłam więc wielce niepocieszona. Pinokio zirytował mnie po raz kolejny. Nie wiem, może dzieci są mniej wybredne...

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale, ale, żeby nie było, że królewna Mukla wciąż tylko noskiem kręci, nóżką tupie... Znalazłam też i coś dla siebie – pinokiową bibliotekę. Na kilku dużych ekranach dotykowych można było do woli przeglądać wirtualne wersje zebranych w Biblioteka Collodiana wydań książki o kłamliwym pajacu. A trzeba przyznać, że jest to kolekcja imponująca. Dziesiątki, jak nie setki edycji z całego świata (nasze rodzime wydanie szancerowskie zostało nawet wyróżnione w gablotce), posegregowane na wszelkie możliwe sposoby: chronologicznie, krajami wydania czy według ilustratorów. Najstarsza z roku 1883! A wszystkie bogato ilustrowane. Jak ogólnie wiadomo ilustrację uwielbiam (nawet jeśli jest na nich nielubiany bohater), smyrałam więc ten ekran wte i wewte, aż sobie palec obtarłam. Spędziłam tam mnóstwo czasu (podczas, którego Andrzej nudził się jak bąk), a i tak wszystkiego nie przejrzałam.



To co przeglądałam, to obfotografowałam. Może i nie najpiękniej, ale trzymajmy się wersji, że były to zdjęcia robione w celach poglądowych, a nie artystycznych ;-).

 

Pinokio po hebrajsku z 1957 roku;  edycja z 1959 r. z ilustracjami Gianniego Cifferriego;  wydanie włoskie z 1983 r. 

 

Książka z 1938 roku. Za ilustracje odpowiedzialni byli Luigi i Maria Augusta Cavalieri:

 

Wydanie z 1916 r. z ilustracjami autorstwa Alice Carsey:

 

Pinokio z 1911 r. wymalowany przez Attilio Mussino:

 

 

 

Wydanie ilustrowane przez Carlo Chiostriego:

 

 

Pinokio widziany oczami Charlsa Copelanda:


 

 

Historia Pinokia w wyobraźni Bernardiniego:

 

 

Z ilustracjami, które w 1941 stworzył Fiorenzo Faorzi:

 

 

Pinokio w wersji arabskiej z 1955 r. ilustrowany przez Shahrazadę:

 

Edycja z 1969 r. Autorką ilustracji jest Helena Zmatlikova:


 

Wydanie z 1981 r. ilustrowane przez Attilio Cassinelliego:

 

 

Pinokio po słoweńsku, wymalowany przez Marlenkę Stupicę:

 

 

Pinokio wyobrażony przez Lorenzo Mattottiego:

 

I chyba moja ulubiona wersja - Naiad Einsel:

 

 

 

A to i tak tylko kropla w ilustracyjnym morzu...

środa, 24 września 2014
pod słońcem Toskanii

 

Nie chciało mi się. Ot co! Najnormalniej w świecie nie chciało mi się, więc bez żalu porzuciłam blogowe życie na blisko trzy miesiące. Załapałam paskudnego lenia i szczerze mówiąc, było mi z tym dobrze. Ba! Byłam nawet pewna, że to koniec, że nie wrócę, bo satysfakcja już z pisania jakby mniejsza i utrzymanie bloga w tematycznych ryzach coraz bardziej problematyczne (w jakiś taki „life style” podryfował, a przecież nie tam dryfować miał...). No ale ostatecznie jestem. Podobno co niektórzy to nawet tęsknili - buziaki dla Ciebie Stanisławo i dla Ciebie Almetyno :-)


Żeby tylko nie było, że ja przez ten czas zbijałam bąki i nic więcej. No nie! Może i moje życie nie wywróciło się do góry nogami (ten sam mąż, ten sam pies, nawet praca ta sama) to coś tam się jednak działo. Przeczytałam sporo książek, upiekłam kilka tortów, przystroiłam parę imprez (w tym jedno wesele, a to, jak wiadomo, gruba sprawa, więc cieszy jakby bardziej). W tym czasie powstawały też dwa numery „Cudaczka” (jeden w kioskach od sierpnia, drugi pojawi się na dniach), a w mękach rodził się nowy projekt, czyli wspomniana już raz przeze mnie „Planeta Odkrywców”. A! No i byłam na wakacjach. Bo przecież jak się lenić to z klasą. Najlepiej w hamaku wśród toskańskich wzgórz, popijając tamtejsze wino i pogryzając oliwki. Ja tak właśnie robiłam :-)

 


Toskania na liście moich priorytetów była od dawna. Wszystko przez Bernardo Bertolucciego i jego „Ukryte pragnienia” - piękny, pełen toskańskiego słońca film, który działał mi na wyobraźnię odkąd pamiętam. Ach, te kamienne domy, te obsadzone cyprysami drogi i oliwkowe gaje! Któż by nie chciał spędzać tak wakacji? No ja akurat chciałam. Chciałam też być piękna i subtelna jak Liv Tyler, ale to jak na złość nie wyszło. I tu się zaczyna problem. Bo jak człowiek tak długo żyje marzeniami, idealizuje i pielęgnuje w sobie dany obraz, to może go czekać małe rozczarowanie. Mnie czekało. Nie chcę teraz, żeby zabrzmiało to jak stękanie rozpieszczonej królewny, co to pojechała na fantastyczne wakacje i nosem kręci. Ale naoglądałam się tych filmów, naczytałam książek, o różnych takich, co to przeprowadzają się do Toskanii hodować oliwki, tudzież winogrono (tak, czytuję takie książki i wcale się tego nie wstydzę), lata całe żyłam wyobrażeniem tych samotnych wzgórz, kamiennych domostw i cyprysowych szpalerów. A tu wzgórza owszem, ale zielone, porośnięte lasem. Kamienne domostwa, niby są, ale jakby nie do końca takie jak z pocztówek. No i tych cholernych cyprysów też jak na lekarstwo. Jednym słowem: inaczej. I choć jakaś tam gorycz pewnie i była, to przecież „inaczej”, nie znaczy „źle”.


No, ale po kolei, bo najpierw to my Mili Państwo zawitaliśmy do Wenecji.

 

 


Z Wenecją to jest dziwna sprawa, bo to takie miejsce jak żadne inne na świecie i człowiek sobie wyobraża nie wiadomo co. Ale jak się już tam pojedzie to żadnego katharsis nie ma. Po powrocie znów zaczynają się weneckie urojenia (to chyba przez filmy z Jamesem Bondem!) i nachodzą myśli, że to nie wina miasta, tylko moja: widać za mało się starałam i nie zwiedzałam miasta z należytą uwagą. A to znaczy, że trzeba będzie jechać tam znowu. No „syndrom paryski” jak tralala. Znacie to? Bo ja akurat znam. Dopadł mnie już po raz wtóry. I znów sobie pluję w brodę, że nie doświadczyłam tego miasta tak jak chciałam. Bo dla mnie Wenecja to niestety brud, tłum i gołębie. Im bliżej Placu Św. Marka tym wszystkich powyższych więcej. Przejście (lub lepiej powinnam napisać: przepchnięcie się) przez most Rialto było niczym przedzieranie się przez dziką dżunglę, z tą różnicą, że w dżungli można pomagać sobie maczetami. Obłudnie są te słowa, bo zdaję sobie przecież sprawę, że sama dodatkowo zagęściłam ten nieokiełznany tłum swoim własnym turystycznym jestestwem, więc narzekać nie przystoi.

 

WENECJA

 

 

 


Być może ciężko mi spojrzeć na Wenecję łaskawym okiem, bo wiem, że to miasto umiera. Podobno Wenecja tętni życiem sztucznym, iluzją wykreowaną na potrzeby turystów. Rodowitych Wenecjan coraz mniej. Młodzi opuszczają wyspę i przenoszą się, choćby do pobliskiego Mestre, gdzie życie i tańsze, i spokojniejsze. Bajecznie drogie mieszkania pomiędzy kanałami wykupują dziś bogaci Amerykanie, aby spędzić w nich rocznie miesiąc, góra dwa. Ot, taka maskarada – odwieczne znamię Wenecji. A ja lubię miasta prawdziwe.

 

Takie jak choćby Piza. Być może brzmi to niewiarygodnie, ale przemierzając spokojne w swojej codzienności ulice Pizy kompletnie nie miałam wrażenia, że przebywamy właśnie w jednym z najbardziej znanych miast włoskich. Oczywiście wystarczyło przemieścić się w okolice Campo dei Miracoli, aby zrobiło się tłumniej. Ale tylko tam. Podobno Piza, choć wybitnie znana, stanowi najczęściej cel szybkich wycieczek: podjazd w okolice Pola Cudów, zwiedzanie katedry, może baptysterium, fotka pod Krzywą Wieżą (obowiązkowo w pozie podtrzymującej) i tyle, bo niby co więcej? Strata tych pośpiesznych podróżnych – nie zjedzą pysznego risotto z grzybami w trattorii u Nino ;-)

 

PIZA 

 

 

 

 

 

Florencją nas straszono. Odradzano wizytę w sierpniu. Bo tłum dziki i nieokiełznany, zadepcze, rozniesie. Bo nic nie zobaczymy, nigdzie się nie dopchamy. Straszono tak zwanym szokiem florenckim – że niby od nadmiaru sztuki wysokiej w głowie się kręci i przytomność stracić można. Ale ja widać na dzieła odporna, bo nie mdlałam. Sztukę lubię i owszem, głównie jednak tę bardziej współczesną, więc jakoś nie potrafię docenić, dajmy na to, malarstwa renesansowego tak bardzo jak wypadałoby to robić. Być może niektórym wyda się to nad wyraz nonszalanckie, ale bezczelnie ominęliśmy (już czuję na sobie te karcące spojrzenia) galerię Uffizi, a jedyne muzeum jakie we Florencji odwiedziliśmy, było muzeum butów Salvatore Ferragamo. Możliwe, że i tam bym nie poszła, gdyby nie to, że próżnie chciałam mieć coś sygnowane przez tego projektanta, choćby to był tylko muzealny bilet, a nie klasyczne czółenka z charakterystyczną kokardką ;-).

 

FLORENCJA

 

 

 

To czego nie da się z kolei we Florencji uniknąć to katedra Santa Maria del Fiore. Jej imponująca bryła widoczna jest dosłownie zewsząd, a kopuła robi wrażenie adekwatne do swojej wielkości. Nie mam lęku wysokości i raczej jestem znana z tego, że wlezę wszędzie, muszę jednak przyznać, że przemieszczając się wąziutkimi galeryjkami przylepionymi bezpośrednio pod kopułą spoglądałam w dół i w górę, lekkiego pietra miałam. Na szczęście opuścił mnie na szczycie, na który dociera się klaustrofobicznie ciasnymi przejściami bezpośrednio pod konstrukcją dachową (moja chora wyobraźnia podpowiadała mi już tragiczną wizję ewentualnej ewakuacji...). Przyjemne miasto ta Florencja i wcale nie takie tłoczne.

 

 

 

 

Lukka też przyjemna. I to bardzo. Szkoda tylko, że wciąż pozostaje w cieniu bardziej znanych toskańskich miast. A niesłusznie, bo Lukka to cudowne stare miasto okolone fortyfikacjami. W samym jego centrum znajduje się okrągły plac. Może i nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale to przerobiony na budynki mieszkalne rzymski amfiteatr. Lukka to podobno miasto rzeźników, ale dla mnie jest to przede wszystkim rodzinne miasto Giacomo Pucciniego. Rzecz dość osobista, bo tak się akurat złożyło, że to właśnie muzyczna wyobraźnia Pucciniego powołała cztery z sześciu moich ulubionych arii operowych. Kto nigdy nie przesłuchał „E lucevan le stelle” - ten trąba! Proszę nadrobić :-).

 

LUCCA

 

 

 

PONTE DI DIAVOLO W POBLISKIM BORGO A MOZZANO

 


Jeżeli chodzi o Sienę, to niestety byliśmy w niej dość krótko, zaledwie kilka godzin – zbyt mało, by móc się w pełni nacieszyć urokliwością tego miasteczka. Piazza del Campo to zdecydowanie najprzyjemniejszy plac miejski na jakim byłam. I chyba nie tylko ja tak uważam, bo jest on ponoć uznany (aczkolwiek nie pamiętam już, skąd te wiadomości mam) za najpiękniejszy rynek na świecie. Swoim kształtem przypomina nieco muszlę. Jego amfiteatralne położenie wprost zaprasza, żeby na nim choć na chwilę przysiąść. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli, bezpośrednio na cegiełkach, którymi jest wyłożony. Dookoła placu ratusz, mnóstwo domków i kamieniczek, sklepików, restauracyjek, a pośrodku...obrzydliwy barakowóz z pamiątkami :-/ Mimo to, ładna ta Siena. Kto wie, może nawet i od Florencji ładniejsza. Trzeba będzie mi tam jeszcze wrócić. Na dłużej. Tym bardziej, że jak się okazało, to właśnie na południe od Sieny zaczyna się ta moja wymarzona Toskania - pełna łagodnych wzgórz i dróg obsadzonych cyprysami Val d'orcia. W drodze do Montepulciano udało się nam zobaczyć ze dwa takie „pocztówkowe” krajobrazy. Mało, ale zawsze coś.

 

SIENA

 

 

 

 

 

SAN GIMIGLIANO

 

 

Miasteczko w którym się zatrzymaliśmy i które stanowiło naszą bazę wypadową nazywało się Pietrabuona i było malowniczo położone na wzgórzu. Wdrapać się do niego autem to był niezły wysiłek. Dokonałam tego osobiście, nieznacznie paląc przy tym sprzęgło :-) Gdybym tylko wiedziała, że to dopiero początek stromej i krętej drogi do naszego lokum... Z przerażeniem w oczach wjeżdżaliśmy po raz pierwszy wąskimi serpentynami na wzgórze, do którego przyklejony był najładniejszy domek w jakim kiedykolwiek przyszło nam pomieszkiwać. Full wypas i pełen luksus, dwa przestronne poziomy i widok z okna jak milion dolarów tylko dla nas. W polskich standardach wsadzono by do niego cztery piętrowe łóżka i reklamowano jako apartament dla dużej rodziny. Jeżeli ktoś ma ochotę na toskańską wyprawę i nie przerażają go górskie drogi, to z czystym sercem mogę polecić Fattorię di Pietrabuona, bo nie dość, że miejsce urokliwe i czyste, to jeszcze zawiaduje nim przesympatyczna (i niezwykle stylowa, jak na Włoszkę przystało) pani Stella.

 

A TAKI WIDOK NA PIETRABUONĘ TO JA MIAŁAM ZA OKNEM! 

 


To będzie na tyle. Rozpisałam się jak szalona, zdjęć dowaliłam w ilości niezdrowej - widać, jednak trochę tęskniłam za blogiem :-)

 

poniedziałek, 23 czerwca 2014
córeczka tatusia



Spotkałam się kiedyś z żartobliwym (tak myślę) określeniem, że ojciec zawsze jest domniemany. Cóż... w przypadku mojego jakiekolwiek wątpliwości nie wchodzą w grę - jesteśmy zbyt podobni. I nie chodzi mi tu tylko o podobieństwo fizyczne, choć i to jest ponoć znaczne. Podobnie myślimy, podobnie robimy i nawet wadę wymowy (wadę? jaką wadę? toć to sam atut!) mamy taką samą.

Mój Tato w genach przekazał mi dużo swoich zalet, ale też (nie da się ukryć) i sporo wad. Oboje uwielbiamy wycieczki i naprawdę niewiele nam trzeba, żeby gdzieś się ruszyć. Wspólnie przejawiamy zamiłowanie do dobrego jedzenia, co niestety dla obojga bywa zgubne. Dzielimy też tę irytująca przypadłość trzaskania zdjęć na prawo i lewo. Moje plastyczno-artystyczne zamiłowania to zresztą też po nim. A to tylko wierzchołek lodowej góry naszych podobieństw... Od zawsze słyszałam od Mamy, że gramy z Ojcem w jednej orkiestrze. Ba! nawet więcej, my ponoć dmuchamy w tę samą trąbkę! Tylko miłości do wody nie odziedziczyłam. 


A w związku z tym, że dziś właśnie jest Dzień Ojca wyznam otwarcie i publicznie: tak, jestem „córeczką tatusia” i wcale a wcale się tego nie wstydzę!

 

 

Sto lat Tato!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53