Wpisy z tagiem: z włóczki

poniedziałek, 04 czerwca 2012
posplatane, poplątane...

Z pracownią tkaniny poznańskiej ASP łączy mnie pewna emocjonalna więź. Więź ta co prawda łączy mnie głównie z osobą jednej Tkaczki, jednak siłą rzeczy przelewa się na wszystkie powstające w pracowni (nie tylko te Agnieszkowe) twory. Co prawda rzadko tam teraz bywam (czy komuś też ciągle brakuje czasu?), ale ostatnio akurat mi się udało. Okazją ku temu była tradycyjna wystawa rocznych dokonań studentów. Mojej osobistej Tkaczki wprawdzie prace zaliczeniowe już nie dotyczą, ale jakoś ciężko jej się z uczelnianą pracownią rozstać. W tym roku (ot tak, dla przyjemności) uplotła sobie taki o właśnie dywanik:


 

 

Oczywiście, żeby sobie "ułatwić" znowu tkała z drutu, jednak tym razem między osnowę wplotła całą "Grę w klasy" Cortazara.


 

 

Kiedyś już wspominałam, że jak już Agnieszka Zaprzalska tka, to tka wielkoformatowo i szczerze mówiąc straciłam całą nadzieję, że zrobi kiedyś coś, co zmieści mi się do mieszkania. W każdym razie od jej "dywanu" (jak pieszczotliwie mówi o swoich pracach) większy był tylko Słoń udrutowany przez Gosię Witaszak.


 

Słoń był naturalnej wielkości i ledwo mieścił się w sali (o obiektywie nie mówiąc - i choć nie cały, to wbrew pozorom jest jednak na powyższym zdjęciu). Już w fazie pracy budził wiele kontrowersji, bo zatarasował całą pracownię i żeby wyjść z pomieszczenia trzeba było wpierw wejść Słoniowi do brzucha, ale ja tam Słonia lubię, mnie tam się Słoń podoba! 

Lubię też "latające talerze" Karoliny Sikory. Szkoda, że na zdjęciu nie widać jak pięknie głęboki zielony kolor ma mulina którą omotane są obręcze.


 

 

A w konkurencyjnej pracowni tkaniny (ha! bo są dwie!) upatrzyłam sobie szydełkowe "ukwiały" Agnieszki Rzędzian


 

 

i druciane pejzaże Marii Ostafijczuk (na pierwszy rzut oka przypadkowa plątanina drucików)


 

 

A na koniec moje creme de la creme - płócienne makatki Anny Marii Brandys:


 

 

 

Nie umiem wyjaśnić czemu, ale piekielnie mi się podobają. Mam nadzieję, że każda z osobna wygląda równie dobrze jak w grupie, bo akurat tę z bulimicznym miśkiem zamierzam w niedługim czasie przygarnąć. Już nie mogę się doczekać, póki co trwają negocjacje autorką :-).


niedziela, 27 maja 2012
spóźniony ale szczery...

...post z okazji Dnia Matki.

Skoro w zeszłym roku chwaliłam się publicznie jakich to mamy fajnych Ojców, to w tym roku pochwalę się Mamami, tym bardziej, że wcale nie są mniej fajne, a do tego jeszcze zdolne niesłychanie. Zarówno Jadzia (Mama właściwa) jak Danka (Mama nabyta) wykazują niebywałą wręcz cierpliwość do szydełkowania. Przy czym ich dziewiarskie poczynania nie kończą się na okazjonalnej produkcji serwetek i bieżniczków, gdyż Mamy nasze najdroższe osiągnęły już wyższy stopień szydełkowego zaawansowania i spod ich zdolnych rąk wychodzą głównie firanki! I  nie mam tu na myśli jedynie kuchennych zazdrostek (choć i takie również) ale firanki z prawdziwego zdarzenia, takie na całe okno. O, takie na przykład jak te u Mamy Danki:


 

 

Takie jakieś te zdjęcia zrobiłam, że nie widać niestety tego co najważniejsze, czyli wzoru, a te potrafią być naprawdę fikuśne. Mamy zresztą nieustanie wymieniają się szydełkowymi schematami i nowymi nićmi, co świadczy raczej o ich wzajemnym wsparciu, a nie o współzawodnictwie, która to wydzierga więcej i lepiej.

Można by pomyśleć, że w związku z taką, a nie inną pasją rodzicielek, nasze domowe karnisze wprost uginają się od tych mięsistych ażurów. Nic bardziej mylnego... Choć doceniamy i podziwiamy pracę naszych Mam, to do zasłaniania okien jakoś nie możemy się przekonać. W naszym domu znajdują więc miejsce inne wytwory rąk maminych, takie jak obrusy - jeden z nich, zrobiony przez Mamę Jadzię, wystąpił już raz na blogu (co prawda nie w roli głównej, ale zawsze). Nie wystąpiły za to jeszcze (również jadzine) aniołki i śnieżynki. Było to moje wielkie okołoświąteczne niedopatrzenie, które nadrabiam teraz, mimo, że nie czas ku temu.


 

 

Jak dla mnie, to nawet Koniaków wymięka!

czwartek, 26 stycznia 2012
dawno, dawno temu w odległej galaktyce...

Moja kolejna (po tej) propozycja dla miłośników Star Wars. Jeszcze ze dwa takie okołogalaktyczne posty, a zbuduję sobie wizerunek maniakalnej fanki serii Lucasa :)

Tym razem szydełkowe laleczki autorstwa Lucy Ravenscar.



Mieszkająca w Hrabstwie West Sussex mama dwóch małych chłopców od zawsze lubiła filmy, zwłaszcza te baśniowo-fantastyczne. Dużą frajdę sprawiało jej również szydełkowanie. A że była osobą kreatywną, to pewnego dnia wpadła na pomysł, jak obie pasje połączyć:




Wzory na poszczególne laleczki (wszystkie i bez wyjątku) są autorskimi pomysłami Lucy. Jeżeli ktoś ma ochotę wydziergać sobie np. Yodę może sobie taki wzór nabyć tutaj. No chyba, że się jest z szydełkiem na bakier...ale bez obaw, gotowe figurki też są dostępne.








Lucy nie ogranicza się tylko do maciupeńkich postaci z Gwiezdnych Wojen, spod jej zdolnych dłoni wyfruwają również włóczkowe smoki i inne baśniowe duszki. Nie da się ukryć, że jest ona specjalistką w dzierganiu fantastycznych stworzeń - wszelakich! Zresztą zobaczcie sami na blogu na którym Lucy prezentuje swoje prace.

piątek, 20 stycznia 2012
selichoty

 

Tak się jakoś złożyło, że moja droga koleżanka Agnieszka tka. Czasem coś wyrzeźbi, rzadziej namaluje, ale głównie tka. W dodatku nie rozdrabnia się na małe makramki, tylko robi to od razu z rozmachem.



nie mogłam się oprzeć i podkradłam to zdjęcie ze strony Uniwersytetu Artystycznego: taka mała Agniesia i takie duże Selichoty...


Ostatnie trzy, może nawet cztery lata życia poświęciła Agniecha na produkcję serii potężnych i mega ciężkich "dywanów”. A że od lat fascynuje się kulturą żydowską, to swoje prace ochrzciła Selichotami. Selichoty to nazwa specjalnych, żydowskich modlitw pokutnych. Nie wiem za co Aga pokutowała, ale musiała nieźle nagrzeszyć, bo praca do najłatwiejszych nie należała. Dnie i noce (nie potęguję dramatyzmu - tak było) spędzała w pracowni na drabinie kalecząc sobie paluszki. Dnie i noce przewlekała przez osnowę różne takie, ale głównie druty - no bo po co sobie ułatwiać i tkać z samej wełenki. Chodziła potem cała obplastowana, aż wstyd się z nią było gdzieś pokazać. No ale trzeba przyznać, że ostatecznie całkiem ładnie jej to wyszło. Tak ładnie, że dyplom (w pracowni tkaniny na poznańskiej ASP) obroniła celująco, a w dodatku została nominowana do nagrody Marii Dokowicz na najlepszą pracę dyplomową. Ja tam się nie znam, ale to podobno dość prestiżowe wyróżnienie. I dobrze, zasłużyła!


 


Selichot I - z wełenki, przytulny i mój ulubiony



Selichot II - z trawy, najcięższy (wiem co mówię, raz mnie zagnała do ich wieszania!)


 


fragment Selichota III - z partytur operowych


Raz na jakiś czas, można sobie Selichoty pooglądać. W najbliższym czasie prace Agnieszki Zaprzalskiej (co by już oficjalniej było) będą prezentowane w Skalar Office Center w Poznaniu w ramach cyklu preMedytacje. Wprawdzie nie wiem jak długo tam powiszą, ale pewnie nie krócej niż tydzień.







Reszty zdjęć już znikąd nie kradłam, sama zrobiłam


Pewnie dla Agnieszki lepiej by było, gdyby przyszła na świat w XVI w. Mogłaby wtedy tkać arrasy na wawelskie komnaty, co przyniosłoby jej zapewne sławę, pieniądze i przychylność króla. Ale wtedy ja nie miałabym takiej fajnej koleżanki...

wtorek, 22 listopada 2011
wyszło szydło w miasto

 

O Agacie Oleksiak i jej rozpoznawalnych na świecie włóczkowych tworach planowałam napisać już dawno. Wszak moje zamiłowanie do dzianiny nie jest dla nikogo tajemnicą... Nie napisałam, w zasadzie nie wiem czemu, ale może to i dobrze, gdyż teraz nadarzyła się ku temu okazja wyjątkowa. Bo Oleksiak, znana głównie jako Olek, postanowiła w charakterystyczne dla siebie kolorowe wdzianka ubrać na zimę co niektóre obiekty w miejskiej przestrzeni Poznania. A wszystko to w ramach kolejnej już edycji festiwalu twórczości kobiet No women, no art.



Olek, która porzuciła niegdyś Poznań na rzecz Nowego Jorku, jest już artystką uznaną. Na całym świecie rozpoznawalna jest głównie dzięki akcjom ubierania we włóczkowe wdzianka różnych, czasem naprawdę irracjonalnych elementów architektury miejskiej. To taki włóczkowy street art, a bardziej fachowo knit graffiti, które od jakiegoś czasu robi się coraz bardziej popularne. To przez inicjatorkę tego ruchu Amerykankę Magdę Sayeg, coraz większa rzesza kobiet wychodzi na ulice z szydełkiem w ręku - od choćby wtedy. A Olek nie dość, że wyszła, to jeszcze swoimi dzianinami w jaskrawe moro zdobyła całkiem duży rozgłos. Jej najefektowniejszą i najbardziej znaną pracą jest sweterek dla słynnego byka stojącego na nowojorskiej Wall Street.



Byłam niezwykle ciekawa jakie wrażenie podobne instalacje robią na żywo, toteż w niedzielę wybrałam się na spacer włóczkowym szlakiem.

najpierw Cadillac pod Zamkiem:




potem przyczepa na Rynku:




a na końcu Stary Marych:


fot: Łukasz Gdak


Niestety, nie udało mi się sfotografować Marycha w zimowym ubranku. Jakiemuś podłemu wandalowi najwyraźniej przeszkadzał różowy sweterek i w przeddzień mojej wyprawy pomnik został podpalony. Szydełkowy pokrowiec doszczętnie spłonął, więc ku mojemu rozczarowaniu (wtedy nie wiedziałam jeszcze o tym akcie wandalizmu) zobaczyłam Marycha takiego, jakim go zawsze widuję. Dlatego też zmuszona byłam pożyczyć zdjęcie obszydełkowanego pomnika z portalu poznan.naszemiasto.pl

Muszę jednak przyznać, że trochę się rozczarowałam. Zdaje sobie sprawę, że takie przedsięwzięcia wymagają pewnej logistyki i miesięcznych przygotowań, wszak poszczególne elementy nie wydziergają się same, jednak znając wcześniejsze prace artystki i jej dziewiarską kreatywność poczułam pewien niedosyt. Miałam wrażenie, że instalacje jakie Olek zaprezentowała w Poznaniu, były zrobione na szybko i niedokładnie. Nijak się miały do precyzyjnych pokrowców z jakich artystka jest znana.

A ubierała już przecież zarówno samochody:



jak i rowery:



jakoś tak ładniej...

 
1 , 2